Pamiętacie jeszcze grupę zwariowanych przyjaciół z „Honey and Clover”, bohaterów tej wspaniałej opowieści o czasach, kiedy wielu z nas myślało, że wszystko jest możliwe? Nie, to nie recenzja trzeciego sezonu, chociaż twórcy tamtego przepełnionego entuzjazmem anime niedługo kazali nam czekać na swój kolejny tytuł. Tym razem z pachnącej farbami i innymi tajemniczymi przyrządami do kreacji przedmiotów niepotrzebnych pracowni plastycznej, przeniesiemy się na wiecznie głośną uczelnię muzyczną. Pośród dźwięku skrzypiec i uderzeń klawiszy fortepianu będziemy mieli okazję poznać nowych przyjaciół, którzy przeprowadzą nas przez dwadzieścia trzy odcinki pełne muzyki, co jakiś czas przerywanej jedynie salwą śmiechu. „Nodame Cantabile” w bardzo wolnym tłumaczeniu oznaczać może ‘piosenkę Nodame’. Zapraszam więc do świata żyjącego w rytmie Nodamowej pieśni!
Shinichi od dziecka marzył o byciu dyrygentem. Jako syn światowej sławy pianisty miał już okazję podróżować po Europie i słuchać występów sławnych orkiestr w Berlinie, Wiedniu czy Londynie. Tam poznał też swojego idola – maestra Sebastiana Vierrę. Był jednak zdecydowanie zbyt młody, by zostać jego uczniem, więc postanowił wrócić do Europy, gdy będzie już na to gotowy. Nie mógł się jednak domyślać, iż w konsekwencji wypadku zrodzi się u niego wyjątkowy strach przed podróżami lotniczymi.
Minęło wiele lat. „Uwięziony” Shinichi nie pozbył się swoich lęków i jest teraz studentem Japońskiej Akademii Muzycznej Momogaoka. Jest wysoce utalentowany w grze na skrzypcach i fortepianie, ale nadal ma zerowe doświadczenie w swojej życiowej pasji. Narastająca z tego powodu irytacja powoduje kłótnię z jego dotychczasowym nauczycielem gry na fortepianie i w rezultacie Shinichi zostaje przydzielony do profesora zajmującego się najsłabszymi studentami.
Sfrustrowany bohater postanawia utopić swoje smutki w alkoholu. Nie spodziewa się jednak, iż następnego ranka obudzi się w ciemnym, wypełnionym po brzegi śmieciami pokoju, na którego środku będzie się znajdował... fortepian oraz grająca na nim dziewczyna. Zszokowany Shinichi z grozą odkrywa, iż znajduje się w mieszkaniu swojej sąsiadki, a zarazem studentki tej samej uczelni – Megumi Nody.
Shinichi Chiaki to z pozoru arogancki i cyniczny osobnik. Niezwykle popularny (zwłaszcza wśród kobiet), sam raczej stroni od towarzystwa. Niespecjalnie przejmuje się uczuciami innych, a sprawia nawet wrażenie samoluba. Jest perfekcjonistą, zarówno gdy chodzi o tryb życia, jak i podejście do muzyki, która wydaje się dla niego najważniejsza. Nodame zaś to jego całkowite przeciwieństwo; roztrzepana, nie dbająca o własny wygląd, zawsze myśląca o innych, a przede wszystkim dziecinna w swej naiwności i szalona ponad stan osóbka. Traktuje muzykę jak zabawę, stara się dostrzec w niej emocje (nieraz zabawnie interpretując intencje znanych kompozytorów). To spotkanie stanie się dla nich okazją do poznania samych siebie, przewartościowania dotychczasowych pragnień i – kto wie – być może również drogą do szczęścia? Pewne jest tylko jedno: od tej chwili będą zmuszeni podejmować nie zawsze łatwe i przyjemne, ale zawsze własne decyzje.
Tym znającym poprzedni tytuł tych twórców, już po paru minutach seansu nasuną się skojarzenia z „Honey and Clover”. Sposób reżyserii i narracji jest w obu tytułach bardzo zbliżony. Samo też umiejscowienie akcji pośród studentów uczelni artystycznej wydaje się takie odczucia potwierdzać. Rodzaj i poziom humoru, za którym osobiście przepadam, obu tytułów również jest podobny. Powiedzenie jednak, iż „Nodame Cantabile” jest tytułem bliźniaczym tudzież kopią „Hachikuro”, byłoby zwykłym nieporozumieniem. Już po paru odcinkach można bowiem śmiało stwierdzić, iż jest pod wieloma względami zupełnie inny. Przede wszystkim muzyka klasyczna, nie jest tu – tak jak sztuki plastyczne w przypadku „Miodu i koniczyny” – jedynie dekoracją i tłem dla perypetii głównych bohaterów. Romans występuje tu w formie bardzo nietypowej i w zdecydowanie mniejszej ilości (szczególnie w porównaniu do aktorskiego serialu „Nodame Cantabile” z 2006 roku). Także sam motyw dorastania potraktowany jest zupełnie inaczej. Postacie w „Nodame Cantabile” nie dążą do oczywistej dorosłości społecznej, lecz do dojrzałości muzycznej, odkrywania samego siebie w niej i rozwijaniu własnych umiejętności. Obyczajowość poza tematyką muzyczną pełni tutaj rolę marginalną, zarówno pod względem objętości, jak i poziomu przedstawianej treści. Pierwsze – nomen omen – skrzypce gra tu bowiem muzyka klasyczna i to, co z nią związane. Miło zaskoczył mnie fakt, iż ta ostatnia została potraktowana bez charakterystycznego dla anime „przymrużenia oka”. Twórcy szczególną uwagę zwracają na specyfikę muzyki klasycznej, nie będącej jedynie melodią, ale także perfekcyjną matematyką dźwięków, w której nie ma improwizacji, a porządek i siła. Jednocześnie pokazują jej drugą stronę; burzę emocji, która przeszywa całe ciało i trafia do najgłębszych pokładów ludzkiej jaźni. Za takie przedstawienie sprawy gromkie brawa. Niewiele osób pojmuje bowiem tę charakterystyczną symultaniczność wielu klasycznych kompozycji muzycznych.
Niestety, o linii fabularnej scenariusza muszę napisać także nieco negatywów. Przede wszystkim dość wyraźnie widać, iż ekranizacja mangi Tomoko Ninomiyi (niezwykle popularnej, nagrodzonej corocznym wyróżnieniem wydawnictwa Kōdansha i sprzedanej w blisko 15 mln egzemplarzy) poprowadzona została wyrywkowo. Wiele wątków pobocznych pojawia się jedynie na chwilę i szybko znika w natłoku kolejnych. Sprawia to wrażenie chaosu w fabule, która wydaję się mało spójna i traci na wiarygodności. Tendencja ta jest szczególnie widoczna w drugiej połowie serii. Ma się wtedy wrażenie gwałtownego przyśpieszenia wydarzeń, zwłaszcza gdy muzyka coraz bardziej spycha fabułę na dalszy plan. Warto wspomnieć również, iż seria anime kończy się w tym samym momencie, co telewizyjna drama, z trudnością więc przypisać tu można intencje zekranizowania całości mangi (która dodatkowo obejmuje także późniejsze wydarzenia) kosztem mniej istotnych wydarzeń. Wielka szkoda, bowiem „Nodame Cantabile” straciło przez wspomniane mankamenty scenariusza możliwość dołączenia do grona najbardziej uznanych tytułów anime. Prawdziwą siłą zarówno mangi, jak i serii telewizyjnej, nie jest jednak na szczęście ekscytująca fabuła, a bezapelacyjnie nieprzeciętni bohaterowie; wzbudzający natychmiastową sympatię, a jednocześnie wystarczająco wiarygodni. To właśnie oni (obok rozbrzmiewającej orkiestry) będą przykuwać naszą uwagę i skłaniać do sięgania po kolejne odcinki. Nie będą to naturalnie jedynie główni bohaterowie, ale i wielu innych, jak rozśmieszający do łez maestro Franz von Stresseman (inspiracja nazwiska wydaje się oczywista), wieczny optymista Ryūtarō Mine czy profesor Etō, zwany Harisenem. Przy tej okazji muszę wymienić jeszcze jedną niewątpliwą zaletę serialu – wspaniałych seiyū z doborowym Tomokazu Sekim i Ayako Kawasumi na czele. Bez nich serial straciłby bardzo wiele ze swojego niewątpliwego uroku.
I tym samym przechodzimy do kwintesencji „Nodame Cantabile”, czyli multum muzycznego doznania. Niedostatki scenariusza rekompensuje bowiem wspaniała muzyka, choć przyznać trzeba bez zbędnych ceregieli, iż nie jest to bynajmniej główna zasługa Sugura Matsutaniego, kompozytora muzyki do recenzowanego tytułu. Jego kompozycje, choć niezwykle przyjemne i świetnie wpisujące się w atmosferę tytułu, muszą ustąpić pod naporem bardziej znanych tematów muzycznych, od których sam kompozytor sporo zresztą czerpie. Jeśli bowiem mielibyśmy przypisywać komuś zasługę niesamowitej aury muzycznej otaczającej „Nodame Cantabile”, to najlepiej byłoby wymienić Bacha, Brahmsa, Mozarta, Beethovena, Dvoraka, Schuberta, czy wreszcie mojego ulubionego Rachmaninowa. A to naturalnie jedynie część ze znanych kompozytorów, których dzieła będziemy mieli okazję usłyszeć. Świetnie spisała się orkiestra (specjalnie sformowana na potrzeby serialu telewizyjnego i animacji) wykonująca podkład pod anime. Różny poziom wykonania znajdował idealnie odwzorowanie w fabule, dając nam małą lekcję słuchu muzycznego. Jeśli czegoś możemy żałować, to tylko tego, że nie mogliśmy (z oczywistych względów) usłyszeć ich w wykonaniu najsławniejszych światowych orkiestr. Fani „klasyki” nie powinni być jednak zawiedzeni, bowiem aranżacje należą do interesujących i słucha się ich mimo wszystko przyjemnie (naturalnie głośniki komputerowe znacznie zepsułyby ten efekt). Wspomnieć również wypada kilka słów o openingu i endingu. Grupa Suemitsu & The Suemith, charakteryzująca się użyciem fortepianowego akompaniamentu do swoich rockowo-popowych utworów, stworzyła na potrzeby anime zarówno opening serii „Allegro Cantabile” (co oznaczać może po prostu ‘szybką, wesołą piosenkę’) jak i bardziej nastrojowy drugi ending „Sagitarius”. Dodatkowo pierwszy ending „Konna ni chikaku de...” wykonany został przez popularną w Japonii piosenkarkę j-pop Crystal Kay. Optymistyczny, ocierający się o klimaty r&b będzie stanowił atrakcyjne zakończenie pierwszej połowy serialu. Wszystkim tym utworom towarzyszą charakterystyczne projekcje mające charakter swobodnych impresji, bardzo podobne do tych, które mieliśmy okazję obserwować już we wcześniejszych pracach studia J.C. Staff.
Tytuł operuje stylistyką zbliżoną do wielokrotnie wspominanego „Honey and Clover”. Przejawia się to między innymi w charakterystycznej, pastelowej barwie, utrzymanej głównie w tonacji słonecznej żółci, ewentualnie rzadziej w innej ciepłej kolorystyce. Równie podobne są pozostałe elementy oprawy graficznej; tła są skromne, ale jednocześnie schludne i wykonane starannie. Występuje także znajoma tendencja do upraszczania drugiego i trzeciego planu sceny. Udział komputerów w budowaniu scenografii jest zaś znikomy, a nieliczne elementy cyfrowe są wkomponowane z dużą dbałością o efekt spójnej kompozycji. Operowanie „światłem” w obrazie zrobiło wyraźny krok do przodu od czasu poprzedniego znanego tytułu tego studia i teraz znacznie wzmacnia ono specyficzną, kojącą atmosferę. Rysunek postaci został wykonany zaskakująco starannie jak na normy anime o tematyce obyczajowej, choć razić troszkę może jego statyczność. Wypada również wspomnieć, iż sam projekt (przeniesiony w dużej mierze z mangi), pod względem estetycznym niekoniecznie zachwyci osoby przywiązane do standardowej stylistyki np. tytułów shōjo.
Animacja zadowala. Postacie poruszają się płynnie i nie znajdziemy tu żadnych kompromitujących „wpadek”. Drobnym mankamentem są – obecne najczęściej w pierwszej połowie serii – statyczne obrazy, występujące podczas scen z orkiestrą. Ciężko określić intencje rysowników, choć nawet jeśli było to zwyczajne lenistwo, to mimo wszystko przyznam, iż zabieg ten miał w sobie dość ciekawą zdolność budowania specyficznej atmosfery muzycznej. Istnieje także spore prawdopodobieństwo, iż wspomniane obrazy są w rzeczywistości fragmentami oryginalnej mangi.
Obiekty trójwymiarowe pełniłyby w „Nodame Cantabile” rolę mocno marginalną, gdyby nie jeden spory wyjątek. Owym wyjątkiem są instrumenty muzyczne, w przygniatającej większości zaprojektowane na komputerze. Wykonane ze sporą dbałością o szczegóły stanowią świetny przykład tego, jak można rozsądnie wykorzystać trójwymiarową grafikę w anime. A to jeszcze nie wszystko, bowiem twórcy pokusili się nawet o odwzorowanie samej techniki gry na instrumentach (co w większości tytułów nie wyglądało dotychczas zbyt dobrze). Wykorzystali w tym celu komputery oraz technikę wypełnienia znaną chociażby z ciągle trwającego projektu „Freedom”. Dobre zgranie kolorystyczne i zaskakująca precyzja w samej staranności wykonania takiego rozwiązania zasługują na spore uznanie.
Cóż mogę dodać? „Nodame Cantabile” to tytuł zdecydowanie ponadprzeciętny. Ociekający młodzieńczym optymizmem i atmosferą filharmonii. Nie jest to naturalnie tytuł idealny, a wręcz do tego brakuje mu wiele, na pewno jednak studenci akademii muzycznej i ich życiowe rozterki znajdą miejsce w sercach wielu widzów. Jednocześnie nie jest to tytuł dla osób, które do muzyki klasycznej pałają jakąś dozą antypatii. Po kilku odcinkach lekkiej komedii muzyka zaczyna zajmować tu naprawdę sporą część czasu i nie da się jej zignorować jako zła koniecznego.
Komu polecam? Naturalnie miłośnikom klasyki (choć nakłaniam ich do delikatnego przymrużenia oka na pewne kwestie) oraz poszukującym humoru na ciekawym poziomie i interesujących bohaterów. Naturalnie, jeśli przygody grupy przyjaciół z ASP należą do twoich ulubionych tytułów, to „Nodame Cantabile” jest także pozycją niemal obowiązkową.
Ponad jednak wszystkie te podziały istnieje coś, czego ja osobiście niestrudzenie poszukuję; nieopisywalny powiew młodości (nie mylić z dzieciństwem), świeżości i niepoprawnego optymizmu, który dotychczas udało mi się znaleźć zaledwie w kilku tytułach. Jeśli i ty szukasz w anime czegoś takiego, czym prędzej sięgaj po „Nodame Cantabile”, a nie powinieneś się zawieść.