Zdarzają się od czasu do czasu produkcje niezbyt wyszukane, które jednak mogą się widzowi niesamowicie spodobać. Takim właśnie anime jest dla mnie „Ninin ga Shinobuden”, do którego to podchodziłem bez zapału – ot, akurat było, więc wziąłem i obejrzałem. Jedni się na ten tytuł zżymali, inni natomiast bardzo go chwalili. Co prawda do takich zażartych kłótni jak w przypadku „Elfen Lied” czy „Gantza” nie dochodziło, ale co tam – ważne, że anime wywołało choć trochę zainteresowania wśród miłośników japońskiej animacji, więc samo to przekonało mnie do obejrzenia go.
Fabuła jest nieskomplikowana; można posunąć się do twierdzenia, że przez większość odcinków fabuły jako takiej praktycznie nie ma. Dwie główne bohaterki, Shinobu i Kaede, poznajemy któregoś zwykłego wieczoru, kiedy to ta druga uczy się pilnie, aby następnego dnia dobrze wypaść na egzaminie. Niespodziewanie słyszy dobiegający ze swojego balkonu szmer, a po chwili do pokoju wchodzi – będąca święcie przekonana, że jest niewidzialna – dziewczyna, która od razu rzuca się do szafki z bielizną. Właścicielka pokoju nie daje sobie w kaszę dmuchać, więc już po chwili perswazji udaje jej się wyciągnąć od nieznajomej imię – Shinobu – oraz cel, dla którego zjawiła się w pokoju: dziewczyna należy do akademii ninja, a w tym momencie właśnie zdaje egzamin. Z wielu dostępnych testów najłatwiejszym wydało jej się zdobycie bielizny jakiejś uczennicy, toteż czym prędzej zabrała się do pracy. Kaede, której robi się żal Shinonu, będącej trochę podłamanej faktem, że jej misja może się nie powieść, daje nieszczęśniczce swoją bieliznę. Zadowolona wojowniczka znika, ale pojawia się niedługo później – w podzięce zabiera Kaede do swojej szkoły, w której dziewczyna poznaje bardzo nietypowego Onsakumaru-sensei oraz innych uczniów akademii.
Na fabułę składają się niepowiązane ze sobą krótkie historyjki, których bohaterami są Shinobu, Kaede, „superprzystojny” – jak sam o sobie mówi – Onsakumaru oraz pozostali ninja uczący się w owej niezwykłej akademii. Obserwować będziemy ich codzienne życie, np. jak organizują festiwal, grają w baseball, spotykają się z uczennicami żeńskiej akademii ninja itd.
Bohaterowie są niespecjalni. Mówiąc szczerze, jest to banda kretynów i oszołomów, pośród których znajduje się jedynie kilka normalnych postaci. Do pewnego czasu jedynym takim bohaterem jest Kaede, później pojawia się jeszcze Miyabi – sensei innej szkoły ninja – oraz jej uczennice. Onsakumaru i jego męscy podopieczni to zboczeńcy, myślący głównie o jednym (jeśli nie domyślacie się o czym, to podpowiem: w szafkach trzymają pornogazetki), więc Shinobu – jedyna dziewczyna do czasu, gdy zaczyna odwiedzać ich Kaede – ma ciężki los. Oprócz tego, że znosić musi różne zaczepki, to właśnie ona gotuje, bo mężczyźni nie mają do tego zbytniego talentu, utrzymuje jako taki porządek i w jakiś sposób dodaje tej obsadzie odrobiny normalności. Ale jakaż to normalność, jeśli hoduje sobie ona w ogródku Biollante? Poza tym też jest gamoniowata, ale nie aż tak jak faceci. Bohaterem, który spodobał mi się najbardziej, jest jednak Onsakumaru – żółte coś, wyglądające jak duża kulka z rękoma i nogami, potrafiąca dodatkowo mówić i latać. To chyba największy zboczeniec ze wszystkich bohaterów tego anime i prowodyr większości akcji, a do tego najśmieszniejsza postać w całej serii. Dodatkowym bohaterem jest jeszcze aligator mieszkający sobie w sadzawce w ogródku akademii.
Grafika jest przyzwoita, ale bez większych fajerwerków. Jest ładna, żywa i kolorowa, ale trochę skromna i oszczędna. W żaden sposób nie przeszkadza to jednak w oglądaniu – widz nie zaprząta sobie głowy szczegółami technicznymi, a po prostu dobrze bawi się oglądając bezsens – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – który wylewa się z ekranu. Animacje trzymają się na podobnym poziomie co grafika, toteż i im nic nie można zarzucić. Jeśli jednak chodzi o grafikę, to tym, co najbardziej mi się spodobało, jest ending będący collage’em różnych stylów – tradycyjnej animacji, modeli z plasteliny czy wycinanych z papieru bądź kartonu.
Bardzo przyzwoite jest także udźwiękowienie, z kapitalnymi seiyū na pierwszym planie. Nie gorsza jest także radosna i żywa muzyka, która towarzyszy całemu temu anime. Rzadko kiedy zdarza mi się oglądać serial bądź film, którego muzyka tak dobrze oddawałaby jego atmosferę. Jednak żeby nie było nieporozumień – muzyka jest ładna, ale do kompozycji tytanów (przesadziłem?) takich jak Joe Hisaishi, Yōko Kanno czy Kenji Kawai jeszcze tysiące lat świetlnych. A mówiąc o ładnie wpasowującej się w klimat serialu muzyce, powrócę jeszcze do endingu, który opatrzony został nieźle pokręconym kawałkiem pt. „Kurukururin” – sam tytuł doskonale o nim mówi. Osobiście byłem pod niemałym wrażeniem tego, że ja – miłośnik cięższych brzmień – dostałem takiego kręćka na punkcie tego popowego utworu, że mogłem go słuchać z uśmiechem na twarzy tyle razy, co inni „porowej piosenki” – spędziłem przy nim godziny, mając banana na mordzie, a do teraz mi się on nie znudził. Swoją drogą – wystarczy wysłuchać endingu, aby wiedzieć, co Cię czeka, jeśli zdecydujesz się oglądać to anime.
„Ninin ga Shinobuden” to seria służąca jedynie rozśmieszeniu widza i mająca zagwarantować mu parę godzin świetnej zabawy. To, jak tę serię oceni widz, zależy oczywiście od jego poczucia humoru; ja osobiście bawiłem się przy niej przednio. Co prawda mamy tu do czynienia z bandą zboczeńców, ale elementy ecchi czy fanserwisu zostały ograniczone jak tylko się dało, toteż nie będziemy narażeni na nie zbyt często. Jeśli ktoś lubi bezsensowne komedie, to gorąco zapraszam do sięgnięcia po to właśnie anime. Może niczym oryginalnym nas nie zaskoczy, ale dostarczy za to świetnej rozrywki. Jeśli szukasz jakiegoś oryginalniejszego anime, poleciłbym raczej „Dead Leaves”, również mocno pokręcone; jeśli szukasz czegoś ambitnego... sorry, nie to okno. Jeśli chcesz oglądać, proszę bardzo, jeśli nie – trudno. Ja swoje zadanie zrobiłem, więc pozwólcie, że teraz oddam się swojemu ulubionemu ostatnio zajęciu... Shūtata! shūtata! hurry up! kurukururin... Co tu jeszcze robisz? Zajmij się swoimi sprawami i daj mi pośpiewać! Kaisan