Jak mogliśmy się dowiedzieć z niedawnej prelekcji Yoshikiego Sakuraia, w Japonii rocznie powstaje około dwustu nowych seriali anime. Niestety, zaledwie garstka spośród nich to produkcje świeże i oryginalne. Zdecydowaną większość stanowią rzeczy wtórne, jak na przykład komedie ecchi czy opowieści o magicznych dziewczętach. Wśród tych anime nie brak również tytułów o agencjach wszelkiej maści, tajnych bądź jawnych, które zajmują się dosłownie wszystkim – od zdejmowania zwierząt z drzew po ratowanie świata. Pół biedy, jeśli jest to komedia i można się przy oglądaniu takiego serialu pośmiać, chociażby z gagów kiepskiej jakości. Produkcje poważniejsze ostatnio nie bardzo się na tym polu sprawdzają – twórcom po prostu brakuje pomysłów na coś oryginalnego. „Venus versus Virus” to właśnie opowieść z nurtu tych poważnych serii.
Aby w ogóle powstała organizacja, musi się ona czymś zajmować. Tak więc wymyślono wirusy – byty, które wnikają do ciał ludzi, mogąc je kontrolować, a nawet zabijać innych. Tylko nieliczni ludzie są w stanie zauważyć obecność wirusów, chociaż na świecie istnieje ich całkiem sporo. Właśnie ci, którzy zauważają obecność owych stworów, są narażeni na ich atak. Skoro już jest atak, musi być i kontratak. Z wirusami walczy organizacja o wdzięcznej nazwie Venus Vanguard, do której należą cztery osoby: Sōichirō Nahashi, jego przybrana córka Lucia, niejaka Lola oraz najnowszy narybek agencji – Sumire Takahana. Siedziba organizacji mieści się w sklepie, który jest oczywiście przykrywką dla ich właściwej działalności. Od czasu do czasu sklepik odwiedzają ludzie zdolni dostrzec ulotkę Venus Vanguard. „Wenusjanie” przyjmują wtedy zlecenie i pokonują wirusa. Tyle na początku, ponieważ później pojawia się przeciwnik o wiele silniejszy i przebieglejszy, którego pokonanie będzie dla agencji priorytetem; walka z nim to właśnie najważniejszy wątek w tej historii.
Schemat fabuły tego typu anime jest prosty: najpierw poznajemy kogoś, kto dołącza do jakiejś organizacji i okazuje się, że posiada moce większe od innych (tutaj padło na Sumire), może jest nawet oczekiwanym wybrańcem. Przez kilka odcinków niezobowiązująco walczy się z wrogami, żeby supermocarz mógł nabrać wprawy, a mniej więcej gdzieś w połowie pojawia się potężniejszy przeciwnik, z którym walczyć będzie się już do końca, a odkrycie jego tajemnicy jest najważniejszą rzeczą w anime. Jeśli ktoś widział przynajmniej jeden serial tego typu, doskonale wie, czego spodziewać się po „Venus versus Virus”. Kto nie widział, niech nie spodziewa się porywającej akcji, a oczekuje nieskomplikowanej opowieści o walce dobra ze złem, która skończyć może się w jedynie słuszny sposób. Twórcy, mając schemat, muszą tylko od siebie dodać jakąś fabułę i akcję, wymyślić rzeczywistość, w której wszystko ma się rozgrywać i zrobić wszystko, aby widza nie zanudzić na śmierć przez kilkanaście odcinków. Moim zdaniem osoby odpowiedzialne za „Venus versus Virus” nie wywiązały się z tego zadania najlepiej – po kilku odcinkach zacząłem się nudzić, coraz bardziej niechętnie podchodząc do obejrzenia całości.
Bohaterowie również podciągnięci zostali pod schemat. Sumire dopiero od niedawna walczy z wirusami, więc jeszcze nie przywykła do tego, że jej życie diametralnie musi się przez to zmienić. Najchętniej porzuciła by to zajęcie, ale nie może – widzi wirusy, a one widzą ją, toteż konfrontacja jest nieunikniona. Mimo to dziewczyna stara się zachowywać jak dawniej – chodzi do szkoły, spotyka się z koleżankami, zakochuje się itd. Jej kompani z Venus Vanguard to osoby w tej „branży” już doświadczone, pomagające jej odnaleźć się w nowej sytuacji. Antagoniści – na początku parę bezmózgich wirusów, chcących atakować ludzi, a później postaci myślące, których pokonanie ma być niby problemem dla dzielnych bohaterów. Właściwie trudno jest mi powiedzieć coś więcej o bohaterach tego anime, ponieważ w ogóle trudno napisać o nich coś, co odchodziłoby od znanego nam już schematu. Pewnym urozmaiceniem może być delikatnie zarysowany wątek yuri (shōjo-ai, posługując się terminologią zachodnią). „Delikatny”, ponieważ nie znajdziemy tu żadnych pocałunków czy temu podobnych rzeczy, wszystko przedstawione zostaje w sferze relacji między dwiema bohaterkami i emocji, jakie im towarzyszą. Z drugiej strony twórcy od samego początku nachalnie eksponują ten wątek w openingu, eyecatchu i endingu...
Oprawa graficzna jest trochę powyżej przeciętnej. Projekty postaci ładne, animacja przeważnie płynna i nie budząca zastrzeżeń. Scenografie za to bardzo często tracą na szczegółowości, ale ogólnie należy uznać wykonanie za przyzwoite jak na serial telewizyjny. Szczerze jednak zawiodłem się na wirusach – ich wygląd jest zupełnie nieciekawy; większość wygląda jak robak z kilkoma parami oczu, niektóre jak anioł śmierci skrzyżowany z zombie; ogólnie rzecz biorąc: nieciekawie, jak pospolite beboki z pierwszego lepszego tandetnego horroru.
Oprawa dźwiękowa nie wywarła na mnie większego wrażenia. Mówiąc szczerze, była ona dla mnie niezauważalna jako tło wydarzeń. Jedyne, co zapamiętałem z oprawy dźwiękowej, to nawet ładny popowy ending, któremu towarzyszą dźwięki gitar elektrycznych i skrzypiec – może się podobać przy oglądaniu napisów końcowych, ale później wylatuje z pamięci. Ostatnia rzecz odnośnie dźwięku, którą zapamiętałem, to okropnie denerwujący głos Minori Chihary, czyli Sumire.
W samej Japonii „Venus versus Virus” to rzecz popularna – manga, drama CD, teraz anime – jednak mnie ta historia niespecjalnie przypadła do gustu. Zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że ta recenzja jest po części wypominaniem określonemu gatunkowi rzeczy dla niego charakterystycznych, ale trudno było mi napisać o tym anime coś konkretnego – w moim odczuciu jest to po prostu rzecz wybitnie schematyczna, o której nie potrafię napisać nic więcej. Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy „Venus versus Virus” jest anime wartym polecenia, odpowiedziałbym zgodnie ze swoim sumieniem: nie. Kto lubi tego typu seriale niech ogląda, takiej osobie zapewne nie będzie przeszkadzała schematyczność. Ja jednak osobiście prędzej poleciłbym „TOKKŌ”.