Wiele osób dziś zastanawia się, jak będzie wyglądać przyszłość japońskiej animacji. Coraz śmielsze wprowadzanie technologii CGI do tradycyjnego anime spotyka się z oporem ze strony jednych, ale także zainteresowaniem i pochwałą drugich. Nie da się ukryć, ze dobrze wykonany rendering znacznie zwiększa efektowność, zwłaszcza w tytułach nastawionych na akcję. „Sentō yōsei Yukikaze” to produkt firmy Gonzo, który miał być jednocześnie małym eksperymentem ze wspomnianym śmielszym wykorzystaniem grafiki komputerowej w anime. Twórcy z tego studia animacyjnego kilkukrotnie zaskakiwali niestety popisem całkowitego braku wyczucia w wykorzystywaniu nowych zdobyczy techniki. Jak jednak poszło im w tym przypadku? Przede wszystkim zaś, czy tytuł ten traktować można jedynie w kategorii ciekawostki technicznej?
„Sentō yōsei Yukikaze” powstał w oparciu o popularne w Japonii nowele autorstwa Chōheia Kanbayashiego, dlatego też swego czasu wprawienie fabuły w animacyjny ruch spotkało się z żywym zainteresowaniem w Kraju Kwitnącej Wiśni. Często jednak popularność tematyki, która napędza sprzedaż produktu, ostatecznie przekłada się na znacznie surowszą ocenę danego tytułu. Spróbujmy przekonać się jak, sprawa wygląda w kraju spadających kasztanów...
Niebo spowija modrozielona poświata przypominająca zorzę polarną. Na równie niewyraźnym podłożu znajduje się baza wojskowa, a w niej myśliwce odrzutowe. To miejsce jednak nie znajduje się na Ziemi, a w rodzimym świecie... obcych. Przybysze ci wiele lat wcześniej zaatakowali błękitną planetę, przedostając się przez rodzaj podprzestrzeni. Po krwawych walkach, o których dowiedzieć możemy się z narracji jednej z bohaterek – pisarki Lynn Jackson – ludzie ostatecznie wyparli nieprzyjaciół i rozpoczęli walkę na terenie obcego świata. Jednym z pilotów w nowoczesnej bazie jest Rei Fukai, który wykonuje misje na pokładzie nowoczesnego, obdarzonego inteligentnym interfejsem myśliwca wywiadowczego Yukikaze (to również nazwa japońskiego okrętu klasy Kagero z czasów II wojny światowej, nazywanego przez Japończyków „niezatapialnym”). W zasadzie jest on człowiekiem bardzo skrytym, którego myśli pozostają nieodgadnione nawet dla przyjaciela i przełożonego zarazem, Jamesa Bukhara. Zdaję się, że jedynym miejscem, w którym Rei znajduje ukojenie, są przestworza pokonywane za sterami Yukikaze. Pewnego dnia jednak dochodzi do tajemniczego zdarzenia...
Zważywszy na koncept produkcji, stało się jasne, iż przed twórcami postawiono zadanie przedstawienia rozbudowanej fabuły pełnej szczegółów w sposób znacznie skrócony i uproszczony. Ten raczej karkołomny zabieg ma szanse powodzenia jedynie w przypadku naprawdę doświadczonej i utalentowanej ekipy realizacyjnej. Niestety, tak się nie stało, a przykre efekty tej sytuacji mamy nieprzyjemność oglądać na ekranie. Twórcy, nie potrafiąc zaadaptować fabuły nowel do potrzeb pięcioodcinkowego anime, pozostawiali za sobą ogromne ilości pourywanych wątków i dziur w scenariuszu. Nie mogli, lub nie potrafili, stworzyć czegoś dopracowanego, a jednocześnie nie narazić się na gniew fanów twórczości pana Kanbayashiego. Wiele wątków pojawia się tu bez spójnej przyczyny i bez skutku.
Mimo tych, jak by się wydawało, zarzutów grubego kalibru, główna linia fabularna została zachowana i pozostaje interesująca. Świat „Sentō yōsei Yukikaze” kryje w sobie wiele tajemnic, a ich odkrywanie, mimo iż chaotyczne, jest dla widza przyjemnością. Tytuł na pewno posiada wiele innowacji w stosunku do schematu „ratujemy świat przed kosmitami”, a fani science-fiction znajdą tu dla siebie ciekawe rozwiązania. Warto zwrócić uwagę (choć jest to jedynie jeden z pobocznych aspektów) na widziany już kilkukrotnie w innych anime motyw relacji pomiędzy człowiekiem i maszyną oraz kwestii ekspresji ludzkiej osobowości przez ten właśnie pryzmat.
Naturalnie, co niezwykle istotne, wiele czasu ekranowego zajmuje akcja. Powietrzne akrobacje i walki nie powinny zawieść fanów tego typu rozrywki. Postarano się o odpowiedni dynamizm wydarzeń, a dodatkowo same starcia nie są elementem całkowicie dominującym, nie wyrywają się także z prowadzonej fabuły.
Znaczny wpływ na ogólny odbiór tytułu ma specyficzna aura, jaką roztaczają przed nami twórcy. Konsekwentnie budowana atmosfera niepewności i ciągłego zagrożenia zdecydowanie jest jedną z ciekawszych stron „Sentō yōsei Yukikaze”.
Twórcy podjęli próbę zanalizowania osobowości oraz motywów działania bohaterów. Niestety, wydaje się, że próba ta została przerwana w połowie drogi, przez co zamiast przekonującej wizji psychologicznej, otrzymujemy dawkę lżejszej odmiany psychodeli, która w zasadzie nie wyjaśnia zbyt wiele. Bohaterowie posiadają w sobie pewien potencjał, choć raczej bardzo ciężko o sympatię do nich. Skrajnie zamknięty w sobie Rei Fukai oraz myślący głównie o jego trosce James Bukhar ostatecznie pozostali na bocznym torze zainteresowania twórców, którzy w większości przypadków traktują ich raczej jako środek narracyjny historii.
Elementem, który znacznie bardziej przyciąga uwagę widza, jest wykonanie. „Sentō yōsei Yukikaze” w roku 2002, kiedy to powstawało, było pod tym względem tytułem nowatorskim, a jego poziom wykonania robił niemałe wrażenie. Bardzo śmiałe wykorzystanie technologii CGI oraz poddanie intensywnej obróbce całości obrazu niewątpliwie wyznaczyło trendy dla produkcji tego typu w przyszłości. Ponadto duży udział komputerów w „poprawianiu” tradycyjnej grafiki, wraz z jaskrawą kolorystyką teł, niemal całkowicie wyeliminował problem harmonizowania różnych technologii wykonania. Tła, choć wykonane głównie za pomocą grafiki komputerowej, budzą zasłużone uznanie swoją szczegółowością, jednak nie da się ukryć, że przeniesienie akcji w przestworza na pewno zdjęło z twórców ciężar jego dynamizowania. Naturalnie widowiskowość scen dynamicznych zasługuje na uznanie i nie tylko fani akcji w przestworzach powinni być zadowoleni. Pewnym mankamentem samej grafiki trójwymiarowej są powierzchnie, których deseń wypełnienia nie został stonowany, powodując wrażenie sztuczności renderowanego obiektu. Jak na tytuł w zamiarze efektowny, zbyt często następowały również zgrzyty związane z małą ilością klatek animacyjnych i nadużywaniem keyframingu. Ruch często wydawał się przez to matematycznie doskonały i nierealny. Zdarzały się także, choć nie nadmiernie rzucające się w oczy, potknięcia animacji postaci, kiedy obróbka nie była w stanie zastąpić tradycyjnej staranności rysunku. Wymienione „niedoróbki” najczęściej pozostają jednak niezauważalne bądź zwyczajnie nieistotne i najczęściej toną w ogólnym efekcie wizualnym.
Twórcy operują nietypowym i poważnym projektem postaci. Wyraźne rysy i detale twarzy wpasowują się w kontekst atmosfery tytułu. Pewne kontrowersje budzić może zastosowanie tego samego stylu projektowego wobec postaci kobiecych. Odbiera im to jakąkolwiek atrakcyjność, powodując, że myślimy tylko o tym, kiedy będą mogły opuścić animowany kadr. Kontrowersji natomiast nie wzbudza imponujący projekt maszyn, w tym oczywiście efektownych myśliwców. Przed wykonaniem ich projektu podjęto dyskusje z konsultantami wojskowymi, które zaowocowały nie tylko realizmem wyglądu (a nawet dźwięku) samych maszyn, ale także np. wiernymi kopiami broni ręcznej używanej przez bohaterów.
Żałować możemy jedynie faktu, iż efektowność wykonania „Yukikaze” ogranicza się jedynie do sfery wizualnej. O ile atmosfera konsekwentnie budowana za pomocą kolorystyki i ciekawej gry światła i cienia zasługuje na skromne pochwały, o tyle element w tej materii nie mniej istotny – oprawa muzyczna – tak stałej i równej jakości nie posiada. Całość ścieżki dźwiękowej jest niełatwa do sklasyfikowania. Dominuje tu muzyka elektroniczna, ale bardzo często towarzyszyć im będzie akompaniament pianina w spokojnym, niemal melancholijnym wydaniu. Sceny mroczne dodatkowo zaś okraszone będą ciężkimi gitarowymi riffami, z powodzeniem nadającymi klimat zagrożenia i będące zarazem najsilniejszym punktem oprawy muzycznej. Jednak obok tego – zdawałoby się – solidnego brzmienia, pojawiały się też elementy zupełnie inne. W tej kategorii duży udział mają drażniące wrażliwe ucho brzmienia wprost z syntezatorów kiepskiej jakości. Natomiast intencje twórców pracujących nad openingiem i endingiem do „Yukikaze” pozostają dla mnie całkowicie nieznane. Kończąc oglądać odcinek, najczęściej zamykający się spokojnym, budującym klimat utworem, jesteśmy „uderzeni” nagłym radosnym brzmieniem w stylu japońskiego country. Zabiegiem tym twórcy niemal całkowicie niweczą budowany z trudem efekt końcowy, a wraz z nieatrakcyjnym openingiem (również w sferze graficznej) powodują również znaczne obniżenie średniej oceny skomponowanej ramy muzycznej.
Podsumowując, „Yukikaze” rozczarowuje pod względem prowadzenia fabuły, ale jednocześnie atrakcyjność samej jej treści w pewnym ułamku aspekt ten rekompensuje. Tytuł ten oferuje ciekawe rozwiązania wprost dla fanów akcji w anime, którzy nie chcą po raz kolejny oglądać mechów i nastolatków z ich problemami wieku dorastania. Ciekawy klimat, opatrzony robiącą wrażenie oprawą graficzną, ma szanse spodobać się wymienionym przeze mnie osobom. Szkoda, że ostatecznie „Yukikaze” wygląda jedynie na ciekawy dodatek dla fanów noweli, nie zaś jak dojrzała i przemyślana produkcja, którą obejrzałbym ze znacznie większą chęcią...