Podobnie jak wielu innych miłośników kina, lubię filmy z ciekawą fabułą i dobrze przedstawionymi bohaterami. Ale, w przeciwieństwie do niektórych osób, nie gardzę pozycjami z drugiego bieguna. Niektóre z takich produkcji, tak jak inni, mieszam z błotem, inne jednak mogą mi się bardzo spodobać. Do takich tytułów można chyba zaliczyć „Photona” – dla niektórych to po prostu nic nie warty śmieć, a dla mnie świetna rozrywka na trochę ponad trzy godziny. Mamy tu cycki, absurdalny humor i dużo dobrej zabawy, czyli to, co tygryski lubią najbardziej! Czasami wymienione czynniki wystarczą, abym serial czy film uznał za dobry, mimo nienajlepszego scenariusza i bohaterów. Ale tak to już jest z miłośnikami ecchi!
W nieokreślonej przyszłości istnieje Piaszczysta Planeta; tak nazywają ją jej mieszkańcy, ale można przyjąć, iż jest to Ziemia za kilka(naście) stuleci. Któregoś dnia z nieba spada przedmiot, który prości mieszkańcy owej planety nazywają świętym. Jakiś czas potem Aun, córka starszego jednej z wiosek, ucieka ze „świętym przedmiotem”, który ma być gwarantem jej wspaniałego życia z Lemanem – popularnym muzykiem, w którym się zakochała. W pogoń za dziewczyną udaje się Photon, który ongiś obiecał, że będzie ją chronił. Odnalazłszy dziewczynę przekonuje ją, aby wróciła do wioski. Aun ucieka mu jednak podczas następnego noclegu, uprzednio kreśląc mu na czole „świętym przedmiotem” (flamaster) znaki バカ (baka, czyli głupek). Rankiem Photon rusza w pościg, ale ląduje w bardzo głębokiej dolinie, z której nie potrafi się wydostać. Próbując uratować swój pojazd, trafia na pokład statku kosmicznego, który kiedyś rozbił się w tym miejscu. W jednym z pomieszczeń zauważa śpiącą w kapsule hibernacyjnej nagą dziewczynę (Keyne Acquę, czego dowiadujemy się nieco później). Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego pozornie nic nieznaczącego czynu, kreśli jej na czole znaki バカ... Dziewczyna nagle budzi się i przerażona dostrzega leżącego u jej boku Photona, a co gorsza odkrywa, że oboje z Photonem mają na czole ten sam znak, co na jej planecie oznacza, że zostali... małżeństwem! Chcąc nie chcąc, w dalszą podróż rusza z Photonem, z czasem coraz bardziej się do niego przekonując.
W międzyczasie poznajemy też perypetie innych bohaterów. Serce Aun pękło na dwoje, gdy wyszło na jaw, że jej ukochany zdążył się już ożenić. Nadal będąc w szoku, postanawia wrócić do wioski, ale gubi drogę. Niespodziewanie spotyka Papachę – dostojnika z innej części galaktyki, który przybył na Piaszczystą Planetę z zamiarem odszukania Keyne w sobie tylko znanym celu. Widzowie, którym postać ta przedstawiona została wcześniej, wiedzą jednak, że jest to schwarzcharakter, a jego plany zapewne nie są przyjazne.
Wkrótce drogi wszystkich tych bohaterów skrzyżują się i, jak nietrudno zgadnąć, wezmą oni udział w czymś „większym”. Kto wie, może od tego będzie zależał los wszechświata?
Fabuła do zbytnio oryginalnych nie należy, wykorzystano podobne schematy i zakończenie. Serial utrzymany jest jednak w konwencji niepoważnej komedii z elementami ecchi, w klimacie charakterystycznym dla „Tenchi muyō!” i innych komedii studia AIC. „Photon” jest więc czymś dla miłośników przygód „z jajem”, delikatnie wyśmiewającym elementy charakterystyczne dla shōnenów czy nawet space opery. Z tego względu nie powinna raczej razić schematyczność i przewidywalność tego anime – ja praktycznie nie zwracałem na to uwagi, po prostu świetnie bawiłem się obserwując kolejne poczynania Photona i reszty bohaterów.
Angielski podtytuł („The Idiot Adventures”) wiele mówi o samym serialu, ale przede wszystkim o jego wiodącej postaci. Photon nie jest typowym bohaterem – żaden z niego superprzystojniak, elegant, nie wpisuje się w kanony typowych pierwszoplanowych postaci. Nie można jednak odmówić mu swoistego uroku i, moim zdaniem, trudno go nie polubić. Jest to młody przygłupi chłopak, dzikus, zboczek, a do tego nienawidzi się kąpać. Mimo to jest nadzwyczaj silny, zwinny i ma wielkie serce – potrafi nieźle przyłożyć, ale gotów jest wiele poświęcić dla osób, które się dla niego liczą. Jest to też typowy głodomór z anime (oglądając „Photona” uświadomiłem sobie, że już od dawna w żadnym nowym japońskim serialu animowanym, który oglądałem, nie pojawił się ten element).
Obracają się wokół niego dwie dziewczyny. Keyne prowadzi z Aun spór o Photona; nie da się ukryć, że początkowo obie za sobą nie przepadają. Oglądać będziemy mogli je chociażby podczas „pojedynku”, w którym walczą o to, która z nich przygotuje Photonowi lepszy posiłek. Wokół Photona pojawią się też inne kobiety, co sprawi, że anime to przekształci nam się w typową dla AIC haremówkę.
Papacha to wzorcowy czarny charakter, o którym trudno napisać coś więcej. Chce rządzić światem, co ma mu zapewnić posiadanie trzynastu milionów żon w całej galaktyce. Brak mu moim zdaniem jakichś nowatorskich cech odpowiednich dla głównego antagonisty, jest za to wielkim rozpustnikiem. Przeznaczone jest mu poślubić bezgranicznie w nim zakochaną księżniczkę. Nie przypomina ona jednak wojowniczych księżniczek ze science-fiction – żadna to Leia Organa, bardziej raczej przywodzi na myśl średniowieczną księżniczkę-damę.
Nie można zapomnieć też o zastępie Pochich – małych i pulchnych postaci, które kręcą się wokół Papachy i wykonują jego rozkazy, co często kończy się rzutem Pochim na odległość. Ich kibicowanie Papacharinowi stanowi przy okazji kolejny element mogący rozśmieszyć widza.
A skoro o rozśmieszaniu mowa... Seria operuje dobrym humorem sytuacyjnym oraz niezłymi dialogami. A jako że mamy do czynienia z komedią z elementami ecchi, nie zabrakło i takich wątków. Fanserwis jest tu momentami trochę odważniejszy, ale nie przekroczono moim zdaniem granic dobrego smaku. W porównaniu z filmami będącymi stricte ecchi (chociażby pierwsze z brzegu „Green Green”), „Photon” wydaje się produkcją nawet grzeczną. Jeśli ktoś jednak jest nazbyt purytański, niech doda sobie jeszcze cztery lata do ograniczeń wiekowych.
Od czasu premiery „Photona” minęło już trochę czasu – pierwszy odcinek ujrzał światło dzienne w 1997 roku, ostatni zaś dwa lata później. Grafika jest charakterystyczna dla produkcji z tego okresu, a w porównaniu ze stylem dzisiejszych anime można powiedzieć, że jest już ona nieco archaiczna. Co jednak nie znaczy, że zła: projekty postaci są przyjemne, a animacje, zarówno osób, jak i pojazdów, nienajgorsze, chociaż zdarza się nam ujrzeć powtarzanie tych samych ujęć. Trochę gorzej jest z niektórymi scenografiami, które często sprawiają wrażenie mało wymiarowych, płaskich, chociaż starano się je uszczegółowić. Ogólnie jednak wrażenie jest pozytywne – biorąc pod uwagę datę powstania, grafika prezentuje się przyzwoicie.
Podkład muzyczny jest trochę zróżnicowany. Wita nas żywy i radosny opening, wprowadzając w zwariowany klimat tego anime. W tle usłyszymy różne dźwięki, jak chociażby latynoską gitarę à la „Rushuna”, gitarę zwykłą, czy coś, co mnie na myśl przywodzi motywy kubańskie albo arabskie, ale to tylko w krótkich momentach. Ogólnie jednak muzyka trzyma poziom tego, co dzieje się na ekranie, przeważnie starając się podkreślić akcję. Żegnać będzie nas pokręcony ending – sama muzyka także jest dynamiczna, ale śpiew przywodzić może na myśl średnio wprawioną uczestniczę karaoke.
Podsumuję krótko: „Photon” to pozycja dla miłośników komedii, zwariowanej przygody i fanserwisu, którym nie przeszkadza powielanie schematów, a liczy się jedynie dobra zabawa. Jest to również coś dla wielbicieli kobiecych piersi – takich osobników chyba nigdy nie znudzą żadne schematy, byle tylko mogli oglądać krągłości. Jeśli szukasz czegoś głębokiego, poważnego, ambitnego – tutaj tego nie znajdziesz. Pojawiają się oczywiście elementy science-fiction, do tego także trochę mechów, ale jest ich za mało, aby zainteresować miłośników takowych.