„Simoun” to ciekawe połączenie yuri z elementami, które w gatunku tym zwykle nie występują. Istnieje tu wątek wojenny oraz polityczno-religijny. Są walki w czymś, co można by nazwać myśliwcami, a wszystko to dzieje się w ciekawie skonstruowanym świecie. Nie tylko więc wielbiciele yuri powinni być z niego zadowoleni, ale także wrażliwsza część ogólnego fandomu, bowiem „Simoun” to solidny kawałek anime, który potrafi chwycić za serce, nie popadając w przesadny sentymentalizm.
Akcja serialu rozgrywa się na planecie Daikūriku, która pod wieloma względami przypomina Ziemię. Zamieszkują ją istoty niemal identyczne z ludźmi, które wyróżnia to, iż wszystkie rodzą się dziewczynkami, a o swojej płci decydują w wieku siedemnastu lat, uczestnicząc w specjalnej ceremonii w „Źródle”.
Jednym z najbardziej rozwiniętych krajów jest tu Simulacrum o ustroju teokratycznym, które swą potęgę zawdzięcza upadłej cywilizacji starożytnej. Dzięki temu potrafi konstruować statki poruszające się swobodnie w powietrzu.
Są wśród nich niewielkie, dwuosobowe maszyny, Simouny, w których latać mogą jedynie kapłanki, zwane Sybillami. Wykonują one pewien rodzaj akrobacji, które określa się mianem Ri mājonów, służących do oddawania czci Bogu, zwanemu Tempus Spatium. Simouny skutecznie mogłyby być wykorzystywane jako broń, jednak Sybille mają wpojone, iż ich maszyny służą wyłącznie modlitwie.
Kapłanki latają w grupach, zwanych chorami (chóry), na które składa się sześć par, w sześciu maszynach. My będziemy obserwować z bliższa elitarny Chor Tempest, pełniący swe religijne obowiązki na luksusowym statku Arcus Prima.
Sytuacja grupy ulec ma jednak radykalnej zmianie. Mniej zaawansowane technicznie Argentum, będące okropnie zanieczyszczonym krajem industrialnym, wyraźnie szykuje się do wojny z Simulacrum, celem wykradzenia pilnie strzeżonej technologii. Głównym celem wroga stać się mają simouny...
Podstawą „Simouna” jest dosyć typowy schemat dla yuri – stworzyć miejsce wyłącznie dla dziewczyn i pozwolić im na siebie oddziaływać, a nawiążą się przyjaźnie i miłostki. Twórcy serialu zadbali jednak o solidne dla tej sytuacji wytłumaczenie. Dziewczęta obcują z dziewczętami, bo w ich świecie nie ma chłopców, a żeby wykonywać Ri mājony potrzebna jest para, która, aby pojazd swój uruchomić, musi wymienić się pocałunkiem.
Wgłębiając się jednak w serial zauważymy, że do podstawy yuri dodano o wiele ważniejszy element. Specyfika świata pozwoliła na zwrócenie uwagi na poruszany często w yuri aspekt dokonywania ważnych życiowych decyzji, które zwykle podejmowane są na ostatnim etapie dojrzewania. Dzięki symbolice „Źródła” i wyboru płci, udało się twórcom problem ten bardziej wyeksponować. Sybille, kiedy dojdą do wieku siedemnastu lat, mogą wybrać czy nadal pozostają kapłankami, czy udają się do „Źródła” (po takim wyborze nie będą już mogły latać w Simounach). Decyzja jest o tyle trudna, że trzeba także zdecydować się na płeć. Mamy więc wyraźną granicę między dzieciństwem a dorosłością i trudną decyzję do podjęcia.
Bardzo ważnym dla emocjonalnego rozwoju bohaterek elementem jest oczywiście wojna. I tu już na samym początku kolejny ważny element dorastania, a mianowicie zachwianie wiary w dorosłych i w Boga. Dziewczyny wierzą najpierw, że oddają cześć Bogu w maszynach działających z jego woli. Okazuje się jednak, że ich „boskie rydwany” można wykorzystać militarnie, a władze chętnie z tej możliwości korzystają, posyłając kapłanki do walki. I to walki z przeciwnikiem, który nie jest jednoznacznie zły. Argentum umiera z powodu zanieczyszczeń i jeśli nie uzyska technologii, zginie. Z kolei inny sąsiad, Plumbum, to fundamentaliści religijni, w imię Boga posyłający na pewną śmierć młode dziewczyny.
Jest to więc środowisko, dzięki któremu mnożą się dylematy, a dorastanie staje się głównym tematem serialu i jemu też podporządkowana jest fabuła. Natomiast wątki romansowe zostają zepchnięte na nieco dalszy plan.
Jakiego przebiegu serialu należy się zatem spodziewać? Jeśli wiemy, jak wyglądają anime yuri, moglibyśmy się spodziewać, że wszystko rozegra się na rozległych pokładach Arcus Primy, gdzie bohaterki w spokoju i luksusie będą sobie rozmawiać, kłócić się, płakać, a wojna będzie działa się gdzieś obok. Większość serialu tak rzeczywiście wygląda, ale naszych bohaterek nie ominie bezpośrednie uczestnictwo w walce. Będzie napięcie i dramatyzm, będą też ofiary. Nie obejdzie się więc bez żalu, smutku i niestety ckliwości. Uważam jednak, że w „Simounie” to tak bardzo nie przeszkadza i nawet widz, który za yuri nie przepada, nie uzna tego za wielką wadę.
Najważniejsze w „Simounie” są więc postacie i relacje między nimi. Jego siłą jest to, że właściwie każda z postaci jest nieźle przemyślana. Wybija się para Nevirill/Āeru, wyraźnie traktowana jako główne bohaterki serialu. Im najwięcej czasu poświęcają twórcy i ich relacje są najciekawsze, ale żadna z pozostałych członkiń Chor Tempest, nie jest zaniedbana. Znajdziemy tu chyba każdy możliwy charakter, a odmienność osobowości zapewni wiele ciekawych sytuacji. Przedstawiono tu mnóstwo kompleksów, problemów i dylematów. Niemal każda z postaci w serialu podlega przemianom, ewolucja jest zauważalna i odbywa się zgodnie z logiką.
Wspominałem o oryginalnych pomysłach. Bardzo ciekawie zaprojektowano pojazdy Sybilli, Simouny. Ni to mechy, ni myśliwce. Nie mają broni. Wszystko co potrafią, to pozostawianie za sobą smugi, jak podczas akrobacji lotniczych. Rysują kształty na niebie, które „jakimś” sposobem zamieniają się na odpowiadające im funkcje (zwyczaj będą to różne „modlitwy” ofensywno-obronne). Przypomina to pewną grę komputerową, w której gracz rysował zaklęcia myszą na ekranie. Ciekawe projekty mają też większe pojazdy powietrzne, jak Arcus Prima. Również maszyny wroga mają ciekawe konstrukcje – Argentum używa nietypowych maszyn śmigłowych i czegoś, co przypomina sterowce.
Jak wynika z powyższego opisu, twórcy dopracowali serial w wielu aspektach. Można by rzec, że w niektórych niepotrzebnie, jak na yuri, gdzie właściwie wystarczy prywatna szkoła dla dziewcząt i dwie bohaterki, jedna o silnej i druga o słabej osobowości. Właśnie dlatego „Simoun” jest ciekawym anime (szczególnie jak na yuri), bo twórcy podeszli w nim bardzo poważnie do niemal każdego aspektu. Nic zresztą dziwnego, reżyser Junji Nishimura jest twórcą doświadczonym, który potrafi tworzyć tak niecodzienne anime, jak np. „Windy Tales”.
W „Simoun” co prawda z obrazem się nie eksperymentuje, ale już na pierwszy rzut oka dostrzeżemy podobieństwa, bowiem również przy produkcji „Simouna” skorzystano z usług Shichira Kobayashiego. Ze względu na współistnienie w serialu renderingów, uczestnictwo tego twórcy budziło początkowo obawy o efekt końcowy, ponieważ styl pana Kobayashiego wydaje się zupełnie nie przystawać do grafiki trójwymiarowej. A jednak nic podobnego! Renderingi pasują doskonale. Są to co prawda animacje stosunkowo skromnych w szczegóły obiektów, ale bardziej liczy się w nich styl i pomysłowość konstrukcji. Trójwymiarowa grafika komputerowa ogranicza się wyłącznie do obiektów mechanicznych. Pochwalić można też twórców za projekt postaci, szczególnie za różnorodność twarzy – to ważne w serialu, w którym przewija się tak wiele postaci.
Nie zaniedbano także sfery dźwiękowej „Simouna”. Muzyka tła jest niezwykle urozmaicona. Wiele tu styli klasycznych i nowoczesnych. Czasem ociera się to o jazz, innym razem jako żywo przypomina muzykę grupy Eloy. Co ważne, dla każdego stylu znajdzie się w „Simounie” miejsce, choć ma się czasami wrażenie, że utwory do serialu wybrano na zasadzie przypadku. Myślę, że można było nad ich doborem dłużej popracować, co nie zmienia faktu, że muzyka jest bardzo dobra.
Również aktorstwo głosowe zostało poważnie potraktowane. Dobrano seiyū z górnej półki i zmuszono do cięższej niż zwykle pracy. Słychać to szczególnie w scenach dramatycznych. Co ciekawe, wszystkie role, nawet te męskie, grane są przez kobiety – czyżby nawiązanie do teatru takarazuka?
Twórcy włożyli wiele wysiłku w ten serial i swoją rolę spełnił on doskonale. „Simoun” na tle całego dorobku anime nie jest może pozycją przełomową, ale na półce yuri z pewnością zajmować będzie pozycję klasyka. „Simoun” bardzo mi się podobał i uważam, że to jedno z najlepszych anime 2006 roku. Polecam je szczególnie osobom, które łatwo się wzruszają. Utrzymuję jednak pogląd, że i doświadczony widz, nie przepadający specjalnie za yuri, docenić może „Simouna”.