Space opera – gatunek w filmie i anime dość specyficzny, a ostatnio – za sprawą kilku seriali telewizyjnych – znów mocno rozpowszechniony. W kinie aktorskim możemy mówić już o klasykach tego gatunku, którego przedstawicielami są chociażby „Star Trek” (w formie najczystszej) bądź „Gwiezdne wojny” czy nawet „Diuna”. Twórcy anime mimo wyjątkowo dużego zainteresowania tematyką science-fiction w ogóle, niezwykle rzadko sięgają po ten podgatunek. Najbardziej znanym, a zarazem klasycznym i udanym przedstawicielem w japońskiej animacji, będzie prawdopodobnie seria „Crest / Banner of the Stars”. Nie wszystkim musiała się ona podobać, jednak swoistego wrycia się w podwaliny space opery w anime odmówić tej serii nie można.
To właśnie gatunek space opery miał się stać tłem dla nowej produkcji spod znaku Geneon Entertainment. Reżyserię tego obrazu poświęcono Takashiemu Watanabemu, znanego z reżyserii m.in. serii „Slayers” czy „Shakugan no shana”. Czy twórcom udało wnieść coś nowego w ten osobliwy podgatunek science-fiction? I o tym w dalszej części recenzji.
Akcja serialu rozpoczyna się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Na nowoczesnym statku Amateratsu należącym do planety Kibi kończy właśnie praktykę 73. klasa kadetów Uniwersytetu Obrony. Podczas powrotu na rodzinną planetę kadeci otrzymują straszną wiadomość – ich planeta została zaatakowana przez agresywne przymierze zwane Królestwem. Rząd Kibi, nie widząc szans na obronę, postanawia wydać akt bezwarunkowej kapitulacji. W tym samym czasie młodzi ludzie, kierowani nie do końca przemyślanym patriotycznym zrywem, postanawiają kontynuować walkę. Przy pomocy stacji telewizyjnej Galaxy Network zdobywają pieniądze na wykup statku i prowadzenie kosztownej partyzanckiej wojny. Jednak ceną za to będzie stworzenie z ich walki czegoś na wzór reality show i obnażenie ich z prywatności w tych dramatycznych chwilach. Tymczasem za sprawą telewizji sprawa załogi Amateratsu nabrała rozgłosu i zaczyna nabierać barw rozgrywki politycznej...
W trakcie trzynastu odcinków tej serii poznamy dość sporą liczbę bohaterów, a będzie to przede wszystkim załoga Amateratsu. Główną bohaterką nazwać można chyba jedynie Kōzuki Shinon, pierwszego oficera naszego statku. Obok niej na „mostku dowodzenia” spotkamy także urzekającą pięknem Hisakę, rozgarniętą okularnicę Miyuri oraz dowódcę statku Kanzakiego, który w kryzysowych sytuacjach zawsze musi radzić się Shinon. Z rozlicznych bohaterów, których przyjdzie nam poznać choć trochę bliżej, wymienić należy operatorkę mostka ogniowego Sanri, głównego „strzelca” Ameteratsu – Takaja, cichą Rennę, wpływową Rio Mamiyę, oficera naukowego i jedynego zawodowego żołnierza Yūkiego czy szefa mechaników Kōkiego zwanego przez wszystkich „staruszkiem” ze względu na jego opiekuńczość. Ze strony złowrogiego królestwa zaś najbliżej poznamy dwóch wojskowych: roztropnego admirała Elroya Dula oraz jego antagonistę dążącego do pełni władzy – Hansa Georga Hermanna. Przy tym wszystkim nie możemy zapomnieć o dwóch postaciach działających pod szyldem Galaxy Network – relacjonującą wszystko uczuciową Ditę Mirkob oraz cynicznego i pragmatycznego Petera Spikesa, dyrektora kanału.
Zarys fabuły, który przedstawiłem, bez wątpienia można nazwać interesującym. Ciekawy pomysł i niezły potencjał takiej opowieści zdecydowanie mogą zachęcić do seansu. Bądźmy jednak szczerzy – nie wszystko złoto, co się świeci... Motyw grupy młodych ludzi próbujących samotnie stawić czoła wojnie i dramatycznym wydarzeniom w kosmosie budzi spore skojarzenia z anime „Infinite Ryvius”. Tytuły te jednak są od siebie zbyt odległe pod wieloma względami, aby można było uznać je za tożsame w jakimkolwiek stopniu. O ile „Infinite Ryvius” w mojej ocenie w pierwszej kolejności był dramatem, a dopiero potem filmem akcji w kosmosie, o tyle w „Starship Operators” proporcje te są raczej odwrócone. Próbując dokonać oceny fabularnej tego tytułu należałoby więc oddzielić pewne jej kwestie i założenia. I tak tym tokiem myślenia ocenimy „Starship Operators” w pierwszej kolejności jako space operę pełną kosmicznych batalii. Z tej roli anime wywiązuje się bardzo dobrze. Batalie są dosyć interesujące i budzą jakieś napięcie. Ciekawe rozwiązania, czasami nawet racjonalne z punktu widzenia fizyka (tylko czasami oczywiście), powodują chęć zobaczenia kolejnych pomysłów naszych bohaterów. Dodatkowo wątek polityczny może nie jest wybitnie skomplikowany, lecz spełnia swoją rolę w sposób zadowalający. Twórcy mieli chyba jednak ambicje na stworzenie czegoś więcej niż dosyć dobrej space opery. Bez wątpienia chcieli tu wpleść przekonujący dramat o wojnie, pokazać jej „zwyczajną” brutalność i psychikę młodych ludzi, którzy nagle musieli się z tymi wydarzeniami zmierzyć. Pomysł jest jak najbardziej godny pochwalenia, a koncept samego anime mógł zapowiadać w tej materii nawet sukces. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że tak się nie stało, a realizatorzy ponieśli na tym polu niemalże klęskę. Nie zdecydował o tym jednak jedynie scenariusz (no, może poza zbyt skromnym ujęciem czasowym tego zagadnienia), a wiele elementów, które ogólny rys fabuły powinny wspierać. Zwroty akcji są poprowadzone w sposób nieprzekonujący, nie potrafimy za nimi nadążyć, przez co są nieco nierealne. Do tego przewidywalność owych „dramatycznych” zwrotów akcji jest momentami porażająca, nadając im wrażenie „kiczowatości”.
Duży udział w kompromitacji „Starship Operators” jako udanego dramatu mają słabo zakreśleni bohaterowie. Jak można się domyślić, z imponującej listy postaci, które przyjdzie nam poznać z pełnych personaliów (choć pozostawienie ich w cieniu nie byłoby dla anime jakimkolwiek uszczerbkiem), ciężko jest nam się z nimi identyfikować. Podejrzewam, że intencją twórców było tu przybliżenie niemal całego składu Amateratsu, aby przywiązać widza emocjonalnie do załogi jako całości. Przyznać jednak trzeba, że te skromne strzępy informacji, po jakich możemy poznać bohaterów, najczęściej z trudem wystarczą do określenia ich powierzchowności, nie mówiąc już o jakimkolwiek do nich emocjonalnym przywiązaniu. Sprawa nie ma się lepiej nawet w przypadku głównej bohaterki, która co prawda może wzbudzać sympatię, jednak od dobrego tytułu oczekiwałbym czegoś więcej. I tu chyba tkwi największa porażka tego tytułu. Wszak głównym katalizatorem dramatu zawsze powinni być bohaterowie, a więc gdy zabrakło odpowiedniego zarysowania ich osobowości, każde niewątpliwie smutne wydarzenie, jakie ich spotykało, było przez nas odbierane jako sztuczne i nieprzekonujące.
Podsumowując, tytuł jako science fiction nastawione na walki kosmiczne sprawuje się całkiem nieźle, jednak jako dramat – głównie ze względu na nieumiejętność dokładnego przedstawienia bohaterów – całkowicie się nie sprawdza.
Pod względem technicznym „Starship Operators” nie można nic zarzucić. Za animację odpowiedzialne było tu studio J.C. Staff – to samo, które w ostatnich latach znamy z takich tytułów jak „Revolutionary Girl Utena”, „The Melody of Oblivion” czy wreszcie „Honey and Clover”. Każdy, kto widział choć jeden z nich wie, że studio to wyrobiło sobie już pewna renomę. Tak jest i tutaj. Grafika jest szczegółowa i dokładna, choć zapewne niektórych razić może duże wykorzystanie renderingów. Osobiście uważam, że w charakterystycznym gatunku jakim jest space opera, wykorzystanie renderingów nie powinno być uważane za wadę, zwłaszcza że w większości (oczywiście pojawiają się i pewne zgrzyty) są to renderingi wysoko zdetalizowane. Robią wrażenie szczegóły np. ekranów elektronicznych czy takich drobiazgów jak chociażby trzymana w rękach gazeta. Walki kosmiczne wyglądają dosyć efektownie i estetycznie, animacja obiektów wykonanych w tradycyjnym sposobie zaś jest płynna i bez większych błędów. Razić może jedynie sterylność kolorystyki i scenografii. Wszystko lśni nowością i powiewa delikatnym przesłodzeniem.
Projekty postaci są bardzo miłe dla oka, choć nie da się ukryć, że elementy stroju (nie mające oczywiście nic wspólnego z praktycznością) są silnym ukłonem w kierunku męskiej części widowni. Twarze są narysowane estetycznie i nie mam do nich większych zastrzeżeń. Nie zauważyłem też jakiejś większej niekonsekwencji w projekcie postaci. Podsumowując, „Starship Operators” pod względem technicznym nie jest może majstersztykiem, ale jest to stosunkowo dobry kawałek animacyjnego rzemiosła.
Wartość klimatu w tym anime wypada raczej przeciętnie. O ile napięcie czasami budowane jest z przyzwoitym rezultatem, o tyle sceny w domyśle wzruszające nie wywoływały u mnie żadnych emocji. Zbyt często wyglądały one na ckliwe i banalne.
Muzykę do „Starship Operators” stworzył jeden z najbardziej znanych kompozytorów muzyki do anime – Kenji Kawai. Artysta ten ma na swoim koncie zarówno podkłady raczej słabe, poprzez przeciętne, aż po niemalże majstersztyki. I nie oszukując się, tym razem stary, poczciwy Kenji zarobił jedynie na tę drugą kategorię oceny. Muzyka ogólnie dobrze buduje klimat, utrzymana jest najczęściej w orkiestrowych, a czasami wręcz marszowych klimatach. Nie jest to jednak coś, czego chciałoby się słuchać wielokrotnie. Inaczej sprawa ma się w przypadku skomponowanego przez Tomoyukiego Nakazawę (ostatnio skomponował m.in. opening do „Higurashi no naku koro ni”), a wykonywanego przez Mami Kawadę, utrzymanego w dynamicznej konwencji openingu „Radiance”. Mimo swojej raczej przyziemnej wartości, doskonale wpisuje się w ogólny styl i konwencję serii oraz sprawia ogólne przyjemne wrażenie. Motyw zaś, który może całkowicie wynagrodzić braki na tle muzycznym, to skomponowany oraz wykonany przez KOTOKO, niesamowicie nastrojowy i spokojny ending „Chi ni kaeru ~on the Earth~”. W połączeniu z może niekoniecznie nowatorską, ale za to przyjemną w odbiorze projekcją, sprawia że nie odejdziemy od ekranu póki takowy utwór nie zakończy się.
Nadszedł, więc czas podsumowania. „Starship Operators” troszkę mnie rozczarował. Można było wyciągnąć z tego materiału coś znacznie lepszego, a tak pozostał jedynie wśród grona licznych anime, które do grupy „musisz obejrzeć” nigdy nie dotarły. Tytuł ten jednak, mimo bycia kiepskim dramatem o ludzkiej naturze (głównie ze względu na słabe osobowości postaci), jednocześnie jest dosyć przyzwoicie wykonaną i prowadzoną w dosyć ciekawy sposób space operą i jako taka jest godna polecenia. Odradzam tym, którzy za walkami w kosmosie nie przepadają – nie znajdą tu niczego innego, co byłoby godne uwagi. Polecam zaś przede wszystkim fanom tego podgatunku science-fiction. Nie jest to może tytuł wybitny, ale na pewno mogący im zapewnić trzynastoodcinkową miłą rozrywkę, na relatywnie dobrym poziomie.