Zabierając się za „Love Love?”, miałem nadzieję obejrzeć niezobowiązującą głupiutką komedię ecchi, przy której mógłbym się wyluzować. W końcu to tylko dziewięć odcinków po piętnaście minut, więc całość można przełknąć w jedno popołudnie. Tak też zrobiłem, ale muszę przyznać, że żałuję...
Głównym bohaterem „Love Love?” jest siedemnastoletni uczeń imieniem Naoto Ōizumi, będący jednocześnie scenarzystą telewizyjnego serialu „Cosprayers”. O tym, że jest on odpowiedzialny za scenariusz, wie jedynie on sam i Mitsuki Ikuta – producenta całego przedsięwzięcia. Chłopak zawsze jest jednak obecny na planie, gdzie kręci materiały kamerą cyfrową. Ponieważ „Cosprayers” opowiada o drużynie superbohaterek, Naoto otoczony jest wianuszkiem dziewcząt w różnym wieku, odtwórczyniami głównych ról. Jak nietrudno się domyślić, Naoto to typowy zboczeniec, tak więc przebywanie wśród pięciu dziewcząt jest dla niego niczym raj na ziemi. Wszystkie dziewczęta zdają się na niego lecieć, jednak on upatrzył sobie jedną z nich – Natsumi Yagami. No i oczywiście nie potrafi jej powiedzieć, co do niej czuje.
Trudno oczekiwać po twórcach haremówek oryginalności, pewnego schematu po prostu trudno uniknąć, a efekty jego wykorzystania bywają rozmaite – jednym wychodzi to na tyle dobrze, że potrafią widza utartymi wzorcami zainteresować, innym zaś ta sztuka się nie udaje. Osoby odpowiedzialne za „Love Love?” należą do tej drugiej kategorii. Trudno komedii tego typu czynić największy zarzut z nieciekawej i przewidywalnej fabuły, ale postaram się wyjaśnić opisowo, o co mi chodzi i dlaczego tak nisko oceniam fabułę. Taka komedia jest trochę jak parodia – twórcy parodii mają filmy, na których będą się opierać i które wyśmieją, twórcy ecchi zaś wspomniany wcześniej schemat. W obu przypadkach trzeba umieścić akcję w jakichś realiach, które zainteresują widza, a później wymyślić jakieś dowcipy, które go rozśmieszą. Tak więc cały ciężar spoczywa przede wszystkim na scenarzystach i reżyserach, ponieważ to oni muszą wtórność zamaskować w taki sposób, aby oglądającemu nie tylko się podobało, ale też odniósł wrażenie, że ma do czynienia z czymś oryginalnym, czyli obrócić wadę w zaletę. Niestety, nie każdy jest Davidem Zuckerem, toteż sporo parodii to po prostu pospolita chała – kilkanaście skleconych ze sobą na krzyż gagów, które nie bardzo trzymają się realiów, w których zostały one osadzone. Twórcy „Love Love?” Zuckerem ecchi nie są, bliżej im raczej do osób odpowiedzialnych za „Komedię romantyczną” czy „Wielkie kino” – nie odrobili zadania, nie potrafili wykorzystać tego, co udało się chociażby twórcom „Love Hiny”, „Photona” czy nawet telewizyjnego „Green Green”; stworzyli koszmarek, którego nie chce się oglądać. Mówiąc szczerze, nawet ja, miłośnik ecchi, w pewnym momencie zacząłem się po prostu nudzić, chociaż całość trwa jedynie kilkadziesiąt minut. Zastosowano tutaj sztuczki znamienne dla ecchi i haremówek, np. wianuszek dziewcząt, a wśród nich ta jedna, niepotrzebne komplikowanie sytuacji, aby nadać akcji więcej dramatyzmu, nadprogramowa ilość bielizny, happy end, a także oczywiście odcinek kąpielowy. Z jakiegoś powodu zabrakło co prawda miejsca dla dodatkowych hentajów z otoczenia głównego bohatera, ale Naoto ma tyle ikry, że zdołał przejąć i ich obowiązki, nie rezygnując jednocześnie z postaci głównego bohatera. Co więc poszło nie tak, skoro twórcy wykorzystali wszystkie charakterystyczne dla tego typu anime elementy? Ogólne wykonanie – serial nie ma klimatu, oglądający obserwuje to wszystko z minimalnym zainteresowaniem. Choć akcja rozgrywa się wśród aktorek, to w ogóle nie czuje się tej unikalnej atmosfery planu filmowego: brakło tego zgiełku, pośpiechu przy kręceniu kolejnych scen, nerwowych uwag reżysera, osobowości aktorskich – oglądamy niczym nie wyróżniających się z tłumu przeciętniaków. W dodatku cała ta opowieść jest po prostu mało interesująca, a miejscami śmierdzi loliconem.
Sytuacja wcale nie przedstawia się lepiej, jeśli chodzi o bohaterów. Ich zazwyczaj kiepskie osobowości przeważnie maskowane są tym, że oglądającemu się po prostu podobają: są ładni, uśmiechnięci, potrafią widza swoim zachowaniem rozśmieszyć. Mówiąc krótko: budzą w oglądającym sympatię, przez co jest on w stanie przymknąć oko na nienajlepsze osobowości. Tak na dobrą sprawę uświadomiłem to sobie z całą mocą podczas oglądania tego serialu – żaden z bohaterów nie był tutaj na tyle sympatyczny, aby wzbudzić moją sympatię. No i tym samym „Love Love?” zabiło mi niezłego ćwieka – oceniać nisko bohaterów haremówek tylko za to, że są schematyczni, a twórcom nie udało się tego zamaskować? Długo biłem się z myślami, jaką dać ocenę za bohaterów, ostatecznie postanowiłem jednak pójść za głosem serca i wystawić niską ocenę, na jaką w moim odczuciu zasługują.
A jacy tak właściwie są bohaterowie tego serialu? Moim zdaniem zupełnie nijacy, bez wyrazu. Miotają się po ekranie, ale nie bardzo przejmowałem się ich losami. Dziewczęta, mimo że bardziej niż chętnie pokazywały piersi i majtki, w ogóle nie przywoływały uśmiechu na twarzy, jak to zazwyczaj u mnie w takich przypadkach się dzieje. Nawet biedna Yagami – ta, w której kocha się Naoto i wydaje się, że odwzajemnia ona uczucie – nie zasługiwała na moje, powiedzmy, współczucie, tak jak bohaterki innych schematycznych komedii, nie dopingowało się jej itd.
Spośród tego trochę wybija się wykonanie techniczne, ale nie na tyle, aby to anime uratować i przekonać recenzującego do napisania: Obejrzyj chociażby dla samej grafiki, naprawdę warto. Grafika jest po prostu średnia – niczym szczególnym nie zaskakuje, jest po prostu jak w setkach innych anime. Z tym że tutaj widz dość często będzie zwracał uwagę na skromne tła, których jest sporo. Animacje są poprawne, tylko tyle.
Muzyka zdecydowanie nie jest tutaj wyróżniającym się elementem – zauważa się ją głównie w koszmarnie zaaranżowanym openingu, a później od czasu do czasu jako background. Właściwie, nie licząc otwierającej i zamykającej każdy odcinek sekwencji, muzykę zauważyłem dopiero w ostatnim odcinku, kiedy bohaterowie śpiewali jakąś piosenkę.
„Love Love?” to anime krótkie; właściwa jego treść trwa około dziewięćdziesięciu minut – obcinając cztery minuty na opening, ending i zapowiedź tego, co będzie następnym razem, wychodzi po dziesięć minut na odcinek. Do tego dochodzą jeszcze cztery odcinki dodatkowe. Niestety, mimo iż serial trwa krótko, nie warto sobie zaprzątać nim głowy. Jeśli szukasz dobrego ecchi bądź ciekawej komedii, zdecydowanie wybierz coś innego. Nie polecam również miłośnikom haremówek i zboczonych komedii – strata czasu, lepiej już po raz kolejny obejrzeć coś starego, ale fajnego.