Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Aleja Komiksu
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Ghibli
Banzai!
Okaeri
 
 

Reklama

 
 

Komentowany artykuł

„Armageddon” był swego rodzaju nadzieją dla polskich otaku – IDG wydało go w 2006 roku pod szyldem „Kino Domowe: Anime”, w zeszycie oznaczonym numerem pierwszym; pozwalało to mieć nadzieję, że oto rodzi się nowa seria wydawnicza. Jak się jednak okazało, był to tylko jednorazowy wybryk; sprzedaż japońskich animacji firmie nie bardzo się opłacała, więc parę miesięcy później ogłoszono, że to prawdopodobnie koniec przygody z „bajkami”. Jakby tego było mało, od czasu „Armageddonu” IDG wydawało już tylko filmy słabe lub średnie (nie licząc kolejnych zeszytów „Ghost in the Shell: Stand Alone Complex” i „2nd GIG”), a omawiany tytuł jest najgorszą jak dotąd animacją, jaką firma wypuściła na polski rynek. Co gorsza, wydawca reklamował swój produkt jako anime, kiedy w rzeczywistości jest to film południowokoreański, czyli z anime mający tyle wspólnego, co „Siedmiu wspaniałych” z chanbarą...

Wiele eonów temu, gdy formowały się pierwsze gwiazdy galaktyki Andromedy, sześć milionów lat świetlnych od naszej galaktyki powstała wysoko rozwinięta cywilizacja. Jej przedstawiciele, poszukując innych form życia, zbadali sto osiemdziesiąt sześć tysięcy układów słonecznych. Byli świadkami powstawania wielu gwiazd, ale nie natrafili na ślad żadnej cywilizacji. Z tego powodu postanowili takową stworzyć. Ze stu osiemdziesięciu sześciu tysięcy galaktyk wytypowali dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć planet, na których panowały warunki do rozwoju życia. Jedną z nich oznaczono kodem ΩΦ 8988. Dużo później dołączono do nich planetę, która kiedyś miała być nazwana Ziemią. Tymi oto słowami głos zza kadru wprowadza nas w szczegóły historii przedstawionej w „Armageddonie”. Gdy głos zamilknie, obserwować będziemy przedstawicieli owej cywilizacji, którzy – upewniwszy się, że w ciągu następnych pięciu milionów lat na Ziemi wykształci się życie – pozostawiają na niej tajemnicze coś. Następnie przenosimy się do Seulu roku 1996, w którym spokojne życie wiedzie gamoniowaty chłopak imieniem He-sung. Jego egzystencję typowego nastolatka zakłóca pojawienie się pewnego dnia superpiękności (jak mówi się o niej w bajce; chara design tej postaci jest niestety odpychający i trudno uznać ją za piękną) imieniem Marie Kim, z którą chłopak szybko łapie dobry kontakt. Niedługo później dom He-sunga nachodzi dwójka obcych mężczyzn, którzy strzelają do niego z dziwnej broni, stwierdzając, że z całą pewnością jest on Deltą. Nim chłopak zostanie przez nich zabity, ratuje go Marie Kim. Okazuje się, że He-sung to osobnik, który może uratować Ziemię przed zagładą z rąk rasy o nazwie Eedan, a pomóc mają mu w tym od dawna zamieszkujący Ziemię Elkanie.

Tak chyba prezentuje się główny wątek fabularny „Armageddonu”. Mówię „chyba”, ponieważ nie jestem tego do końca pewny – ta historia to kompletny chaos, w którym naprawdę łatwo zgubić wątek, jeśli choć na chwilę przestaniemy koncentrować się na tym, co dzieje się na ekranie. A skoncentrowanie się na tej opowieści to sprawa zaiste bardzo problematyczna, ponieważ już po dwudziestu minutach widz z nudów wierci się w fotelu, wykręca sobie palce i myśli, jak też on przeżyje jeszcze godzinę seansu. Za pierwszym razem przerwałem oglądanie po kilkunastu minutach, za drugim – już po paru tyskich dla wzmocnienia – udało mi się dotrwać do końca, chociaż nie było łatwo. Problemem tej bajki jest nie tyle sama fabuła, co nieumiejętne jej poprowadzenie. Hyunse Lee, reżyser i scenarzysta w jednym, nie ma zielonego pojęcia o żadnej z tych rzeczy. Gdyby powierzyć tę historię jakiemuś wprawnemu scenarzyście i kazać zrealizować ją grupie doświadczonych animatorów, dźwiękowców itd., zapewne wyszłoby z tego średniej jakości science-fiction, ale tak mamy do czynienia z kompletnym – nie bójmy się tego słowa – gniotem. Całość została zrealizowana tak, że fabularne buble wyłażą z tej opowieści na każdym kroku, w wyniku czego widz czuje tylko irytację, a nie zaciekawienie. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut ma się wrażenie, że oglądamy film na przyspieszonym przewijaniu, ale towarzyszą temu dźwięk i napisy, za którymi nadąża oglądający. Dla przykładu przedstawię tutaj sytuację, która rozegrała się w ciągu góra dziewięćdziesięciu sekund: dziewczę płacze, bo umarła ostatnia nadzieja na ratunek Ziemi, ale sekundę później u boku swojego przyjaciela dziewczyna walczy już z potworem, który zaatakował ich kryjówkę, po czym oboje pokonują tunel czasoprzestrzenny, gdzie dziewczyna, niczym Luke Skywalker, niszczy w kosmosie wrogą jednostkę, tracąc przy okazji przyjaciela i znów płacząc. Akcja, mówiąc kolokwialnie, zasuwa tak, że nie możemy nawet złapać oddechu, bo co chwilę coś się zmienia. I w tym przypadku bynajmniej nie jest to dla filmu pochwała...
Źle poprowadzona fabuła to jedna sprawa, drugą jest jej jakość. Jak nietrudno się domyślić, i ona pozostawia wiele do życzenia. Opowiedziana w tej bajce historia jest po prostu nudna i nieciekawa, nie może zaoferować oglądającemu absolutnie nic interesującego czy nowatorskiego. „Armageddon” wykorzystuje znane w science-fiction elementy, takie jak np. mędrcy, superkomputery, zdrada stanu, imiona z mitologii starorzymskiej i starogreckiej etc. Całość jest schematyczna i do bólu przewidywalna, a z wielu wątków można było w ogóle zrezygnować, ponieważ niczego do filmu nie wnosiły; najlepszym tego przykładem jest wątek miłosny – w głównym bohaterze zakochały się dwie siostry, on zakochał się w nich, co często zaznaczano, ale ostatecznie do niczego to nie doprowadziło; wątek ten okazał się zupełnie zbędny, chociaż poświęcono mu sporo miejsca.

O bohaterach lepiej nie mówić, ponieważ są to po prostu pokraki, których jedynym zadaniem jest irytowanie widza. Nie ma mowy o jakiejkolwiek ich głębi czy barwności – to kukły, całkowicie uzależnione od beznadziejnego scenariusza i tak samo jak on żałosne, dziurawe, nieciekawe.

Może przynajmniej strona techniczna prezentuje się lepiej? Marzenia! Już po samej okładce i kadrach na niej zamieszczonych widać, że graficznie jest to rzecz bardzo niskiej jakości. Całość wygląda jak kiepska amerykańska kreskówka z lat osiemdziesiątych; w ogóle nie przywodzi na myśl animacji azjatyckiej. Odstraszają przede wszystkim obrzydliwe projekty postaci – twarze są brzydkie, a przy rysowaniu niektórych ciał twórcom naprawdę przydałby się podręcznik do anatomii. Kiepsko wypada również reszta grafiki – świat przedstawiony jest nieciekawy i nieprzyjemny, chociaż twórcy nie szczędzili jasnych kolorów. Co prawda tła, różne latające obiekty czy scenografie są ładniejsze od chara designu, ale to nadal miernota. Gwoździem do trumny są animowane komputerowo elementy – sztuczne, niezbyt płynne, nieprzekonujące. Jedynym plusem strony graficznej jest w miarę poprawna animacja, ale to oczywiście zdecydowanie za mało. Irytowało mnie również niepotrzebne powtarzanie niektórych ujęć, czasem w odstępach kilku minut – gdyby je wyciąć, film nic by na tym nie stracił, a przynajmniej byłby krótszy. Co się tyczy grafiki, niektóre sceny naprawdę mogą przywodzić na myśl klasyczne „Gwiezdne wojny”, jak np. statek kosmiczny na początku filmu czy scena, w której Marie Kim niszczy okręt nieprzyjaciela (skojarzenie ze sceną, w której Luke i inni rebelianci niszczą Gwiazdę Śmierci).

Udźwiękowienie nie odstaje poziomem od reszty filmu. Czasami serwuje się nam coś w rodzaju kiczowatego poprocku z minionego ćwierćwiecza, kiedy indziej kiczowate piosenki o miłości. Chwilami nawet pasowały one do scen, które obrazowały, szkoda tylko, że te momenty powinny zostać z filmu wycięte, ponieważ nic do niego nie wnoszą. Kompletną porażką jest natomiast typowy background, mający obrazować sceny akcji, sceny podniosłe, dramatyczne itd. Wykorzystane kompozycje pasują jak pięść do nosa, wywołując w oglądającym niepohamowany śmiech. Prawdę mówiąc, z udźwiękowieniem wiąże się najlepsza rzecz w tym filmie – nagrany jest on po koreańsku, gdzie liczbę sześć wymawia się jak jum czy njum, a że często w „Armageddonie” mówi się o Gammie 6666, możecie wyobrazić sobie banan na mojej twarzy, gdy bohaterowie ciągle powtarzali jum-jum-jum-jum...

„Armageddon” to jedna z tych produkcji, która nie sprawiła mi absolutnie żadnego problemu w kwestii „komu polecić ten film”. Odpowiedź jest prosta: nikomu! Omijajcie tę bajkę szerokim łukiem, bo to gniot, kicha, chała, szajs, shit, miernota, śmieć, bubel, szmira, tandeta, chłam, lichota, badziew – mógłbym tak długo, ale niech każdy wybierze sobie najwłaściwsze określenie. Ten film to gwałt na ludzkiej estetyce i wrażliwości; nawet dla mnie, osoby lubiącej kino klasy B, obejrzenie „Armageddonu” było gehenną; ten film nie jest nawet przedstawicielem kina klasy Ź, dla niego po prostu zabrakło alfabetu! Teksty jakoby był to kamień milowy gatunku anime i dobra rozrywka w czasie i przestrzeni, które zamieścił na okładce polski dystrybutor, kompromitują go bardziej niż informacje, że Katsuhiro Ōtomo stworzył animowaną wersję „Metropolis” (okładka „Akiry”), a „Battle Royale” zainspirowało Tarantina do nakręcenia „Kill Billa” (okładka „Battle Royale”). Podsumowując mój wywód o tym filmie: naprawdę nie warto po niego sięgać; szkoda na to czasu i nerw, lepiej sięgnąć po chociażby film o znamiennym tytule „A Nymphoid Barbarian in Dinosaur Hell” – zdecydowanie bardziej się na nim ubawicie!

Na koniec jeszcze kilka zdań o polskim wydaniu. Gazetkę można zakupić za piętnaście złotych, czyli całkiem niedrogo. Na płycie znalazło się miejsce dla ścieżki koreańskiej z DTS-em lub w systemie 5.1 oraz polskiego lektora (jak zwykle Orlicz) w systemie 2.0. Można również wybrać wersję z napisami – są one dobrze przygotowane, wyłapałem w nich zaledwie kilka błędów, jednak na nic to, skoro dialogi w filmie stoją na żenująco niskim poziomie. Do wydania dołączony był także plakat – powiększona wersja okładki, na której dokładnie widoczny jest każdy piksel. Nie zabrakło również propagandowych hasełek na okładce – oprócz wspomnianych wyżej dwóch niedorzecznych cytatów, pojawiło się również odniesienie do sztandarowego produktu IDG: Film współpracownika Mamoru Oshiiego, twórcy „Ghost in the Shell” (już pomijam brak odmiany nazwiska); nie skłamano, Hyunse Lee współpracował z Oshiim przy „Angel’s Egg”, gdzie był jednym ze scenografów, i na tym się ich współpraca skończyła. Dźwięk jest bez zarzutu, czego jednak nie można powiedzieć o obrazie – jest poszarpany, rozpikselowany, pełno na nim paprochów, po bokach straszą czarne krzywe paski... Wygląda to jak materiał zgrany ze starej kasety video, a nie jak film przeznaczony na DVD. Nie przypuszczam jednak, żeby była to wina IDG – do poprzednich animacji bardzo się przyłożono, zamieszczono na płytach odnowione wersje, serialowy „Ghost in the Shell” pochodzi bezpośrednio z konwertera HDTV... W przypadku „Armageddonu” źródłówką musiała być kaseta VHS amerykańskiego wydania (angielskie napisy na początku i w tyłówce), bo na DVD chyba nikt tego poza Polakami nie wydał, nawet w rodzimej Korei. Mimo niskiej ceny, „Armageddon” i tak nie jest filmem, na który warto wydać pieniądze; aż dziw bierze, że ta koreańska bajka sprzedała się lepiej niż „Stand Alone Complex” (źródło)!

 

Napisz komentarz

 
Twój nick lub imię i nazwisko:



Temat komentarza:



Ziemia krąży wokół ......


Musisz odpowiedzieć na pytanie lub uzupełnić zdanie, pomożesz nam w ten sposób walczyć ze spamem.

:smile::kawaii::bgrin::polzart::cool::jezor::readman::ziew::sad::sceptyk::cry::bad::angry::zabije::cross::zmiesz::shock::niewzrusz::niepowiem::uhoh::azu:


 
 

Regulamin

 
Jeśli chcesz napisać komentarz, musisz przestrzegać pewnych zasad:
  • Komentarz musi dotyczyć opisywanego tytułu lub recenzji i musi być w miarę sensownie napisany (nic nie wnoszące jednolinijkowce lecą od razu do kosza).
  • Oceniamy tytuł lub recenzję, a nie recenzenta i komentujących.
  • Nie obrażamy użytkowników, recenzentów, ani twórców.
  • Nie używamy słów powszechnie uznanych za wulgarne lub obraźliwe.
  • Nie nadużywamy emoticon i piszemy czytelnie.
  • Zabronione jest zamieszczanie linków nie związanych z opisywanym tytułem lub recenzją.
  • Zabronione jest podawanie linków p2p umożliwiających ściąganie plików muzycznych, skanlacji lub fansubów.
  • Jeśli zdradzamy w komentarzu zdarzenia psujące oglądanie widzom nie znającym opisywanego tytułu (tzw. spoilery), należy ukryć je korzystając z przycisku "OZNACZ SPOILER".
  • Pamiętajmy, że komentarze mają służyć przede wszystkim jako pomoc w podjęciu decyzji przez ogół użytkowników, czy warto po opisywany tytuł sięgnąć. Dogłębne dyskusje i analizy powinny znaleźć się na forum dyskusyjnym.
  • Redakcja ma prawo poprawić komentarze, w których jedna z powyższych zasad została złamana.
  • Redakcja ma prawo usunąć komentarz, który nie dotyczy opisywanego tytułu, recenzji lub innego komentarza.
  • Moderacja bezdyskusyjnie będzie usuwać komentarze dotyczące kwestii odmiany japońskich nazw własnych.
Dodając komentarz akceptujesz automatycznie powyższe zasady.
Jeśli uznasz, że Twój tekst został potraktowany ostrzej, niż wynika to z wymienionych zasad, prosimy zgłosić ten fakt na forum.
 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
 •
Forum
 •
Galeria
Kino azjatyckie
 »
Recenzje
,
Tytuły
,
Aktorzy
,
Twórcy

Linkownia
 »
Katalog
,
Lista
,
Kategorie
,
Typy witryn