Czy da się stworzyć anime, które z założenia będzie po amerykańsku cool? Trudna sprawa, ale twórcy „Afro Samuraia” postanowili stanąć na wysokości zadania i zabrali się do pracy metodycznie. Kto współcześnie ma szanse zostać bohaterem zbiorowej wyobraźni amerykańskiego odbiorcy? Rzecz jasna – czarny brother, zmitologizowane marzenie białych Amerykanów o niczym nieskrępowanej wolności. W czasach, gdy ikoną męskości jest David Beckham, a prawdziwym herosem chirurg plastyczny, Afrosamuraj uosabia to wszystko, co naprawdę chciałyby robić masy sfrustrowanych facetów. Nie ma co ukrywać: życie poza normami społecznymi, kierowanie się własnym kodeksem postępowania, bezlitosne niszczenie wrogów, wierność wobec przyjaciół – kto by tak nie chciał?
Bohater o głosie Samuela L. Jacksona (analogia z granym przez niego Julesem Winnfieldem w „Pulp Fiction” wydaje się oczywista) CHCE, więc może: popala nieustannie zioło, używa ostrych wulgaryzmów i generalnie wygląda jak milion dolarów zarobionych na stręczeniu panienek. Czy to brzmi szokująco? Skąd, kultura masowa już dawno zaakceptowała taki model bohatera, żeby raz jeszcze przywołać wspomnianego powyżej bohatera „Pulp Fiction”. Sprawę zresztą potraktowano iście po amerykańsku, nie pozostawiając najmniejszych niedomówień: Afro dostaje wygadane alter ego – gościa o wdzięcznym imieniu Ninja Ninja, który nawija jak król Harlemu i stara się być czarny do kwadratu. Co samo w sobie jest zresztą ciekawym eksperymentem, gdyż Samuel L. Jackson wywiązuje się ze swojej roli w nietypowy dla anime sposób. Szczególnie w roli Ninja Ninja aktor swoją nadekspresywnością zdaje się rozsadzać ekran, co mnie osobiście podczas oglądania „Afro Samuraia” bardzo rozpraszało. Trudno powiedzieć, po której stronie leży wina. Pewnie jest ona połowiczna: z jednej strony Jackson nie do końca wczuł się w konwencję, wychodząc daleko przed szereg, z drugiej twórcy nie byli w stanie ogarnąć jego aktorskiej dynamiki i sensownie wmontować jej w obraz.
W pewnym sensie Afrosamuraj i wszyscy jemu podobni „bracia” chyba na dobre wyparli z amerykańskiej kultury mit kowboja, jako tego, który toczy żywot poza normami społecznymi. Dawni kowboje stali się praworządnymi obywatelami, urosły im brzuchy, płacą podatki, zabierają dzieciaki na wakacje, a walczą jedynie o prawo do posiadania broni. Twórcy „Afro Samuraia” doskonale o tym wiedzą, prowadzą akcję jak po sznurku do finałowej konfrontacji, w której Afro zmierzy się z Numerem Pierwszym, najlepszym z najlepszych wojowników, mordercą jego ojca. Kim jest Jeden? Oczywiście – kowbojem o wymownym imieniu Justice (głosu tej postaci udziela świetny Ron Perlman, niezapomniany Salvatore z „Imienia róży”), morderczo operującym dwoma coltami. I ponownie, warto zatrzymać się na chwilę i pokusić o ocenę pracy Rona Perlmana, która w ostatecznym rozrachunku wypada o wiele korzystniej na tle tego, co zaproponował Jackson. W zasadzie wszystkie zarzuty, jakie kierowałem pod adresem postaci kreowanych przez Samuela L. Jacksona, nie odnoszą się do roli Justice’a Perlmana. Aktor idealnie „wtopił” się w swoją postać, nadając jej odpowiedniej głębi i dramatyzmu. Justice w wykonaniu Perlmana to zimny, wyrachowany morderca, nigdy nie dający ponieść się emocjom, z drugiej strony pozbawiony złudzeń, rozczarowany światem idealista, zniesmaczony nieustannym teatrem śmierci, jaki rozgrywa się na jego oczach. Praca wzorcowa. Jeśli miałbym się do czegoś na siłę przyczepić, to może do zbyt małej skali ekspresji, jaką operuje Perlman. Jeśli jednak takie było zamierzenie i Justice miał być nieludzki, to cel osiągnięto. Nie sądzę, by miał to być przypadek, a finał pojedynku jest łatwy do przewidzenia: czarna Ameryka bierze odwet na Ameryce białej, chociaż wynikające z tego konsekwencje wcale nie wywołują uczucia satysfakcji. Afro wygrywa, ale w imię jakich zasad? Justice pragnął być Pierwszym jak i Drugim zarazem po to, by powstrzymać niekończącą się spiralę bezsensownych mordów o prymat w krwawym rankingu najlepszych wojowników. Mówi o wiecznym pokoju pod swoimi rządami. Jakie racje stoją po stronie Afrosamuraja? Chce on jedynie pomścić śmierć ojca, nie za bardzo licząc się np. z postronnymi ofiarami swojej vendetty. Tak więc w osłupieniu i z coraz większą irytacją patrzymy, jak giną kolejni przyjaciele samuraja, pada pod jego ciosami mistrz szkoły walki, który go przygarnął w czasach, gdy Afro był sierotą, ginie kochanka samuraja, Okiku... i nadal lubicie tego cool Afrosamuraia? Postać głównego bohatera serii jest zarazem największym jej mankamentem. Nie wystarczy stworzyć efektowną powłokę, by mówić o bohaterze z krwi i kości. Afrosamuraj jest nieciekawy, bardzo powierzchowny i dość monotonny w swoim postępowaniu. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie że ten, kto mało mówi, niekoniecznie musi być od razu tajemniczy i interesujący, może po prostu nie mieć nic ciekawego do powiedzenia. Jedyną pełnokrwistą postacią w „Afro Samuraiu” jest tragiczna postać Jinno. Ten niesamowity, poddany technologizacji wojownik, był w dzieciństwie przyjacielem, opiekunem Afro w szkole dla sierot. Jednak, tak jak i wszyscy, którzy w minimalnym stopniu ingerowali w plany zemsty Afro, musiał ponieść karę, przypłacając prawie życiem brak zrozumienia krwawej misji czarnego wojownika. Czy można ryzykować życie przyjaciół, by osiągnąć cel? Czy zemsta usprawiedliwia zdradę? Która miłość jest szlachetniejsza? Oto kluczowe pytania tej miniserii. Pytania, które zresztą nie doczekają się wyraźnych odpowiedzi. Pokonując Justice’a Afro otrzymuje satysfakcję z powodu wyrównania długów sprzed lat. Ale Jinno nie został pokonany przez Afro, gdyż jego krzywdy i krzywdy wszystkich niewinnych, którzy padli ofiarą zemsty czarnego mściciela, wciąż czekają na wyrównanie.
Anime od strony wizualnej, przy w sumie dość wątłej fabule, prezentuje się efektownie. Górska sceneria oddana jest z wyczuciem, ma za zadanie nie odwracać uwagi widza od głównego wątku akcji. Tak samo ma się sprawa kolorystyką serii. Monochromatyczne kolory nie rozpraszają uwagi, w kluczowych momentach mocniejsze nasycenie np. czerwienią, dodaje dramatyzmu oglądanym scenom. Jedna rzecz nie przypadła mi do gustu, tj. dość efekciarskie zabawy ze światłem, przez co „Afro Samurai” momentami sprawia wrażenie, jakby był prześwietlony. Ale to tylko moja subiektywna ocena.
Przestrzec należy tych, którzy nie gustują w samurajskiej „robocie”. Bryzgająca nieustannie na wszystkie strony krew i chirurgiczne zamiłowanie Afro do pozbawiania wrogów różnych części ciała nie każdego od razu musi wpędzać w zachwyt. Seria „Afro Samurai” przypomina stylistyką steampunk, gdzie wiekowi mnisi z zakonu Empty Selen okazują się być futurystycznymi kapłanami morderczych technologii, przeciwnicy samuraja bliskimi krewnymi Terminatora, a władanie białą bronią przydaje się tak samo, jak umiejętność obsługi bazooki. I, co najważniejsze, wszystko to trzyma się kupy. To duży plus na konto serii, zawsze bowiem mile widziane są wszelkie próby łamania schematów, które mogą w twórczy sposób poszerzyć ramy danej konwencji.
Jeśli chodzi o muzyczną oprawę serii, to jest ona co najwyżej poprawna. Piszę to z wielkim żalem, gdyż od człowieka, który był (jest?) mózgiem Wu–Tang Clanu, oczekuję dużo więcej. Krążące legendy o nieprzepastnych domowych archiwach muzyka stwarzały nadzieję na to, że RZA wyłuska jakieś perły na tę – bądź co bądź – niecodzienną produkcję. Artysta z zadania się wywiązał, ale w dźwiękach towarzyszących obrazowi nie czuć pasji. Być może jest to w dużym stopniu spowodowane faktem, że i bez muzyki, akcja w „Afro Samuraiu” jest gęsta od emocji. Mimo wszystko, fani hip-hopu powinni zainteresować się ścieżką dźwiękową „Afro Samuraia”, gdyż w poszczególnych trackach można usłyszeć głosy tak kultowych raperów ze wschodniego Wybrzeża jak Q-Tip czy Talib Kweli.
Generalnie, proponuję serię Afro Samurai potraktować jako bezbolesny, regenerujący prysznic dla mózgu, natomiast moje wywody tak, jak Afro traktował swoich wrogów – bez litości.