Po twórcy „Wolf’s Rain”, Tensaiu Okamurze, spodziewać można się wiele. Tak samo jak po studiu Bones, które pozytywnie zaskoczyło już wielokrotnie. Na „Darker than BLACK” czekano więc z niecierpliwością, a kolejne odcinki wydawały się potwierdzać, iż będzie to jedno z ciekawszych anime 2007 roku. Po obejrzeniu całości nadal tak uważam, jednak nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, że ten, z pewnością utalentowany reżyser, potrafi tworzyć ciekawsze i dużo miej dziurawe anime...
Ale zacznijmy od początku. Pewien obszar Tokio zmienił się z jakichś powodów w dziwną strefę, w której nic nie dzieje się normalnie. Otoczono ją wysokim murem, zamknięto przed światem zewnętrznym i nazwano Hell’s Gate. Jedynie grupka naukowców prowadzi tam badania. Spore zmiany dokonały się także na zewnątrz. Z nieba zniknął Księżyc i stare konstelacje, zamiast nich niebo rozświetlał nowy układ gwiazd. Każda z nich reprezentowała człowieka o niezwykłych zdolnościach – wraz z pojawieniem się Hell’s Gate wielu ludzi w niewytłumaczalnych okolicznościach zyskało nadprzyrodzone umiejętności, tracąc w zamian emocje i sumienie. Nazywano ich keiyakusha (sygnatariusz kontraktu). Ponieważ byli idealnymi zabójcami, pozyskiwał ich pewien syndykat, dla którego bez wahania wykonywali kolejne brudne zlecenia.
Wraz z sygnatariuszami pojawiły się pozbawione emocji, niemal autystyczne media, których główną specjalnością stała się obserwacja na odległość. Nazywane lalkami, świetnie uzupełniały sygnatariuszy, korzystających stale z ich zdolności.
Jednym z takich ludzi jest niedawno przybyły do Tokio Hei, będący na co dzień sympatycznym młodzieńcem pochłaniającym góry jedzenia, który podczas wykonywania zleceń dla syndykatu zmienia się w zręcznego, zimnego zabójcę. Towarzyszą mu: Yin, będąca medium; sygnatariusz w skórze kota imieniem Mao oraz Huang – mężczyzna w średnim wieku po przejściach, będący łącznikiem grupy z syndykatem.
„Darker than BLACK” jest w dużej mierze serialem epizodycznym, przy czym epizod trwa tu zwykle dwa odcinki. Epizody ustępują miejsca czemuś w rodzaju wątku głównego dopiero w drugiej połowie serialu. Twórcy, wymyślając zasady serialowego świata, najwyraźniej nie mieli w zanadrzu jasnej wizji fabularnej. Jest więc ona podporządkowana postaciom i porusza się po wątkach związanych z kolejnymi zleceniami Heia. Razem z członkami grupy poznajemy historie ludzi i sygnatariuszy, którzy kiedyś przegrali życie, wplątali się w sytuacje bez wyjścia, czy popełnili niewybaczalne błędy i muszą z tym żyć – jest to bardzo podobna sytuacja jak w „Bebopie”, gdzie załoga statku trafiała na podobnych wykolejeńców, a same historie opowiadane są w podobny sposób. Poznajemy dzięki nim również przeszłość niektórych głównych bohaterów. Opowieści te są często przygnębiające, niektóre nastrajają do refleksji. Motywem przewodnim jest tu człowieczeństwo sygnatariuszy, postrzeganych jako maszynki do zabijania, którzy zawsze postępują racjonalnie.
Każdy epizod okraszony jest umiarkowaną liczbą, krótkich, ale dość sprawnie zrealizowanych pojedynków, podczas których sygnatariusze używają różnych, często nietypowych, mocy. Twórcy wykazali się tu niezłą pomysłowością, a jeszcze większą przy wymyślaniu tzw. zapłaty, którą za każdorazowe użycie mocy musi wykonywać sygnatariusz. Każdy ma „umowę” na inny rodzaj zapłaty, którą musi uiścić, aby funkcjonować. Niektórzy muszą wypalić papierosa, inni wyłamują sobie palce, jeszcze inni piszą wiersze – pomysł to, trzeba przyznać, oryginalny.
Przez serial przewija się wiele postaci drugoplanowych, które pojawiają się w kolejnych epizodach oraz w wątku głównym. Jest grupa agenta brytyjskiego wywiadu, składająca się z sygnatariuszy, interesująca się sprawami syndykatu. Mamy tajną policję do spraw sygnatariuszy z zawziętą, choć trochę zagubioną detektyw Kiriharą. Jej wydział wspomagany jest przez obserwatorium, które bada gwiazdy reprezentujące sygnatariuszy, informując o aktywności poszczególnych osobników. Nie mogło oczywiście zabraknąć naukowców pracujących dla organizacji o znamiennej nazwie PANDORA, którzy badają właściwości Hell’s Gate, oraz grupy aktywistów skupiających sygnatariuszy, którzy chcą ujawnić światu prawdę o sygnatariuszach. Twórcy zatroszczyli się także o element komiczny w postaci karykaturalnego detektywa i jego stukniętej asystentki, ale ten manewr akurat średnio im się udał, to zdecydowanie nie humor klasy np. „Bebopa”, natomiast widz nieczęsto będzie musiał tę parę oglądać, więc wada to niewielka. Wątpliwość może także budzić uczestnictwo w serialu gadającego kota, jednak jest on postacią całkiem poważną, która zaledwie kilka razy stanie się ofiarą humoru twórców. W każdym razie kot ten w żadnym stopniu nie przyczynia się do zdziecinnienia serialu. Anime to jest przeznaczone raczej dla osób w wieku studenckim, aczkolwiek występowanie tu pojedynków sugeruje, że twórcy chcą zaspokoić potrzeby szerszego grona odbiorców. Mimo wszystko jest to sprawnie zrealizowany serial, w którym, przynajmniej w pierwszej połowie, dbano o scenariusz.
Nie można tego niestety powiedzieć o zrobionym trochę na siłę wątku głównym. Serialowi zabrakło wyraźnej wizji fabularnej, solidnie przemyślanego pomysłu, który by to wszystko spoił. W wątku głównym odkryjemy kilka sporych nielogiczności i mnóstwo niedopowiedzeń. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że niedopowiedzenia często wprowadza się celowo. W wielu przypadkach takie posunięcie jest bardzo dobrym rozwiązaniem o ile wie się, przynajmniej w zarysie, to, czego się niedopowiada. Obawiam się, że twórcy „Darker than BLACK” nie mają bladego pojęcia, jak można by wytłumaczyć to, co spowodowało pojawienie się dziwnych stref, zmienionego nieba, ani o tym, jaki sens ma istnienie sygnatariuszy i jaka logika kryje się za celami syndykatu. Ostatnie odcinki serialu rujnują dość dbale tworzoną układankę. Wprowadzają kilka bardzo nieostrożnych wyjaśnień, które podważają logiczność działań pewnych postaci, a nawet organizacji. Jest też teoria, według której można by całą sytuację uznać za metaforę lub zestaw przenośni. Hell’s Gate, Heaven’s Gate, Pandora – ta symbolika wskazywać by mogła na zawarcie w serialu głębszej myśli. Obawiam się jednak, że nie da się sensownie połączyć jej w całość, chyba że przyjmiemy, iż za tym wszystkim stoi piekło... Twórcy serwują nam za to krótką i nieudolną powtórkę psychodramy z „Neon Genesis Evangelion”. Odnajdziemy tu nawet niemal identyczną scenę, w której ważne postacie rozmawiają z protagonistą. Moim zdaniem twórcy trochę zgubili się we własnych pomysłach, które już na starcie wybitne przecież nie były.
Widz, który z serialem już się zapoznał, stwierdzi zapewne, że wyjątkowo kapryśny recenzent zabrał się za jego ocenę. Proszę jednakże wziąć pod uwagę, że oceniamy dzieło człowieka utalentowanego, który już udowodnił, że stać go na wiele, dlatego też „Darker than BLACK” oceniam niezwykle surowo. Poza kilkoma, trzeba przyznać dużymi nielogicznościami w końcówce, serial ogląda się ze sporą przyjemnością. Występuje tu wiele postaci, do których bardzo łatwo można się przywiązać, a historie ich przeszłości bardzo w tym pomagają.
Tym większa była to przyjemność, że Bones, jak zwykle, nie szczędziło środków na realizację serialu (choć żal, bo można było trochę bardziej popracować nad scenariuszem). Każdy aspekt wizualny dopracowano. I rendering jest przyzwoity, i rysunek. Bardzo podobał mi się projekt postaci oraz kolorystyka. Świetnie zrealizowano pojedynki – animacja jest w nich naprawdę wysokiej klasy (nie jest to jednak kunszt animatorów „Seirei no moribito”).
Jeśli chodzi o muzykę, to minutą milczenia pominę pioseneczki z openingów i plagiat z endingu, natomiast soundtrack Yoko Kanno po raz kolejny należy do bardzo udanych – artystka znów podryfowała bliżej w kierunku jazzu, choć usłyszymy także trochę rocka i elementy funku.
Ostateczna ocena serialu nie jest niestety łatwa. Jego epizody zrealizowano umiejętnie, widać w nich fachową rękę reżysera. Wyraźnie zaniedbano jednak scenariusz wątku głównego (szczególnie samej końcówki), co zmarnowało spory potencjał serialu. Jednocześnie ogląda się go z dużą przyjemnością, bohaterowie powinni się podobać, sądzę nawet, że widz wrażliwszy może się kilka razy wzruszyć podczas obcowania z „Darker than BLACK”. Kto jednak wymaga od serialu logicznej i ciekawej lub oryginalnej fabuły, ten może się niestety zawieść. Anime tego, choć jest świetnie zrealizowane pod względem muzyki i obrazu, wybitnym nazwać niestety nie można. To z pewnością nie jest anime na miarę „Wolf's Rain” – poprzedniego dzieła Okamury.