„Zero no tsukaima” to właściwie bajeczka w stylu „Harry’ego Pottera” ale raczej dla starszych dzieci (seinen), ponieważ w zachodnich bajeczkach tego typu nie pojawiają się uczennice z wielkimi biustami ani starcy interesujący się kolorem bielizny swych asystentek. Dla przeciętnego fana anime to jednak nic nowego i zapewne nie zwróci on na to uwagi przy tej sympatycznej komedyjce, której nieprzyzwoicie dziecinna tematyka nie przeszkodzi w miłym spędzeniu kilku godzin w towarzystwie pewnej złośnicy i jej chowańca.
Anime rozgrywa się w fantastycznym świecie istniejącym w rzeczywistości równoległej, która z naszą przeplata się czasami w niewytłumaczalny sposób. Panują tu królowie, mityczne bestie współistnieją z ludźmi, a każdy szlachetnie urodzony potrafi używać magii. Tu, w krainie zwanej Tristanią, mieści się akademia magiczna, w której każde dziecko szlacheckie uczy się posługiwania magią. Każdy mag jest specjalistą w posługiwaniu się jednym z pięciu żywiołów, do wykonania czarów potrzebuje specjalnej różdżki i ma chowańca, który służy swemu właścicielowi jako przedłużenie magicznej mocy oraz na wszelkie inne sposoby.
W akademii tej już drugi rok studiuje szesnastoletnia Louise wywodząca się z rodu la Vallière’ów, który włada częścią Tristanii. Niestety, mimo szlachetnego urodzenia, dziewczyna niczego nie potrafi poprawnie wyczarować, a wszelkie takie próby kończą się zwykle katastrofą. Louise nie posiada także żadnego przypisanego sobie żywiołu, co razem z jej talentem do czarowania wystawia ją na pośmiewisko wśród adeptów akademii, którzy wymyślili jej odpowiedni przydomek – Zero. Louise nie ma cierpliwości i łatwo wpada w złość. Nie są to jednak wszystkie problemy dziewczyny...
Pewnego dnia na egzaminie przywoływania chowańca los spłatał jej złośliwego figla. Podczas gdy inni uczniowie przywołali sobie stosowne chowańce, Louise, jak gdyby nigdy nic, sprowadziła sobie takiego zupełnie zwyczajnego siedemnastolatka z naszego świata! Zdezorientowany młodzieniec nie rozumiał, że teraz zostanie zdegradowany do roli pieska, który będzie spał na sianku, prał bieliznę swej pani, a za drobne przewinienia zbierał baty. Nie poinformowano go też o nie otrzymywaniu posiłku za każdorazowe użycie słowa zero, szczególnie w połączeniu z rzeczownikiem biust, który to element występował u Louise w zaniku...
Saito Hiraga, będący owym chowańcem, feralnego dnia dotknął dziwnego portalu, który ukazał się nad chodnikiem w jednej z dzielnic Tokio i nagle znalazł się w zupełnie innym świecie. Była to oczywiście sprawka Louise, która podczas testu wykonała kolejne nieudane zaklęcie w swej karierze. Była wściekła. Nie dość że prostaczek, to wcale nie wyglądało na to, że potrafi korzystać z magii ani że posiada jakieś umiejętności ofensywne, poza niewyparzoną gębą, ale pewne zdarzenie udowodni, że nie jest takim zwykłym prostaczkiem z innego świata. Saito, będący bardzo sympatycznym jegomościem, postanowił, że skoro nie ma innej rady, to będzie wykonywał obowiązki chowańca oraz chronił swą piękną złośnicę przed jej własnymi czarami. Okaże się także popularny wśród dziewczyn z akademii, ale będzie musiał zebrać wiele batów, zanim zrozumie, że zazdrość jego pani ma zerową tolerancję...
Anime „Zero no tsukaima” oparto na serii nowel autorstwa Noboru Yamaguchiego ilustrowanych przez Eijiego Usatsukę, które są wydawane od 2004 roku i ukazują się do dziś. Są to opowieści łączące w sobie wiele elementów zachodniego fantasy, troszkę mahō shōjo, pewne pomysły z „Harry’ego Pottera” oraz z literatury przygodowej XIX wieku, konkretnie z opowieści o trzech muszkieterach (jedna z przygód bardzo przypomina główny wątek tej powieści). Yamaguchi przedstawia jednak owe elementy w sposób nieco żartobliwy. Dla przykładu Louise daleko do typowej przedstawicielki mahō shōjo – będąc zazdrosną złośnicą, której nic nie wychodzi, jest raczej jej drobną karykaturą, a niezwykle oryginalny chowaniec sam w sobie jest już niezłą kpiną. Imiona i nazwiska bohaterów są parodiami prawdziwych, np. główna bohaterka nazwana jest za Louise Françoise de la Vallière, która była kochanką Ludwika XIV. W przypadku fantasy żartom podlegają głównie magiczne artefakty, które pochodzą z naszej rzeczywistości i mają typowe nazwy dla fantasy, jak staff of destruction. Mapa krainy, w której rozgrywa się akcja tego anime, przypomina mapę Europy, a poszczególne królestwa mają znajome nazwy, przykładowo: Albion, Germania, czy też Galia.
Serial ten w zasadzie nie posiada wątku głównego i opiera się raczej na oddzielnych przygodach z życia Louise i Saita, czasami wspomaganych przez postacie drugoplanowe. Poszczególne opowieści są raczej solidne jak na komedię i dosyć różnorodne, nie ma więc odcinków nudnych, zawsze dzieje się coś ciekawego. Autor może nie prezentuje pomysłów nietypowych, ale potrafi je ciekawie rozwinąć i dobrze wykorzystać. Większość przygód ma lekki charakter, jeśli więc nastawimy się na miłą rozrywkę, nic nas ujemnie raczej nie zaskoczy, a czas nam szybko zleci przy tym dość krótkim anime.
Największym plusem tego serialu są jednak niezwykle sympatyczne postacie. Szczególnie para głównych bohaterów ma szansę zdobyć sympatię widza, który pod koniec serialu może okazać się silnie do niej przywiązany, szczególnie kiedy zajdzie obawa o rozdzielenie naszych ulubieńców. Niektórzy mogą oczywiście twierdzić, że o sympatię do zazdrosnej złośnicy, która na wszystkie strony rzuca urusai! może być trudno, jednak podobny przypadek z „Tsukuyomi Moonphase” przekonuje, że tego typu postacie miewają czasami wiele uroku. O bohaterach drugoplanowych nie można w zasadzie powiedzieć zbyt wiele. Są to typowe postacie występujące w szkolnych komediach romantycznych i mimo iż są sympatyczni, to raczej nie prezentują się ciekawie, może poza księżniczką Henriettą, która głosem i aparycją potrafi zdobyć wielu wielbicieli. Ciekawych bohaterów negatywnych niestety także tu nie znajdziemy.
Należy przyznać jednak, że dużo sympatii bohaterowie zawdzięczają projektowi postaci, który, mimo iż prosty, jest naprawdę uroczy. Scenografie są przeciętne, choć niewiele im w sumie brakuje do dobre. Podobnie jest z animacją, nie wybitna, ale także raczej na niezłym poziomie. Muzyka zaskakuje raczej na plus. Piosenki tytułowe nie są może ciekawe, ale muzyka w tle jest bardzo melodyjna i przyjemna w odbiorze. Seiyū są także dobrze dobrani, a więc ogólne wrażenie estetyczne jest pozytywne.
„Zero no tsukaima” to anime nieskomplikowane, nastawione na widza, który chce się rozerwać i miło spędzić czas w towarzystwie sympatycznych bohaterów. Z pewnością znajdzie tu miły klimat i trochę się pośmieje, aczkolwiek nie powinien się spodziewać serialu wyjątkowego. Nie każdemu też przypadnie on do gustu, z uwagi na typowy dla takich komedii humor, który do inteligentnych raczej nie należy. Mimo wszystko serial ten ogląda się z przyjemnością, nawet jeśli widziało się już wiele anime o podobnej tematyce.