„Windy Tales” to serial pod względem artystycznym niezwykły. Współtworzyli go ludzie, których łączy jedno – naginanie stylistyki anime do jej granic. Production I.G. było od zawsze wytwórnią skupiającą artystów nietuzinkowych, których obecność zauważyć możemy w wielu produkcjach pod jakimś względem przełomowych. Oglądając „Windy Tales” dostrzeżemy łatwo rozpoznawalny styl Shichira Kobayashiego (scenograf-weteran, który przyłożył rękę do wczesnych produkcji Miyazakiego i Oshiiego) oraz animatora Nobutoshiego Ogury, obecnego przy powstawaniu „FLCL”, „Mind Game” oraz „Kemonozume”. Nie ulega wątpliwości, że „Windy Tales” im głównie zawdzięcza swą wizualną oryginalność. Film animowany nie składa się jednak wyłącznie z samego obrazu – równie ważna jest jego treść, klimat i przesłanie, które być może anime to niesie. Przyjrzyjmy się więc bliżej wietrznym opowieściom i spróbujmy ocenić serial z obu stron.
Nao jest typową uczennicą gimnazjum, mającą nietypowe hobby – uwielbia fotografować chmury. Należy do klubu fotografii cyfrowej, którego jest szefową, i codziennie przebywa na dachu szkoły, pstrykając dziesiątki zdjęć białych kształtów przesuwających się po niebie. Jej praktycznie podchodząca do życia koleżanka, Miki, będąca drugą i ostatnią członkinią klubu, nie rozumie, co szefowa widzi takiego w tych obłokach. Chmury to chmury, czyż nie są takie same? Ale Nao nie fotografuje wyłącznie tych białych tworów natury, na zdjęciach uwiecznia jeszcze wiatr, który je przemieszcza i nadaje im fantazyjne kształty.
Pewnego dnia Nao, zwyczajowo robiąc chmurom zdjęcia na dachu szkolnego budynku, zauważa kota, który siada na barierce i patrzy się w niebo. Dziewczyna przeskakuje przez ochronną barierkę, aby zrobić mu zdjęcie, ale wtedy kot skacze w niebo... Wzniesiony nagłym podmuchem wiatru, dołącza do innych kotów unoszących się w powietrzu! Nao, składając się do zdjęcia, traci równowagę i spada. Tragedia się jednak nie wydarza, dziewczynę ratuje silny podmuch wiatru...
Zaintrygowana tym zdarzeniem, postanawia odszukać wietrznego kota. Odnajduje go na dachu szkoły, gdzie spotyka także koleżankę imieniem Ryoko. Dowiaduje się od niej o ludziach z pewnej wioski, którzy potrafią ujarzmić wiatr. Co roku odbywa się tam święto wiatru, w którym biorą udział wszyscy jego poskramiacze. Jednym z nich okazuje się młody nauczyciel matematyki, który właśnie wyjechał, aby wziąć udział w uroczystościach. Nao postanawia zorganizować wycieczkę klubu, której celem będzie przyjrzenie się temu wydarzeniu i dowiedzenie się czegoś więcej o ludziach wiatru...
Powyższy opis może wprowadzić czytelnika w błąd, ponieważ sugeruje obecność wątku głównego, który w serialu nie występuje. Mamy wspólny motyw wiatru, przewijający się przez cały serial, który sam w sobie ma charakter epizodyczny. Jest to w zasadzie proza życia, opowiadająca proste historyjki z życia bohaterów, w których wykorzystują oni coś w rodzaju magii wiatru. W niektórych odcinkach wiatr odgrywa podrzędną rolę, ale w wielu zdaje się pełnić funkcję ważniejszą niźli tylko niezwykłego ozdobnika, mającego jedynie zaciekawić widza i uatrakcyjnić serial. Symbolizuje tu wolność, brak zahamowań, ale także coś, co pcha człowieka do realizacji tych skrywanych na co dzień, odrobinę choćby szalonych pragnień. Powoduje to, że z serialu powiewa ogromna dawka optymizmu. Może również wywołać nutkę nostalgii w starszych widzach, przypomina czasy szkolne, kiedy te bardziej niezwykłe pomysły miały jeszcze szansę na realizację. Dla typowego Japończyka ma to szczególne znaczenie, bo kiedy kończy szkołę, zamienia się w zawodowego pracoholika, który na spełnienie swych marzeń nie ma już po prostu czasu.
Twórcy wyraźnie promują tym serialem indywidualizm, który w Japonii był przez wieki czymś wręcz negatywnym. Zachęcają do wyzwolenia się spod życia według schematu, ale także ostrzegają przed przesadą. Wiatr jest wolny, niczym nie ograniczony, nie można go poskromić. Ma jednak różne oblicza, może orzeźwić, sprawić poczucie życia pełnią życia, ale może też zabić.
Samo przesłanie nie wystarczyłoby rzecz jasna do tego, aby serialem się zachwycić. Całości dopełniają świetne postacie. Młodzi bohaterowie „Windy Tales”, jeszcze nieograniczeni ramami dosyć sztywnego i zdyscyplinowanego społeczeństwa japońskiego, mają nieskrępowaną wyobraźnię, są ciekawi świata – mogą być inni i śmiało to wykorzystują, nie martwiąc się, co na to powiedzą inni. To ludzie naprawdę wolni, których nie sposób nie polubić. Odzwierciedlają nas w przeszłości, a raczej szanse, których z jakichś powodów, często nie z własnej winy, nie wykorzystaliśmy. Oglądając ten serial, wielu ze starszych widzów zechciałoby się zapewne cofnąć do tamtych czasów i to im właśnie umożliwiają, na krótką chwilę, ale jednak, twórcy wietrznych opowieści.
Przechodząc do opisu wykonania zastanawiam się, czy specyficzne środki artystyczne, jakimi się posłużono, nie są częścią przesłania serialu? Jeśli propaguje on wolność, nieskrępowanie i odstawanie od ogółu, to artystycznie „Winy Tales” reprezentuje sobą właśnie wymienione elementy. Wspomniani na początku twórcy mają oryginalny, wyraźnie odcinający się od innych, styl. Shichirō Kobayashi stosuje trochę uproszczoną kreskę, elementy jego scenografii wyglądają jakby wycięto je niedbale z papieru (widać wokół białą obwódkę) i jakby troszkę od niechcenia pomalowane. Styl ten jest widoczny w wielu anime, przy których tworzeniu brał udział np. w „Melody of Oblivion” czy „Revolutionary Girl Utena”. Jeśli w tych dwóch przypadkach uznać mogliśmy to za oryginalne, to w opisywanym anime mamy do czynienia z czymś więcej. Tutaj Kobayashi, mając wyraźnie większą swobodę, wydaje się inspirować także animatorów, którzy w tym stylu dorabiają różne efekty, np. flary, albo emulują tą metodą motion blur na drzewach przesuwających obok pędzącego pociągu. Projekt postaci kontynuuje ideę artystyczną scenografii, jest dosyć prosty i miejscami bardzo umowny. Także animacja postaci stara się dotrzymać tej umowności kroku. Ten, powiedziałbym chaotyczny, styl animacji, który świetnie sprawdził się w „Mind Game” oraz „Kemonozume”, tutaj również zdaje się świetnie pasować.
Można odnieść wrażenie, że graficy starali się, aby serial nie przypominał w niczym anime. Wydaje mi się jednak, że cała jego wizualna umowność miała na celu stworzenie spójnej artystycznie warstwy wizualnej, w której trzeba było przecież pokazać wiatr, a więc element zupełnie nie istniejący wizualnie. Jako główny „bohater” serialu, musiał być widoczny i musiał się ruszać. Twórcom udał się fortel – wiatr w tym anime nie tylko żyje, ale jego wygląd i ruch nie budzą wątpliwości, co do tego, czy pasują do innych elementów wizualnych obrazu.
Niepowtarzalny klimat rześkości i optymizmu serial zawdzięcza przede wszystkim muzyce Kenjiego Kawaia, który znalazł tu idealną niszę dla swojego stylu muzycznego. Znający jego twórczość wiedzą, że niemal do każdego anime, niezależnie od klimatu danego tytułu, tworzy on kilka krótkich utworów o bardzo pogodnym nastroju, którym skrzypce i flet nadają specyficzny charakter. Są to proste, niezwykle melodyjne utwory, zapewne tworzone od ręki, ale Kawai zawsze do tego stylu wraca i przyznam, że osobiście bardzo lubię taką muzykę. Przy „Windy Tales” musiał mieć sporo zabawy, ponieważ właśnie te proste kompozycje idealnie pasowały do tematyki serialu. Cóż, moim zdaniem, nikt inny nie mógłby zrobić odpowiedniejszej muzyki do tego anime. Jest w nim jednym z najważniejszych elementów, generujących ten marzycielski klimat.
Trudno jest mi stwierdzić kto, poza starszymi widzami, może się serialem tym zainteresować. Tematyka ta jest wśród młodzieży raczej niepopularna, a wizualnie może skutecznie odstraszyć. Ale nawet ci, którzy lubią podobne klimaty, mogą być lekko zawiedzeni. Niektóre odcinki są nieciekawe, może nawet nudne. Uważam jednak, że serial zasługuje na wysokie oceny i na pewno warto po niego sięgnąć, szczególnie kiedy pragnie się odrobiny świeżości w anime...