„Księżniczka mononoke” była chyba pierwszym filmem Miyazakiego, który zdobył duży rozgłos w Polsce. Co prawda wcześniej w telewizji można było obejrzeć „Mojego sąsiada Totoro”, ale nie każdy miał wtedy (podobnie jak dziś) Canal+ czy Ale Kino! A szkoda, ponieważ jest to przepiękna baśń o walce ludzi przeciwko odwiecznym siłom natury, której warto poświęcić dwie godziny swojego życia.
Ashitaka jest księciem małej wioski, którą pewnego dnia atakuje potwór. Dzielny młodzieniec pokonuje bestię, jednak ma to swoje konsekwencje: dotykając jej w trakcie starcia przejmuje ciążącą na niej klątwę – wkrótce i Ashitaka zamieni się w demona. Szamanka z wioski doradza chłopcu aby wyruszył w podróż, która na celu ma odnalezienie legendarnego boga lasu, mogącego pomóc zdjąć klątwę. W trakcie wędrówki trafia on do małej osady, żyjącej z wytopu żelaza. Jej zarządca, lady Eboshi, wycina lasy i walczy z ich duchami. Ashitaka poznaje także drugą stronę konfliktu, którą reprezentuje między innymi San – ludzkie dziecko, wychowane przez wilczycę. Nie da się ukryć, że San wpada mu w oko. Młodzieniec będzie musiał opowiedzieć się po którejś stronie: ludzi, których reprezentuje, albo natury, reprezentowanej przez San.
Poza tym krótkim opisem nie musiałbym już chyba nic pisać, skoro mamy do czynienia z filmem ze studia Ghibli, w dodatku stworzonym przez Hayao Miyazakiego. Cóż, ponieważ staram się rzetelnie wywiązywać z postawionych przede mną zadań, napiszę pokrótce, co mi się podobało a co nie.
Technicznie film to pierwsza klasa, zarówno pod względem animacji, jak i scenografii czy wykonania postaci. Nie obyło się bez paru drobnych błędów (np. nienaturalne zachowanie nóg topielca, którego wyciąga z wody Ashitaka – podczas wyciągania nogi sunęły po kamieniach, powinny więc się trochę poruszyć, a jednak cały czas były proste), ale w porównaniu z całością to naprawdę drobnostki. Owe niewielkie potknięcia przy paru animacjach to chyba jedyny minus strony technicznej, jaki znalazłem. Co prawda niektórzy zawsze mają zastrzeżenia co do twarzy postaci Miyazakiego i jego kreski, ale ja do tej grupy nie należę, tak więc tutaj nie widzę żadnych uchybień.
Jeżeli chodzi o muzykę, także chyba nikogo nie zaskoczę: prawdziwy majstersztyk pana Hisaishiego. Trudno zresztą się dziwić, skoro wytknąć mogę mu tylko jedną pomyłkę: „Ruchomy zamek Hauru”, w którym jego muzyka nie do końca mnie przekonała. W „Księżniczce mononoke” oprawa muzyczna sprawdza się jednak na medal – słysząc ją ma się wrażenie, że mamy do czynienia z czymś monumentalnym, ponadczasowym. W pewnym sensie tak jest, ponieważ „Księżniczka mononoke” to takie właśnie dzieło: monumentalne i ponadczasowe. Kiedy trzeba, muzyka w filmie niepokoi, w innych zaś momentach podkreśla baśniowy i magiczny charakter tego, co widzimy. Wspaniale komponuje się z całością.
Film ten to prawdziwa galeria przenajróżniejszych postaci, zarówno ludzi, jak i leśnych bóstw. Co prawda ich charaktery pokrywają się w jednej kwestii – rwą się do walki, aby dać popalić drugiej stronie – ale poza tym to zbiór różnych indywiduów: młody Ashitaka, nie wiedzący, którą ze stron wspomóc; dzielna San, która po pojawieniu się Ashitaki zaczyna zastanawiać się, kim jest naprawdę: człowiekiem czy wilkiem; lady Eboshi, z jednej strony pomagająca dziwkom i trędowatym, dająca im zatrudnienie i opiekująca się nimi, z drugiej pragnąca jednak zniszczyć las i wszystkie jego bóstwa...
Jak widać, pod względem charakterów postaci są bardzo dobre. Podobnie ma się sprawa jeżeli chodzi o stronę techniczną – projekty są świetne, podobnie animacje: płynne i naturalne ruchy, dynamiczne, kiedy potrzeba. Nie ma się tutaj co rozwodzić! Na uwagę zasługują przede wszystkim postaci duchów lasu, które przybierają formy wilków, dzików, jeleni czy małych białych ludzików – kodama – wyglądających jak skrzyżowanie kosmitów i maski z „Krzyku” albo „Strasznego filmu” :).
Oglądając „Księżniczkę mononoke” ekipa TVN-owskiej „Uwagi!” znalazłaby chyba kolejny temat, aby prowadzić krucjatę przeciwko japońskiej kulturze: brutalność w japońskich filmach, których (domyślnymi) odbiorcami są dzieci. Nie da się ukryć, że „Księżniczka mononoke” jest filmem dość brutalnym: widzimy tutaj dużo krwi, dekapitacje czy odcięte ludzkie członki, sceny walk... To naprawdę nie jest film dla małych dzieci, a każdy rodzic powinien rozważyć, czy jego pociecha może go oglądać. Najlepiej za pierwszym razem obejrzeć go wraz z dzieckiem, tym bardziej, że na okładce wydania DVD znajduje się trójkąt w żółtym kółeczku (jeżeli wziąć pod uwagę obecne oznaczenia telewizyjne, byłby to chyba odpowiednik „od dwunastu lat”). Niestety, w wielu sklepach „Księżniczka mononoke” niesłusznie spoczywa na półkach obok „Boba budowniczego” czy „Pszczółki Mai”.
Wielu uważa, że „Księżniczka mononoke” jest filmem gorszym od „Spirited Away: W krainie bogów” (o reszcie filmów nie wspominam, ponieważ to właśnie „Spirited Away” uznane zostało za arcydzieło, dlatego ten film wybrałem – i zawsze będę wybierał – do porównywania filmów Miyazakiego). Owszem, pod względem technicznym może i tak, ale za to przebija go fabularnie. Obydwa filmy wspaniale mi się oglądało, jednak lepsze pierwsze wrażenie zrobiła na mnie „Księżniczka”. Mimo wszystko oba godne są polecenia – to zupełnie inne baśnie i nie ma ich co porównywać. Pomimo upływu lat, „Księżniczka mononoke” nadal urzeka widzów i nie zmieni się to chyba w przeciągu następnej dekady.
I jeszcze małe posłowie: uważajcie na polskie wydanie DVD Visionu. Co prawda obecnie kusi ono ceną (dwadzieścia złotych), jednak jest wybrakowane: brakuje japońskiej ścieżki dźwiękowej, w miejsce której wstawiono angielską (nienajlepszą). Polski lektor ma okropny głos, a w napisach zdarzają się błędy ortograficzne i literówki.