Rzeczywistość alternatywna to dość popularne tło wydarzeń w produkcjach z nurtu science-fiction. Do dziś powstało wiele tytułów rozgrywających się w alternatywnej przeszłości, przyszłości, bądź też opowiadających o podróżach między nimi. Jednak tylko nieliczne spośród nich do dziś budzą podziw ciekawym pomysłem i wykonaniem. „Noein” zainteresował mnie jako tytuł science-fiction dość wysoko oceniany przez szeroko rozumianą społeczność widzów. Ten tekst będzie odpowiedzią, na ile i ja podzieliłem entuzjazm niektórych widzów tego tytułu.
Haruka jest zwyczajną dwunastolatką, mającą swoje zwykłe problemy. Mieszka samotnie z matką w małej mieścinie nad zatoką. Ma tu swoich znajomych: wierną Ai, przyjaciela (a może i kogoś więcej) z lat najmłodszych – Yū, oraz nawiedzoną koleżankę Miho, która „wykrywa” duchy niemal na masową skalę.
Haruka jako dzieciątko często widywała dziwne rzeczy, jak np. ludzi, których w rzeczywistości nie było, czy dźwięki, które dla innych nie istniały. Dziecięca wyobraźnia jest przecież w stanie stworzyć niewyobrażalne iluzje, prawda? Dziś Haruka śni już jedynie o siwym mężczyźnie na szczycie wieży kościelnej. Teraz jednak ma dwanaście lat i od dawna nie doświadcza już tych dziwacznych przywidzeń. Zmieni się to jednak któregoś zwykłego dnia, bowiem odnajdzie ją człowiek dotychczas głęboko ukryty w mrokach niepamięci. To spotkanie wywoła lawinę tajemniczych wydarzeń, w wyniku czego poznamy nie tylko wielkie sekrety znanego nam świata, ale zostaniemy porwani do tajemniczych krain – postapokaliptycznej La’crymy czy idylli Noeina.
Podczas tych podróży towarzyszyć nam będą m.in. smoczy rycerze (rodzaj elitarnej armii świata La’crymy); zawsze ponury Karas, rozważny Fukurō, impulsywny Atori i wiele, wiele innych „osobistości” tego tytułu. Oś fabuły kręcąca się wokół głównej bohaterki, w sposób równoległy pozwoli nam poznać obie – wbrew pozorom bardzo podobne – rzeczywistości, które po torach dramatycznych wydarzeń zmierzają do finalnego zderzenia...
Fabuła „Noeina” rozpoczyna się jak wiele jemu podobnych tytułów. Nie ma w niej elementów, które mogłyby przyciągnąć widza do dalszego oglądania. Akcja rozwija się powoli, a nawet ociężale. Nie pierwsze wrażenie okazuje się tu być jednak trafne, bowiem scenariusz „Noeina” w miarę rozwoju akcji okazuje się być zaskakująco przemyślany i spójny. Kilkutorowa fabuła zazębia się, nabierając kształtu sprawnie opowiedzianej (choć niekoniecznie oryginalnej) historii. W fabule widać porządek. Jest ona prowadzona w sposób ponadprzeciętnie konsekwentny i spójny. Niewątpliwie za ten element scenariusza twórcy powinni otrzymać wyraźne pochwały. Warto również zwrócić uwagę na zabiegi uwierzytelniające historię (choć nadal mamy do czynienia oczywiście ze sporą przewagą fikcji w gatunku). Z drugiej strony, podczas seansu „Noeina” miałem tak częste wrażenie „rozciągania” scenariusza, który pierwotnie wydawał się nie mieć potencjału na dwadzieścia sześć odcinków. Nieco rozczarowują również niedobitki (dziury) fabularne, pojawiające się tu i ówdzie, które tworzą najczęściej sztuczne pole nadinterpretacji.
To wszystko jednak drobiazgi, które większość widzów jest w stanie zignorować. Słabość scenariusza „Noeina” objawia element zgoła inny od linii fabularnej. I z całą przykrością stwierdzam, iż są to bohaterowie. Mimo niewątpliwie długiego czasu, jaki im poświęcono, większość pozostała płytka, przewidywalna, żeby nie powiedzieć banalna. Postacie zaś, które wydawały się dawać nadzieje na coś ciekawszego, najczęściej kończyły losem pozostałych – jednowymiarowych, papierowych „teł”. Najgorzej sytuacja ta ma się w odniesieniu do głównych bohaterów, mających duży udział w obniżeniu oceny podsumowującej. Nie potrafili oni mnie do siebie w żaden sposób przekonać, ani wywołać jakiejkolwiek emocjonalności. Powodów takiego stanu rzeczy może być wiele. Najbardziej prawdopodobna wydaje się kwestia grupy docelowej tego tytułu. Gdy za takową uznamy młodszą część nastolatków, prostota scenariusza pod tym względem wydaje się być bardziej zrozumiała. Jednocześnie w wielu lepszych produkcjach nieraz udawało się stworzyć postacie interesujące dla każdej grupy wiekowej. Kwestia ta więc nie może być polem do usprawiedliwień wymienionych słabości.
Okazuje się więc, że przemyślana i spójna fabuła ostatecznie została zmarnowana wskutek niedopracowania postaci. „Noein” stracił w ten sposób swój potencjał, prawdopodobnie powodując napady ziewania u sporej grupy jego widzów.
Kwestie techniczne również okazują się być niejednoznaczne w ocenie. Wynika to przede wszystkim z faktu zastosowania różnorodnych, często niepopularnych w anime technik rysunku i animacji. Naturalnie, nie można tu mówić o nowatorstwie tytułów np. ze Studia 4˚C, gdzie obraz nierzadko jest równorzędnym, a nawet nadrzędnym środkiem opowiedzenia historii. Tutaj mamy jedynie do czynienia z próbą odświeżenia efektu graficznego.
Tła raczej są oszczędne, zwłaszcza te tworzone tradycyjnie. Zastosowano tu akwarelową, rozmytą paletę barw, która jednak nie była w stanie zamaskować problemów na innym polu – zastosowania grafiki komputerowej. A tej ostatniej w „Noeinie” nie brakuje. Jest ona szeroko stosowana zarówno w elementach scenografii (czasami dominuje nawet nad tradycyjnym rysunkiem), jak i wszelkich obiektach ruchomych. Wykorzystanie komputerów pozostawia niestety najczęściej negatywne odczucia. Najbardziej rzucają się w oczy właśnie niektóre obiekty 3D – czasami skrajnie uproszczone, żeby nie powiedzieć prymitywne. Tworzy to niesamowity kontrast w porównaniu do innych, nielicznych obiektów komputerowych, które wykonane są z dużą starannością. Lepiej sprawa wygląda w przypadku wspomnianych komputerowych elementów scenografii. Tu w większości przypadków zadbano o kompozycję obrazu, a wiele efektów komputerowych robi dobre wrażenie.
Kolejnym rzucającym się w oczy elementem jest projekt i wykonanie rysunku postaci. Mamy tu do czynienia ze specyficznym, bardzo mocno uproszczonym chara designem. Bardzo wyraźna, niemal ostentacyjnie zaznaczana, kreska projektu tworzy specyficzną jakość. W ich wypełnieniu również zastosowano bladą, rozmytą kolorystykę znaną z tła. Estetyka takiego projektu to sprawa subiektywna, warto jednak zauważyć, iż może łatwo stać się ona polem do ułatwiania sobie rysowniczej pracy np. minimalizując wrażenie jego niedokładności. A spoglądając baczniejszym okiem i w przypadku tak uproszczonego projektu zdarzały się częste „fuszerki” rysunku. O ile jednak chwilowa niedokładność rysunku jest skrzętnie maskowana, o tyle animacja postaci wypada już nieporównywalnie gorzej. I faktu tego nie są w stanie ukryć nawet zabiegi „stylizacyjne” (choć ich efekt jest dość ciekawy). Wyraźne braki na polu animacji w scenach dynamicznych postanowiono rozwiązać tworząc połączenie „zamaszystej” wyraźnej kreski rysunku z półpłynną (w najlepszym wypadku) animacją.
Ciekawie prezentują się niektóre projekty maszyn, które robią wrażenie zarówno na poziomie estetyki jak i wykonania technicznego. Szkoda jedynie, iż na tym drugim polu pozostają w dużej mierze osamotnione.
Grafika w „Noeinie”, mimo zastosowania ciekawych pomysłów, ostatecznie jest raczej jedynie próbą zamaskowania uproszczeń i niedoróbek graficznych. Mnie osobiście ciężko jest przyjąć taką konwencję warstwy wizualnej. Nie bardzo mogę uznać ją za przemyślaną i spójną, mimo usilnych prób ze strony twórców, aby tak właśnie zostało to odebrane.
Elementem znacznie solidniejszym jest oprawa muzyczna. Kompozycje Masumi Itō (znanej także jako Hikaru Nanase) w sposób wyraźny budują atmosferę tego tytułu. Charakterystyczne zarówno dla twórczości tej kompozytorki, jak i podkładu muzycznego do „Noeina”, jest ograniczenie roli elektroniki w brzmieniu. Znajdziemy tu więc dobrze znane kompozycje lekkich utworów rozpisanych głównie na flet i fortepian, które będą dominować przez pierwsze odcinki. Są to kompozycje raczej bez większej oryginalności i stanowią jedynie wystarczające tło do sielankowych wydarzeń, jakie przyszło im ilustrować. Nieco ciekawiej wypadły utwory spokojne, głównie za sprawą wykorzystania gamy instrumentów smyczkowych i fortepianu (czasami nawet chóralnego tła dla utworu, np. „Mirai no Haruka”).
W pamięć widzów „Noeina” zdecydowanie zapadną zaś utwory rozpisane na małą orkiestrę. Przywodzące nastrój doniosłości, z wysuwającymi się na pierwszy plan klasycznymi chórami, stanowią zarazem największą atrakcję ścieżki dźwiękowej (Np. „Kakute, tatakau”, „Shangri-La”). Te ostatnie też są utworami, które o dziwo większe wrażenie robią w oderwaniu od wizualiów serii, kiedy to mogą uzyskać nowe, momentami ciekawsze znaczenie.
„Noein” sprawił mi kilka kłopotów recenzenckich. Z jednej strony serial ma szanse zainteresować szerokie masy odbiorców (nie tylko tych młodych), głównie za sprawą dość życiowego i łatwego do przyswojenia morału. Dodatkowo dopracowanie linii fabularnej scenariusza zachęca do seansu. Z drugiej jednak doświadczamy tu ubóstwa scenariusza pod względem charakterów postaci, której wymagający widzowie mogą nie znieść. Młodsi odbiorcy zaś, którzy nie przywiązują takiej wagi do struktury osobowościowej postaci, mogą być znudzeni ilością czasu, jaki takowym poświęcono, oraz tempem rozwoju samej fabuły.
Moim zdaniem „Noein” jest serią, która dość szybko zniknie w czeluściach animowanego rynku. W uniknięciu tego losu większości serii nie pomoże mu ani próba odmiennego podejścia do elementów grafiki, ani uniwersalny, naiwny morał tej historii. Mniej wybrednych odbiorców, którzy zniosą dzielnie powolne tempo historii, zachęcam do seansu. Zbyt wielką dziurą są tu jednak bohaterowie, abym z czystym sumieniem mógł ten tytuł polecić widzom wyrobionym i wymagającym. Można mieć jedynie nadzieję, iż twórcy „Noeina” w którejś z niezliczonych rzeczywistości wykonali swoją pracę troszkę lepiej i stworzyli coś, co byłoby w stanie zainteresować nawet recenzenckiego malkontenta...