Po „Kemonozume” sięgnąłem przez czysty przypadek. Zadecydowało o tym jedno zdanie przeczytane na naszym forum („Romeo, Romeo, czemuś ty Romeo...” w konwencji horroru?) oraz znaleziony w Internecie artwork. Brnąłem w to w ciemno, ciągnięty czystą ludzką ciekawością – co też może z tego wyjść? Nie oszukujmy się: motyw pary kochanków z różnych biegunów, którzy chcą być ze sobą za wszelką cenę, jest stary jak świat. I choć kolega XRay zacytował tutaj fragment z najbardziej chyba znanego dzieła o takiej tematyce, to renesansowo-barokowy pisarzyna William Shakespeare nie był na tym polu pierwszy – w średniowieczu ekscytowano się przecież losami Tristana i Izoldy, a w starogreckich i starorzymskich mitach bogowie żenili się ze śmiertelnikami. Także po Shakespearze wątek ten chętnie wykorzystywano, wspomnijmy chociażby naszą Stefcię Rudecką czy „Shinobi” – japońską produkcję o miłości dwójki wojowników z przeciwnych klanów, którą niedawno mieliśmy okazję oglądać na ekranach polskich kin. Przykłady można by mnożyć, a zajęło by to wiele stron. Po co więc to anime? Co w nim takiego oryginalnego? Czy twórcy wymyślili coś, co mogłoby sprawić, że nie przejadę się po tak wyeksploatowanym wątku? Cóż, mamy w końcu do czynienia z anime – gatunkiem, który nieraz już mnie zaskakiwał (i nieraz pewnie zaskoczy). Mało tego – jest to produkcja twórcy osławionego skądinąd w światku anime „Mind Game”. Tak więc, drodzy państwo, siądźmy, obejrzyjmy i przekonajmy się sami, co też z tego wyszło.
To, co dało początek zakazanej miłości w tym anime, sięga czasów starożytnych, kiedy to bogowie ingerowali jeszcze w sprawy ludzi. Pewien młodzieniec dopuścił się niespotykanego zuchwalstwa – porwał dziewczynę, która ofiarowana była bogom. Oczywiście wszechmocnym bardzo się to nie spodobało, więc rzucili na parę klątwę – aby przetrwać, będą musieli żywić się ludzkim mięsem. Ta dwójka stała się Adamem i Ewą gatunku potworów-kanibali, który przetrwał do dnia dzisiejszego, wtapiając się w codzienne życie. Mało tego, potwory zaczęły mutować i krzyżować się z ludźmi.
Toshihiko Momota – syn lidera organizacji Kifūken, zajmującej się zwalczaniem owych stworów nazywanych shokujinki (mięsożercy) – będąc na plaży zauważa dziewczynę, która od razu wpada mu w oko. Od tego momentu wszędzie gdzie tylko spojrzy widzi twarz Yuki – bo tak właśnie na imię ma dziewczyna. Młodziak nie wytrzymuje i wraca na plażę, gdzie – a jakże by inaczej! – spotyka JĄ. Toshihiko dziewczynie również nie jest obojętny, więc jeszcze tej samej nocy zostają namiętnymi kochankami. Jak nietrudno się domyślić, Yuka jest shokujinkim. Niedługo później ginie lider organizacji – został on zamordowany przez potwora, a podejrzenie pada na Yukę. Toshihiko, nie chcąc dopuścić do zabicia dziewczyny, ucieka z nią, narażając się tym samym swojemu bratu, z którym wcześniej rywalizował o przejęcie przywództwa nad Kifūkenem, oraz reszcie organizacji.
Jak widać, ogólna początkowa fabuła jest podobna do tych z innych opowieści o zakazanej miłości. Muszę jednak przyznać, że – obok wątku homoseksualnego typu „Romeo i Julian” czy „Romilda i Julka” – jest ona jedną z ciekawszych jej interpretacji. Oprócz wątku miłości na przekór wszystkiemu pojawiają się też inne typowe dla romansów motywy, jak np. ucieczka dwójki zakochanych, ukrywanie się i dążenie do tego, aby w końcu dotrzeć do swojego wymarzonego, utopijnego miejsca. Ale to tylko jeden z wątków w tym anime, rozgrywający się w pierwszych odcinkach. Jeśli ktoś myślał, że będzie to jedynie anime o zakazanej miłości – przyznaję, zaliczam się do tej grupy – to grubo się pomylił, ale o tym sza, żebym za dużo nie wypaplał. Starczy powiedzieć, że w drugiej połowie większy nacisk położono na inny wątek niż miłość, poświęcono mu sporo uwagi.
Początkowe odcinki podzielone zostały na dwa rodzaje: opowiadających o zakochanych i o Kifūkenie; pojawiły się też takie, które prezentują wydarzenia z przeszłości. Jeśli twórcy skupiają się na jednym z tych wątków, z reguły nie są one przerywane pozostałymi, chociaż wszystkie łączą ci sami bohaterowie bądź ich przodkowie. Gdy twórcy decydują się poświęcić jakiś odcinek wydarzeniom z przeszłości, nie robią tego od tak sobie, ponieważ zawarte w nim informacje przydadzą się widzowi w późniejszym czasie. Następnie wszystkie te wątki się ze sobą połączą, aby móc przejść do zakończenia tej historii.
Początkowo może się wydawać, że to anime jest zupełnie normalne jeśli chodzi o fabułę – ot, historia się zaczyna, później się rozwija i można mieć wrażenie, że taki stan utrzyma się już do samego końca. A jednak, w ostatnich odcinkach seria się zmienia – pojawiają się elementy humorystyczne (chociażby postać, która stwierdza w pewnym momencie, że tak to się nie może skończyć, ponieważ widzowie oczekują okrutniejszego zakończenia), których dotychczas było niewiele, dodatkowo twórcy zahaczają też o surrealizm, co całkowicie zmienia opinię o serialu, którą wyrobiliśmy sobie do tej pory. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że pod koniec z „Kemonozume” robi się pokręcone anime na miarę „Furi kuri”.
Minusy strony fabularnej? Przede wszystkim odcinki będące dla mnie jedynie zapychaczami czasu – ten, w którym parka przemierza z dwójką staruszków pustynię oraz ten, w którym spotykają olbrzyma Bona. Odcinki te mają w jakiś sposób przybliżyć nam osobowości postaci, jednak ważnych dla całości fabuły informacji jest w nich z reguły niewiele, a do tego serwowane są pod sam koniec odcinka, stąd też nadaję im etykietkę zapychaczy. Poza tym nie spodobało mi się też zakończenie – po takim anime oczekiwałem jednak czegoś innego, oryginalniejszego.
Trochę ponadprzeciętną stronę fabularną wynagradza wykonanie techniczne. „Kemonozume” jest dziełem autorstwa Masaakiego Yuasy, czyli twórcy ciepło przyjętego przez fanów anime „Mind Game”. Kto miał okazję zapoznać się z tym anime, ten wie, że było ono niezwykle oryginalne jeśli chodzi o grafikę. Yuasa wymieszał w nim mnóstwo styli, co bez wątpienia bardzo uatrakcyjniło tę produkcję. I chociaż zmieniło się studio animacyjne (Studio 4°C zostało zastąpione przez Madhouse), to „Kemonozume” nie stanowi wyjątku jeśli chodzi o stronę techniczną – po kilku kadrach można rozpoznać, że są to twory tej samej osoby. Grafika może stwarzać wrażenie niechlujnej – projekty postaci nie należą do najładniejszych, a ich wykonanie może wydawać się po prostu niedbałe. Podobnie zresztą sprawa ma się z tłami, scenografiami itd. – przeważnie są one oszczędne, mało szczegółowe, wyglądające jakby rysowane ręcznie przez osobę ze średnim talentem artystycznym. Również animacje często są nienaturalne, co dodatkowo może pogłębić uczucie niedbałego wykonania. Ale to wszystko tylko pozory, ponieważ recenzowane anime w zamierzeniu właśnie takie miało być i trzeba przyznać, że końcowy efekt bardzo zadowala. Jest to miłe oderwanie się od tradycyjnej, często wyidealizowanej, kreski, do jakiej przyzwyczaili nas twórcy anime. Miło jest czasem po prostu popatrzeć na coś innego.
W porównaniu do „Mind Game”, „Kemonozume” jest jednak skromniejsze pod względem wykorzystanych technik. W tym pierwszym ich ilość mogła po prostu powalać, tutaj dominuje zwykła animacja. Nie jestem specjalistą od grafiki, toteż nie potrafię wyłapać rozmaitych technik, ale bez problemu zauważyłem na przykład to, że wykorzystano w tym anime rzeczywiste zdjęcia osób albo kieliszek, co zostało poddane „retuszowi” i sprawia wrażenie półanimowanego. Nie zabrakło także wymieszania animacji z prawdziwą wodą (morze, wodospad) czy wplecenia do tego wszystkiego prawdziwych rybek akwariowych. Oryginalny jest zresztą sam prolog pierwszego odcinka, kiedy to postaci przypominają rysowane przez naszych przodków ludki – najbliżej będzie im chyba do tych z okresu, kiedy powstawały malowidła naścienne w Lascaux. Nie zabrakło także scen nakręconych prawdziwą kamerą, do których później wpleciono animowane elementy, oraz renderingów komputerowych. Mimo zastosowania tylu technik, wszystko ładnie się ze sobą łączy i nie razi, toteż grafice niewiele mogę zarzucić. Oprawa graficzna spodobała mi się nawet bardziej niż ta w „Mind Game”, tak więc stawiam bardzo wysoką ocenę ze ten aspekt produkcji.
W serialu często usłyszymy muzykę w stylu retro. Jakoś szczególnie za tego typu muzyką nie przepadam, ale oczywiście jeśli umiejętnie się ją wykorzysta, efekt może być zadowalający (co udowodniła chociażby Yōko Kanno w „Cowboyu Bebopie”). Oprócz utworów w starym stylu można usłyszeć także tradycyjne japońskie instrumenty, jak np. charakterystyczny flet, czy kompozycje zakrawające na rock. Opening stanowi utwór w jazzowym stylu, który dobrze wprowadza w „nietypowość” tego anime, natomiast ending jest całkowicie inny – spokojna piosenka, której towarzyszą dźwięki gitary. Do tego grafika endingu bardzo różni się od całości anime – jest bardzo kolorowa i jasna, a głównym jej motywem są kwiaty.
W przypadku postaci sprawa ma się podobnie jak z fabułą – średnio. Właściwie są to typowe dla takich produkcji postaci: różnimy się, pochodzimy z dwóch różnych światów, więc czy możemy być ze sobą szczęśliwi? Czy możemy się jakoś odnaleźć? Czy to ma w ogóle sens? Członkowie Kifūkenu przez większość czasu zdają się myśleć jedynie o organizacji, która – po śmierci dawnego mistrza – wkracza w etap gwałtownych zmian, dostosowując się do rozwoju technologii. Wyraźne zainteresowanie dwójką zakochanych pojawia się dopiero w późniejszych odcinkach. Muszę jednak przyznać, że pojawił się w tym anime „bohater”, który bezspornie pobił wszystkich innych – pocieszny małpiszon pojawiający się w kilku odcinkach, którego Toshihiko nazywa swoim mistrzem. Szkoda, że poświęcono mu tak mało miejsca, bo powinien mieć on swój własny serial! Owo zwierzę wprowadza do początkowych odcinków serialu trochę humoru, którego zbyt często w nich nie uświadczymy. Ale także później nie traci on na znaczeniu, a oglądać go będziemy mogli np. grającego na playstation.
Jeśli komuś spodobało się „Mind Game”, prawdopodobnie spodoba mu się i „Kemonozume”. Shakespeare w rękach Japończyków ma się dobrze – potrafią oni nieźle wykorzystać jego spuściznę i przerobić tak, że Europejczykom i Amerykanom oko bieleje. I chociaż „Kemonozume” specjalnie oryginalne pod względem fabularnym nie jest, bohaterowie także nie stanowią niczego specjalnego, to jednak owa seria ma to coś, co potrafi widza do siebie przyciągnąć i nie daje mu się nudzić w czasie seansu, który zlatuje jak z bicza strzelił. Co prawda graficznie serial jest zdecydowanie bardziej stonowany od „Mind Game”, to jednak ten charakterystyczny styl Yuasy jest w nim obecny, co dodatkowo podnosi jego walory. Nie wiem komu poza miłośnikami „Mind Game” mógłbym to anime polecić – może tym, którzy szukają czegoś innego niż to, czym karmią nas inni twórcy anime? Nie jest to znów taki kolejny odgrzewany kotlet – jest to kotlet, przy którego smażeniu kucharz trochę go odświeżył, przez co staje się on zdecydowanie bardziej strawny, a smakosz może nawet powiedzieć, że jest w tym coś nowego, świeżego.