„Hanbun no tsuki ga noboru sora” było dla mnie bardzo ważną życiową lekcją: nie sięgaj, baranie, na ślepo po byle co tylko dlatego, że jest krótkie i zbiera pozytywne recenzje. Mimo że anime opisane było jako dramat i romans, a osobiście zbytnio za taką kombinacją nie przepadam, to postanowiłem spróbować ze względu na wysokie noty właśnie. Gdyby nie to, że serial liczy jedynie sześć odcinków, nie dotrwałbym do końca. Ale po kolei...
Anime powstało na podstawie popularnej w Japonii serii nowel dla dorosłych (seinen, żeby nie było niedomówień) autorstwa Tsumugu Hashimota. W sumie powstało sześć tomów, a na ich podstawie owo anime, zaczęto także tworzenie mangi. Każdy z odcinków opiera się na jednym tomie opowiadania. Fabuła przedstawia się mniej więcej tak: siedemnastoletni Yūichi od jakiegoś czasu przebywa w szpitalu w związku ze swoją chorobą wątroby (gdyby był Polakiem, od razu by było wiadomo, co mu dolega). Jego stan trochę się polepszył, toteż często wymyka się z budynku na mały spacer, co bardzo nie podoba się pielęgniarce Akiko Tanizaki. Któregoś dnia do szpitala na oddział dla ciężko chorych trafia Rika – dziewczyna w wieku Yūichiego. Akiko prosi, aby ten zaprzyjaźnił się z dziewczyną, ponieważ ta wydaje się być bardzo samotna. Pielęgniarka daje mu także książkę autorstwa Ryūnosukego Akutagawy, popularnego japońskiego pisarza, mówiąc, że Rika jest jego wielbicielką. Chłopak, będąc oczywiście bardzo nieśmiały, nie potrafi się nawet zabrać do tego, aby powiedzieć jej „cześć”. Mimo wszystko jakoś udaje im się ze sobą porozmawiać, a po jakimś czasie zostają przyjaciółmi. Zapewne znacie wiele takich historii, więc podaruję sobie dalszy opis, bo wszystkiego można się bez zbytniego wytężania mózgownicy domyślić.
Ta krótka seria nie wyróżnia się niczym oryginalnym na tle innych produkcji tego typu. Początkowe problemy szybko mijają, rzeczona dwójka zaprzyjaźnia się, a później zakochuje – po raz kolejny powielono ten sam schemat. Nie zabrakło także innych typowych banałów, jak np. kłótni o byle drobiazg, którą kończy heroiczny (oglądając taki motyw po raz -dziesiąty albo -setny chce się raczej powiedzieć: heroikomiczny) wyczyn. Sztuczna patetyczność wprost wylewa się z niektórych scen, a dziewczyna – żeby było jeszcze tragiczniej – jest chora na serce i prawdopodobnie nie zostało jej już wiele życia. Ponieważ mamy do czynienia z anime, niewiadome pozostaje zakończenie – będziemy mieli typowy happy end znany z amerykańskich i europejskich produkcji w stylu „po czym żyli długo i szczęśliwie”, czy może jednak zatriumfuje japoński fatalizm? Twórcy wybrnęli z sytuacji tworząc coś pół na pół, ale mimo wszystko zakończenie uważam za oklepane i beznadziejne.
Lepiej natomiast zarysowane są postaci, będące chyba najmocniejszym atutem „Hanbun no tsuki ga noboru sora”. Głównymi bohaterami jest para nastolatków, czyli osób dopiero wkraczających w dorosłe życie. Rika, dla której od kilku lat domem jest szpital – wie o życiu więcej niż jej rówieśnicy, jako że wisząca nad nią groźba śmierci o wiele częściej zmusza do refleksji nad sprawami wyższymi. Yūichi to raczej lekkoduch, cieszący się życiem i nie mogącym usiedzieć w miejscu, ponieważ rozpiera go energia. Dzięki Rice sam nauczy się czegoś o życiu, będzie miał okazję je przewartościować. Pod koniec serii ta dwójka emocjonalnie jest starsza o całe lata od innych osób w ich wieku. Może i są młodzi, ale już podjęli decyzje, które zaważą na całym ich późniejszym życiu, są w pełni świadomi dokonanych wyborów i pragną zrealizować to, co postanowili. Doprawdy piękne, szkoda tylko, że także wyeksploatowane. Ale mimo wszystko są to postaci o wiele bardziej prawdziwe i „namacalne” niż bohaterowie niejednego młodzieżowego dramatu.
Rika i Yūichi praktycznie zdominowali bohaterów tego anime. Poza nimi pojawiają się wspomniana wcześniej pielęgniarka Akiko, która sprzyja zamiarom tej dwójki (chociaż i tak jest bezlitosna dla Yūichiego, który nagminnie wymyka się ze szpitala), lekarz Riki, Gorō Natsume, starający się zrobić wszystko, aby Rika i Yūichi nie byli ze sobą, oraz przyjaciele chłopaka, z czego na pierwszy plan wychodzi Tamotsu Yamanishi, lubiący przebierać się za zamaskowanego bohatera o imieniu Zebra Mask. Za jednego z ważniejszych bohaterów można by chyba uznać jeszcze Yoshiza Tadę (a w późniejszym czasie jego „ducha”) – przebywającego w szpitalu staruszka, który pochwalić może się imponującą kolekcją pornopisemek, lubiącego sobie od czasu do czasu poklepać to i owo.
Jak już powiedziałem wcześniej, niektórzy bohaterowie są – jak to w takich produkcjach bywa – nadmiernie patetyczni, co owocuje dodatkowym obniżeniem oceny za postaci.
Technicznie anime wykonane jest przyzwoicie, ale bez większych rewelacji. Ponieważ akcja serialu rozgrywa się w szpitalu, czyli środowisku dość hermetycznym i bez zbędnych upiększeń, twórcy nie musieli zbytnio wysilać się na supergrafikę. Szpitalne wnętrza oddano ładnie, trochę gorzej sprawa wygląda, gdy bohaterowie wychodzą na zewnątrz – obserwowana ze szczytu góry panorama miasta nie robi na widzu wrażenia, wnętrza domów wykonane zostają oszczędnie. Mimo wszystko całość jest przyjemna dla oka i raczej nie powinna razić.
Jeśli chodzi o chara design, mam pewne zastrzeżenia co do wyglądu głównych postaci – jak na moje oko są one zbyt wyidealizowane, zwłaszcza jeśli porównać je z resztą: wielkie oczy, ładne buzie, jak na anime przystało. Reszta bohaterów jest natomiast narysowana bez takich upiększaczy.
Muzyka, podobnie jak wykonanie graficzne, na poziomie, ale bez fajerwerków. Każdy odcinek otwiera miły dla ucha opening, a zamyka – na mój gust – trochę gorszy ending. Oba utwory utrzymane są w popowym stylu i traktują, nie może być inaczej, o miłości. Za background służą przeważnie spokojne kompozycje wykonywane na pianinie, zdarzają się jednak kompozycje idące w rock, mające podkreślić dynamizm scen (np. tej, kiedy Yūichi jedzie z Akiko, która prowadzi samochód jak – nie przymierzając – Haruko swoją vespę). Są jednak momenty, w których usłyszeć możemy muzykę w stylu „Mission: Impossible”, co w sumie powoduje, że sceny te przywodzą raczej na myśl „Shreka II” i epizod, w którym Pinokio próbuje uwolnić Shreka i Osła.
„Hanbun no tsuki ga noboru sora” to anime, w którym schemat często goni schemat. Ogólnie temat oklepany i niezbyt ciekawy, a produkcję tę ratują w miarę dobrzy bohaterowie i wykonanie techniczne na odpowiednim poziomie. Miłośnicy dramatów/romansów na pewno nie będą nim zawiedzeni, niektórzy zapewne wyleją na nim trochę łez. Jeśli komuś nie odpowiadają takie klimaty, niech trzyma się z daleka – to anime na pewno nie przekona go do zainteresowania się tego typu produkcjami. W morzu filmów i seriali o miłości dwójki nastolatków „Hanbun no tsuki ga noboru sora” to taka „Szkoła uczuć” – trochę odstaje od ogółu. Takie tam porównanie, bo akurat tylko te dwie produkcje z nurtu młodzieżowej miłości jako tako mi się spodobały, mimo iż obie trącą kiczem już z daleka. Osoby lubiące romanse w konwencji dramatu z całą pewnością mogą podnieść sobie ocenę tego anime do co najmniej 8.