Znowu ten upał! Jak ja go nie cierpię! A mechanik? Po raz kolejny raczył żartować, że mój samochód jest w stanie idealnym... Naturalnie, kierowca autobusu umyślnie zamknął mi drzwi przed nosem, kałuża wypełniona wczorajszym deszczem zaś, z pełną premedytacją i złośliwością, musiała wypełnić moje buty.
Gdyby tylko kierownik działu nie był skończonym idiotą, tak samo jak jego pupil-przybłęda, którego mam ochotę jedynie udusić... Gdyby ta wścibska sąsiadka nie tępiła miotły uderzając o ścianę za każdym razem, gdy zdarzy mi się włączyć telewizor. Gdyby pies mojej teściowej przy ostatniej wizycie nie pogryzł mojej ulubionej koszuli... Gdybym mógł się chociaż wyspać...
Brzmi znajomo? Czy każdy z nas – „bohaterów dnia pracy” – nie miał czasami wrażenia, że świat zwariował i w swoim obłąkaniu chce nas zniszczyć? Niestety, to tylko iluzja. W rzeczywistości tak wygląda miejsce, w jakim przyszło nam żyć... Z takimi problemami zmagać musi się także Hiroko Matsukata – 28-letnia dziennikarka pracująca w wydawnictwie Gotansha. Ambitna, wymagająca wiele od siebie i innych, jest ucieleśnieniem wizji współczesnej „kobiety wyzwolonej”. Nie oczekuje współczucia i pomocy od innych, a wszystko osiąga dzięki wytężonej pracy. Jej przyjaciele z redakcji lubią ją nazywać „Hataraki Man”, gdyż bez opamiętania przez kilka godzin pisze kolejny artykuł, żywiąc się jedynie natto-maki (tradycyjna japońska przekąska, naturalne źródło estrogenu). Jednak czy to jest cała prawda o Hiroko? Co dzieje się z energiczną i zaradną kobietą, gdy opuszcza biurowiec?
„Hataraki Man” oparte zostało na popularnej mandze autorstwa Moyoco Anno. Jest to przykład mających „wzięcie” głównie za oceanem historii o szalonym świecie, w którym pośród ścisku zawodowych ambicji trzeba znaleźć czas na życie osobiste, często pozostające na ostatnim miejscu listy życiowych priorytetów. Wydaje się, iż ta rzadka w Japonii tematyka (w anime praktycznie nieobecna) idealnie pasuje do kraju, w którym jedną z największych chorób społecznych jest pracoholizm. Seria ukazuje nam wiele „zwyczajnych” problemów, z jakimi sami nieraz się zmagamy. Porusza bez zbędnych wyniosłości w równej mierze problemy etyki i satysfakcji zawodowej, rolę kobiet w patriarchalnym społeczeństwie czy też kwestie ogólniejsze – sens pogoni za karierą czy konsekwencje, jakie niesie życie na „podwójnym gwizdku”. Historią tą zostaniemy poczęstowany w formie pozornie niezależnych jedenastu odcinków, w których będziemy mieli okazję przyjrzeć się współczesnej „cywilizacji sukcesu” z kilku – często diametralnie różnych – punktów widzenia. Nie znajdziemy tu zwariowanych przygód optymistycznej i roztrzepanej postaci, jakie znamy z setek różnych anime. Ta seria to czysta proza życia, z dużym naciskiem na realność sytuacji i bohaterów. W tym także upatrywałbym główną siłę tego nieprzeciętnego serialu. Poszczególne odcinki sprawiają wrażenie naturalnie poukładanych i przemyślanych. Fabuła rozwija się płynnie i spokojnie, bez nagłych zmian klimatu czy tematyki. Równe tempo historii zaś nie pozwala widzowi na chwilę znudzenia. Twórcy od początku wiedzą, o czym chcą zrobić anime, choć ciężko mi stwierdzić, na ile fakt ten wynika z konsekwencji ekranizacji mangi, a na ile z talentu samej ekipy realizacyjnej. Abstrahując jednak od genezy, efekt jest bezsprzecznie bardzo dobry i zasługuje na uwagę fanów tej specyficznej jak na normy anime „prozy życia”.
Wykonanie serii nie budzi zastrzeżeń. Wszystko jest schludne i estetyczne. Twórcy postarali się o staranny i dokładny rysunek, element coraz rzadszy we współczesnych produkcjach. Projekt postaci jest dość charakterystyczny. Mimo iż odbiega on w wielu miejscach od popularnych animowanych trendów, nie jest to na tyle drastyczne, aby kogokolwiek swoją estetyką zniechęcić. Tła są staranne i przejrzyste, ilość detali w zupełności zadowalająca, choć pewne wątpliwości może budzić jedynie ich schematyczność. Na dobre słowo zasługuje umiejętne wykorzystanie obróbki komputerowej. Począwszy od elementów tła, a na samych obiektach trójwymiarowych kończąc, postarano się o odpowiednie wypełnienie, skrzętnie ukrywające jakiekolwiek digitalizacje. Sama płynność tradycyjnej animacji również jest nader wystarczająca. Drobne potknięcia na tym polu nie są w stanie zaburzyć pozytywnego wrażenia, jakie tworzy całość. „Hataraki Man” pod względem wykonania to kawałek całkowicie poprawnej animacyjnej pracy, która od dawna przestała już być oczywistością.
Biorąc pod uwagę fakt, iż seria nie obfituje w akcję, a opiera się głównie na dialogach, sprawą niewątpliwie pierwszorzędną jest praca seiyū. W swoich rolach sprawdziła się zarówno Rie Tanaka (Hiroko Matsukata), jak i spora grupa seiyū drugiego planu, z takimi nazwiskami jak Yūji Ueda, Atsuko Tanaka czy Kazuya Nakai na czele. To dzięki nim bohaterowie uzyskali w oczach widza jeszcze większą wiarygodność.
Seria została opatrzona różnorodną, świetnie wpasowującą się w koncepcję serialu oprawą muzyczną. Spokojne uderzenia fortepianu, gra skrzypiec czy nastrojowe jazzowo-bluesowe nuty stanowić będą delikatne tło dla wydarzeń na ekranie. Interesujący efekt tworzą insert songi w wykonaniu grupy Sambomaster. Miłe wrażenie robi także dynamiczny rockowy opening „Hataraku otoku”, dający niezwykle trafny przedsmak tego, co zobaczymy po jego zakończeniu. Równie łatwo wpadający w ucho ending „Shangri-La” podtrzymuje zaś pozytywne wrażenie odnośnie podkładu muzycznego.
Ciekawostką jest, że „Hataraki Man” został opublikowany w piśmie seinen, mimo iż rodowód artystyczny autorki bezsprzecznie związany jest z mangami josei. Może to wyraźny znak, iż tytuł ten mimo pozorów skierowany jest w równej mierze do męskiej widowni?
„Hataraki Man” to niewątpliwie jeden z ciekawszych tytułów ostatniego sezonu. Jednocześnie jest to pozycja, która raczej nie wzbudzi wielkiego szumu wśród polskich fanów anime. Choćby dlatego, że ludzie dorośli, którzy muszą zmagać się z tymi samymi problemami, co główna bohaterka, stanowią skromny procent ogółu rodzimych fanów japońskiej animacji. Z drugiej strony nawet i ci, którzy znają zawodowe życie „od podszewki”, mogą nie szukać w anime wiernego oddania rzeczywistości, a czegoś zgoła innego. Im również ten tytuł może więc nie przypaść do gustu. To historia obyczajowa bez domieszek uwznioślonego dramatu, jaki lubią nam w takowym gatunku serwować japońscy twórcy. Polecam fanom opowieści z półki „Ten nasz bardzo szary świat” oraz innym przytłoczonym codziennymi sprawami pracoholikom. Może i oni znajdą w tej historii morał dla siebie. Kto zaś powinien sobie „Hataraki Man” odpuścić? Obawiam się, że tak długiej listy nie sporządzam nawet przed dużymi zakupami.
...wtedy na pewno miałbym siłę, aby wstać następnego dnia i przeżyć to wszystko raz jeszcze.