Zaledwie parę miesięcy po zakończeniu emisji pierwszego sezonu „Amaenaideyo!!”, wyemitowano w japońskiej telewizji kolejny, któremu dodano podtytuł „Katsu!!”. Może być to bardzo zastanawiające, ale o tym w dalszej części. Drugi sezon jest lepszy od pierwszego, ale czy na tyle, aby przekonać do siebie osoby, którym nie spodobał się poprzedni?
Jak wiemy, Chitose czuje coś do Ikka, jednak nie potrafi mu tego powiedzieć, a zamiast tego ciągle bije go za byle co. Chłopak musi nauczyć się panować nad swoimi mocami – jeśli tego nie uczyni, może zawładnąć nim „ciemna strona mocy”. Tak mniej więcej przedstawia się sytuacja pod koniec pierwszego sezonu. Życie w świątyni zamieszkałej przez naszych bohaterów niewiele się zmieniło, jednak któregoś dnia ich spokój zostaje zmącony – naukę w szkole, do której chodzą, rozpoczyna piętnastoletnia Kazuki Kazusano, mniszka z innej świątyni, którą Chitose i Ikkō mieli okazję poznać już wcześniej. Kazuki leci – czasami nawet dosłownie – na Ikka, co oczywiście bardzo nie podoba się Chitose. Ikkō jest w siódmym niebie, bo nareszcie jakaś dziewczyna wyraża nim tak żywe zainteresowanie. Ale jakie są prawdziwe intencje Kazuki? I jak długo zazdrosna Chitose będzie prała chłopaka po mordzie, zamiast powiedzieć mu, co do niego czuje?
W przeciwieństwie do poprzedniej serii, „Amaenaideyo!! katsu!!” już od pierwszego odcinka ma fabułę, która później będzie kontynuowana. Nie należy się jednak spodziewać czegoś wielkiego, ponieważ owa fabuła jest po prostu kiepska, a do tego odcinki bardzo schematyczne. Kazuki za wszelką cenę chce przebudzić Ikka, aby wykorzystać jego moc do swoich celów, więc będzie się do niego wdzięczyła, rozbierała się przed nim, pozwalała obmacywać, ale nie dochodzi to do skutku, bo chłopaka albo zdzieli któraś z dziewczyn (tak jakby to jej sprawą było seksualne życie bohatera, skoro jej w ogóle ono nie dotyczy), albo ostudzi go banda napaleńców wszędzie podążająca za Kazuki. Poza tym większość bohaterek będzie starała się opanować moce odpowiednie dla ich sfery (aby to dokładniej zrozumieć, trzeba się zagłębić w tajniki buddyzmu). Nie zabraknie też odpałów w wykonaniu Ikka. Mimo iż wszystko jest schematyczne, cieszy fakt, że przynajmniej postarano się zrobić coś, co można nazwać fabułą.
Zyskali na tym bohaterowie, których twórcy starali się trochę rozwinąć. Jak w przypadku fabuły nie wyszło to rewelacyjnie, ale przynajmniej poznamy trochę faktów z przeszłości żeńskich bohaterek. Niestety, motywy ich działań nadal najczęściej są bardzo niejasne i mało zrozumiane. Poza wspomnianą Kazuki pojawia się także kolejna nowa postać kobieca – siostra Haruki (monstrualny biust jest u nich najwidoczniej dziedziczony genetycznie). W tym sezonie zdecydowanie więcej uwagi poświęcono najmłodszej z dziewcząt, Hinacie, oraz jej zwierzątku, które okazuje się być małym demonem. O psychologii postaci nadal nie ma jednak co mówić.
Od samego początku wyraźnie zauważalna jest poprawa strony graficznej. Uszczegółowiono scenografie i tła. Chociaż do produkcji wysokobudżetowych im brakuje, a niektóre nadal są trochę zubożone, to w porównaniu z pierwszym sezonem są znacznie lepsze. Pojawia się nawet kilka dość ładnych widoków, np. zachód słońca nad morzem. Od czasu do czasu wykorzystano animację komputerową, która – o dziwno – nie razi, a prezentuje się nawet w miarę przyzwoicie. Nie obyło się jednak bez stosowania lazy animation – ponownie mamy powtarzanie tych samych ujęć, a w czasie dialogów kamera zamiast koncentrować się na ustach bohaterek, kręci się wokół ich piersi bądź jeszcze niżej. Raz jeszcze uraczono nas koszmarnie wielką dawką bielizny i piersi, które ponownie zobaczyć możemy w najmniej spodziewanych momentach.
Trochę lepiej ma się również sprawa z humorem. I chociaż nadal można przylepić mu tylko etykietkę „kupa śmiechu”, to więcej jest tutaj momentów, w którym śmiałem się dość głośno. Niestety, nie było sceny, w której mógłbym się ze śmiechu popłakać, a szkoda. Ponownie postanowiono co nieco sparodiować. Mnie w głowie najbardziej utkwiła parodia sceny z 19. odcinka „Neon Genesis Evangelion”, w której to jednostka 01 pożera moduł S² z ciała Zeruela. Jest to trochę przesadzone, ale scena, w której Jōtoku prowadzi samochód, bardzo kojarzyła mi się ze stylem prowadzenia zakonnicy z serii filmów o żandarmie z Louisem de Funèsem.
Trzynasty, bonusowy odcinek, to coś w rodzaju niby-dokumentu, pokazującego, co dzieje się za kulisami serialu – postaci nagle przestają odgrywać swoich bohaterów, a stają się aktorami, którzy opowiadają o pracy nad powstawaniem serii. Także ten odcinek utrzymano w typowej dla tego anime komediowej konwencji.
Jak dla mnie jest tylko jeden element, który się nie poprawił, a nawet trochę pogorszył – muzyka. Jako tło wykorzystano te same kompozycje co w poprzednim sezonie, niewiele usłyszeć można nowych brzmień. Zmieniono za to opening i ending, moim zdaniem niepotrzebnie – w „Amaenaideyo!!” były one akceptowalne, ale w „Katsu!!” niebezpiecznie jeszcze bardziej zbliżyły się do poziomu czegoś w rodzaju kiepskiego japońskiego disco polo.
Trochę ryzykowne może okazać się sięgnięcie po anime, w którego tytule znajduje się słowo „katsu”, czyli kara. Będzie to na pewno kara dla tych, którym nie podobał się pierwszy sezon, ale pomyśleli, że drugi będzie lepszy. Owszem, jest lepszy, ale nadal nie na tyle, aby przekonać do siebie tych, którzy mieszają z błotem poprzednika. Jeśli natomiast przez prequel przebrnąłeś bez problemów, to śmiało możesz zabrać się za oglądanie „Amaenaideyo!! katsu!!”.