Mimo że „Pet Shop of Horrors” oznaczone zostało jako shōjo, postanowiłem sięgnąć po to anime, ponieważ miało nieźle prezentować się jako opowieść dla miłośników kina grozy. Jak ma się sprawa z shōjo trudno mi powiedzieć, bo oglądam niewiele produkcji tego typu i nie mam za bardzo do czego porównać, ale jako horror/thriller produkcja ta raczej mnie zawiodła. Dlaczego? O tym poniżej.
Akcja tego krótkiego serialu (wbrew pozorom nie jest to OAV) rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. W dzielnicy Chinatown któregoś z większych miast (prawdopodobnie Los Angeles lub Washingtonu) znajduje się sklepik ze zwierzętami, który prowadzi mężczyzna nazywający sam siebie Count D (Hrabia D). Obok normalnych zwierząt sprzedaje on również bardzo niebezpieczne i rzadkie okazy, dostępne jedynie dla wybranych osób. Najczęściej osoba taka niedawno kogoś straciła, więc chce kupić sobie zwierzę, mając nadzieję, że pozwoli ono trochę złagodzić smutek. W sklepiku ludzie ci znajdują zwierzęta łudząco podobne do bliskich, których dopiero co stracili. Count D zgadza się je sprzedać, jednak na specjalnych warunkach – jeśli kupujący ich nie wypełni, sklep nie bierze żadnej odpowiedzialności za to, co zwierzę może zrobić. Oczarowani klienci zgadzają się i podpisują umowę, zabierając do domu nabytek... Dziwnym zbiegiem okoliczności za każdym razem, gdy ktoś kupi tajemnicze zwierzę u Counta D, ginie w jeszcze bardziej tajemniczych okolicznościach. Sprawami tych zgonów zajmuje się młody detektyw Leon, który za każdym razem stara się znaleźć jakiegoś „haka” na właściciela sklepiku, ponieważ jest przekonany, że to on stoi za wszystkimi zgonami.
Każdy z czterech odcinków przedstawia historię innego klienta i zakupionego przez niego zwierzęcia. Ludzie opętani smutkiem po stracie kogoś bliskiego, bądź pod wpływem jeszcze innych czynników, powoli zaczynają wierzyć w to, że zwierzę, które widzą, jest w rzeczywistości ich zmarłym bliskim. Przestają przez to myśleć racjonalnie i zrywają warunki umowy, co kończy się dla nich nieprzyjemnie. Dzieje się tak z różnych przyczyn – jedni kierują się bardziej „szlachetnymi” pobudkami (bo jak tu odmówić swojemu „dziecku” słodyczy?), inni mniej. Seria pozwala pokazać pewne słabości człowieka i ich konsekwencje – nic się przecież nie stanie, to taka drobnostka... A jednak, czasami uleganie takim słabościom może być tragiczne w skutkach.
Słabością fabuły jest to, że w pierwszym odcinku przedstawiona została nam jakaś historia, w kolejnych inna, ale właściwie do niczego to nie prowadziło. Seria po czwartym odcinku po prostu się kończy, chociaż właściwie nic nie zostało wyjaśnione – skąd Count posiada takie zwierzęta, dlaczego sprzedaje je ludziom itd. Wygląda to tak, jakby po czwartym odcinku zdecydowano się tę produkcję zakończyć, chociaż mogła być z powodzeniem kontynuowana. Nie wiem jednak, czy przetrwałbym więcej epizodów, bowiem te cztery wystarczająco mnie wynudziły. Mniej więcej w połowie każdego odcinka ogarniała mnie taka nuda, że z ledwością docierałem do końca. Gdyby seria była choć trochę straszna, być może oglądałoby się ją przyjemniej.
Nie zachwyca także grafika. Najpaskudniejsze były projekty postaci, reszta prezentowała się już lepiej, ale i tak trudno powiedzieć, aby mi się spodobała. Wnętrza pomieszczeń były raczej skromne, nawet w willach bogaczy wyglądało to nad wyraz ubogo. Animacje miejscami bardzo tracą na płynności, co najbardziej widać było w ostatnim odcinku. Serial najwidoczniej realizowany był małym kosztem, więc nie powinno dziwić takie a nie inne wykonanie techniczne.
Trudno jest cokolwiek powiedzieć o muzyce, bo praktycznie jej nie zauważałem. Serial pozbawiony jest openingu i endingu, czyli najbardziej charakterystycznych dla anime fragmentów, w których muzykę można usłyszeć. Coś tam co prawda przygrywa w tle, ale naprawdę nie było to w stanie przykuć mojej uwagi. Zapamiętałem jedynie kiczowatą piosenkę w odcinku z syreną. Nienajlepsze są wszelkiego rodzaju dźwięki, jak na przykład chlupocząca woda czy odgłosy wydawane przez zwierzęta – mało przekonujące, nienaturalne. Osobiście jednak za największą wadę tego anime uważam okropnie denerwujący, obrzydliwy głos głównego bohatera – wyglądał jak kobieta, jego głos również był kobiecy. W scenach, gdy mówił, najlepiej byłoby wyłączyć dźwięk i polegać na samych napisach, aby nie słyszeć tego irytującego, obrzydliwego głosu.
„Pet Shop of Horrors” to anime najwyżej średnie, przeznaczone dla nieokreślonego grona odbiorców... Ja osobiście bardzo się na nim wynudziłem, chociaż spodziewałem się przyzwoitej opowieści dla miłośników kina grozy. Niestety, moje oczekiwania były na wyrost. Do oglądania tej serii może lepiej podejść bez żadnych względem niej wymagań, co ewentualnie mogłoby zaowocować wyższą niż moja oceną ogólną.