Fantasy to współcześnie jeden z najbardziej wpływowych nurtów kultury popularnej. Prawdziwy przełom w globalnej jej popularności przynieśli jednak nie pisarze, a twórcy filmów oraz – w drugim rzędzie – gier, które dzięki swoim możliwościom partycypacji i kreacji historii przez uczestnika wyniosły nurt na kolejny etap bytowania. O ile jednak filmowcy czekali z masową adaptacją historii fantasy na rewolucję informatyczną, o tyle twórcy produkcji animowanych nie będąc na tyle ograniczeni realizmem formalnym sięgali po mityczne światy znacznie wcześniej.
Paradoksalnie jednak Japończycy, ze swoim największym potencjałem przemysłu animowanego i przebogatymi, azjatyckimi inspiracjami kulturowymi, niezwykle rzadko potrafili sprawnie zaadaptować na potrzeby anime charakterystycznego dla ich kręgu kulturowego nurtu fantasy. Co więcej, za inspirację częściej obierali zachodnie wzorce tego nurtu. Dobrymi przykładami takiego stanu rzeczy mogą być tytuły pokroju „Record of Lodoss War” czy „Berserk”. Jednak to nie szukanie zakotwiczenia historii za dalekimi wodami jest problemem fantasy w anime. Twórcy bowiem postanawiają na ogół wykorzystywać formułę tego gatunku do tworzenia mało sensownych telenowel skierowanych do młodych nastolatków, bądź „mrocznych” historii, w których główną rolę tak naprawdę grają wnętrzności przeróżnej maści potworów wypływające wprost na szklany ekran.
Jednym z wybijających się przykładów najnowszej karty anime, który tą tendencję złamał był „Twelve Kingdoms”. Od typowego przedstawiciela animowanego gatunku odróżniało go niemal wszystko; nieliczne sceny akcji, skupienie się na rozterkach bohaterów, niesamowita konsekwencja i wiarygodność budowanego świata i wreszcie inteligentne analogie do przesyconej duchem konfucjanizmu starożytnej Azji Wschodniej. Co prawda, fanów tego niezwykłego tytułu pozostawiono na pastwę niepewności związanej z urwaniem epickiej historii świata dwunastu królestw, jednak stanowił on wyraźny sygnał, że czas wielkich zmian w podejściu do fantasy w anime nadchodzi.
„Seirei no moribito” już od pierwszych chwil nosi potencjał porównywalny z wymienionym tytułem. U podstaw takiego stanu rzeczy niewątpliwie leży fakt, iż pierwowzór stanowiła jedna z części uznanego cyklu nowel (występująca pod zbiorczym tytułem „Guardian”). Na bazie popularności nowel wydano liczne mangi, a jedna z jej tomów została zekranizowana. Właśnie z nią będziemy się dziś zaznajamiać.
Kenji Kamiyama to postać jeszcze parę lat temu zupełnie nieznana. Jest on zarazem przykładem twórcy, który konsekwentnie zdobywał coraz bardziej znaczące stanowiska w ekipach realizacyjnych studia „Production I.G”. Począwszy od 1996 roku, był członkiem nieformalnej „drużyny Oshiiego”. Współtworzył na mniej eksponowanych stanowiskach kilka głośnych tytułów, a swoje pierwsze reżyserskie kroki stawiał w przerywnikach filmowych do wielu gier. Pierwsza poważna reżyserska posada to jednak parodystyczna seria „Mini Pato” (nawiązanie do serii „Patlabor” w reżyserii Mamoru Oshiiego). Jak się okazało, doświadczenia współpracy z Mamoru Oshiim popchnęły władze studia (jak i samego Kamiyamę) do decyzji o rozpoczęciu prac nad „Ghost in the Shell: Stand Alone Complex”. Produkcja mimo dużego budżetu zajęła ponad dwa lata, ale po tym niezwykle udanym tytule nazwisko reżysera stało się znane. On sam na fali popularności stworzył drugi, nie mniej dobry sezon tego tytułu, a pod koniec zeszłego roku trzecią część cyklu o podtytule „Solid State Society”, tym razem w formie serii OVA.
Kenji Kamiyama dobrze jednak wiedział, że nie może brnąć w sagę policyjno-społeczną wiecznie. Dlatego też po raz kolejny uzyskując spory budżet zajął się projektem odmiennym. W „Seirei no moribito” przenosimy się bowiem do świata wschodniego fantasy, a dokładniej do jednego z państw tamtejszego świata. Poznajemy trzydziestoletnią wojowniczkę – Balsę. Wędruje ona po świecie, oferując potrzebującym swoje usługi. Ma misję. Chce w ten sposób zadośćuczynić za osiem zabitych w przeszłości dusz. Przechodząc nieopodal orszaku cesarskiego, jest świadkiem wypadku – młody książę wpada do rwącej rzeki. Balsa usiłuje go ratować, ale zostaje razem z nim porwana przez prąd. Balsa nie ginie jednak w pierwszym heroicznym akcie tej historii. Wokół niej i chłopca tworzy się bariera, która chroni obydwoje przed niechybną śmiercią. W podzięce za uratowanie księcia, Balsa zostaje zaproszona do pałacu Cesarzowej Imperium Yogo, gdzie dowiaduje się, że odkąd u chłopca odkryto dziwną przypadłość, ojciec próbuje go potajemnie zabić. Zrozpaczona matka proponuje wojowniczce wielkie kosztowności w zamian za dożywotnią ochronę swojego syna i ukrywanie go przed ludźmi władcy. Balsa wyraża swoje wątpliwości i w pragmatycznym geście odrzuca propozycje przyjęcia kosztowności. Podejmuje jednak także inną decyzję. Będzie chronić księcia Chaguma. To będzie ósma, ostatnia do uratowania dusza.
Na pewno serial w konwencji fantasy to jedna z ostatnich rzeczy o jaką posądziłbym twórcę „Stand Alone Complex”. Jednak czy aby nasz dzielny reżyser rzeczywiście tak bardzo zmienił upodobania? Jedno jest pewne. Na pewno nie zmienił się jego stopień profesjonalizmu. Scenariusz od pierwszych chwil sprawia wrażenie poukładanego i solidnie skonstruowanego. Historia rozwija się spokojnie, żyje swoim rytmem bez nagłego szarpania i rozwlekania wątków. Oparty na prostych założeniach scenariusz w sposób niezwykle wyważony operuje zarówno zwrotami akcji jak elementami mającymi wywołać emocjonalność i przywiązanie do postaci. I tu objawia się jeden z niezmiennych elementów charakterystycznych dla tytułów reżyserowanych przez Kamiyamę. Nadal w centrum jego zainteresowań są ludzie. Zwykli, realni ludzie, bez podziału na tych złych i dobrych. Doskonale rozumiemy postaci, ich motywację i tok rozumowania. Reżyser nie zaniedbuje zarówno delikatnych relacji pomiędzy Balsą (notabene, nasuwającej skojarzenia z protagonistką innej serii) a jej podopiecznym jak i dość skomplikowanej układanki powiązań zawodowo-osobistych na dworze cesarskim. To samo widzieliśmy już w drugim sezonie „Stand Alone Complex”.
Przy tym wszystkim nie zapomniano o dobraniu solidnej obsady, która wywiązywała się ze swoich obowiązków w sposób absolutnie zadowalający. Jest to fakt tym istotniejszy, że główne role powierzono mało znanym nazwiskom. Szczególnie pozytywne wrażenie robi duet Mabuki Andou, mającej barwę i sposób gry bardzo zbliżony do Atsuko Tanaki, oraz niespełna czternastoletniego Naoty Adachiego. To głównie dzięki nim relacje między granymi przez nich bohaterami nabrały tak wiarygodnego charakteru.
Znacznie skromniej przewija się w „Seirei no Moribito” motyw ucieczki przed cywilizacją i wzgardy dla zamkniętego na irracjonalność umysłu. Jest on obecny nie tylko w licznych tytułach Fantasy (zwłaszcza w jego pseudohistorycznych odmianach), ale także w poprzednich tytułach Kenjiego Kamiyamy. W „Stand Alone Complex” element ten wsparty był jeszcze swoistym paradoksem; z jednej strony mieliśmy ujęcia technologii jako czegoś niszczącego tradycyjne więzi i odbierającego człowieczeństwo, z drugiej zaś mieliśmy motyw ludzkiej maszyny, której istnienia nie można było racjonalnie wytłumaczyć. Podobne, aczkolwiek mocno zmodyfikowane idee, niesie „Seirei no moribito.
To wszystko jednak tło, ledwo zaznaczony dodatek do przygodowej, wzruszającej historii jaką jest „Strażnik świętego ducha”. Bardzo miło mi stwierdzić, że tak obiecujący twórca jak Kenji Kamiyama potrafi odnaleźć się w przeróżnych odmianach gatunkowych bez uczucia „przygrywania na jedną nutę”. Jednocześnie mimo świeżości „Guardian of the sacred spirit”, bezbłędnie wyczuwalny jest styl poprzednich tytułów; duża ilość, dobrze skonstruowanych dialogów czy powolne i równomierne odkrywanie zawiłości fabularnych.
„Seirei no moribito” to naturalnie nie tylko solidnie skonstruowany scenariusz. To także, a może przede wszystkim wspaniałe wykonanie. Największe wrażenie robią piękne, szczegółowe scenografie. Oparte na bogatej palecie kolorów, przyciągają oko bez względu na to czy ilustrują bezkresne, górskie stepy, wielokilometrowe pola ryżowe czy też centra tętniących życiem miast. Na samym początku dość obficie wykorzystywane są obiekty trójwymiarowe w scenografii. Mimo wysokiej jakości detali i sprawnego wypełnienia nie sprawiały one – szczególnie w porównaniu z efektownymi scenografiami tradycyjnymi – jednoznacznie pozytywnego wrażenia. Przyczyną były jednostkowe przypadki skromnej w dopracowaniu animacji komputerowej. Na szczęście twórcy bardzo szybko ograniczyli udział obiektów w pełni renderowanych na rzecz tych, które rysowane są tradycyjnie a poddane następnie starannej obróbce komputerowej. Co ciekawe, scenografie mimo swej efektowności potrafią jednocześnie przyciągnąć oko widza i nie zaburzyć odbioru pierwszego planu. To kolejna analogia do dopracowanego pod tym względem „Stand Alone Complex”.
Największym mankamentem poprzednich tytułów był brak staranności w rysunku postaci. Ich projekt był całkowicie niekonsekwentny i brakowało mu dojrzałego stylu. Technicznej niedoskonałości tej skali nie była w stanie zaś nadrobić wszechobecna obróbka komputerowa. Metodą prób i błędów ekipa realizacyjna doszła już jednak do punktu, w którym efekt przygniatającej większości tych „felerów” udało się zniwelować. Projekt dojrzał, choć mamy do czynienia z bardziej standardowym stylem tego studia, niż w wielokrotnie wspomnianym „Stand Alone Complex”. Płynna jest animacja, zarówno gdy oszczędni w ruchy bohaterowie prowadzą dyskusje, jak i też, gdy najsprawniejsi wojownicy tamtejszego świata toczą zacięte pojedynki. Twórcy nie bali się śmiało korzystać z osiągnięć komputerów, a jednocześnie zachowali odpowiednie proporcje między starannym rysunkiem, a umiejętnym uzupełnianiem jej przez grafikę trójwymiarową. To wszystko zadecydowało o imponującym efekcie końcowym.
Niezwykle trafną decyzją okazało się powierzenie kompozycji ścieżki muzycznej doświadczonemu Kenjiemu Kawai. Ten zaserwował nam tradycyjnie przebogatą muzykę tła, opartą na połączeniu instrumentów klasycznych i syntezatorów. Styl kompozytora wyczuwany jest od pierwszej chwili w rytmice i sposobie kompozycji. Utrzymane we wschodnim wydaniu powolne utwory, budujące atmosferę sielanki występują na przemian z chóralnymi (zachodnimi) śpiewami w rytmie bębnów, które wspomagają aurę mistycyzmu i tajemnicy. Spore wrażenie robią dynamiczne motywy z silnymi uderzeniami bębnów, elektronicznym drugim rytmem i instrumentalną melodią. Kenji Kawai wkradł też charakterystyczne od czasów „Ghost in the Shell” chóry japońskie („Nahji no uta”) i ambientowe nuty w stylu znanym także z tego znaczącego tytułu. Naturalnie, przykładny efekt końcowy jest wynikiem także sprawnej reżyserii dźwięku, dzięki której wiele scen generowało znacznie silniejszy efekt niż sama fabuła mogłaby podkreślić.
Ciekawostką dotyczącą graficznej szaty openingu jest fakt, iż pierwsze jego sekundy, kiedy „kamera” przebija się przez gęste chmury jest analogiczny do tego ze wspomnianego „Twelve Kingdoms”. Celowe czy też nie, stanowi ciekawy przypadek w świetle skromnych podobieństw obu tytułów. Dalsza jego część jest już bardziej typowa. Energiczna J-rockowa nuta w wykonaniu L’arc en ciel w tempie galopującego przez pola ryżowe rumaka przenosi nas w świat romantycznej przygody. Równie typowy i udany jest wykonywany przez Sachi Tainakę ending, tradycyjnie stanowiący spokojną balladę ku ukojeniu serc widzów.
„Seirei no moribito” nie rozczarowało. Otrzymaliśmy dojrzałą, wciągającą i wzruszającą historię fantasy, pozbawioną tanich komercyjnych sztuczek, a w zamian skupiającą się na wiarygodnych, pełnokrwistych bohaterach. Tytuł zdecydowanie można wliczyć w poczet nielicznych udanych wydań wschodniego fantasy w anime. Ostatecznie odróżnia się także od postawionej za przykład sagi dwunastu królestw. Nie znajdziemy tu tego epickiego zacięcia jakie miał w sobie „Juuni Kokki”. Postawiono tu bardziej na piękną, przygodową historię, aniżeli na subtelne analogie jakie oferował ten wymieniony konkurent. „Seirei no moribito” dzięki temu stał się tytułem przystępnym dla szerszej grupy osób, także tych którzy w orientalnych wzorcach kulturowych orientować się nie chcą.
Kenji Kamiyama, po raz kolejny okazał się doskonałym organizatorem, wyciągając maksimum możliwości od swoich podwładnych, a przede wszystkim od samego siebie. Mam nadzieję, że ekipa podejmie się w przyszłości zarówno ekranizacji pozostałych części noweli, jak i wielu innych projektów, w których podziwiać będziemy mogli wzorowe rzemiosło w wykonaniu tego reżysera. W końcu nie od parady, w jednym z eksperymentalnych filmów Oshiiego, postać przypominająca naszego reżysera nosi tajemnicze imię „Zarządca Kamiyama”…