Zanim nastolatki, także te w Polsce, zakochały się w serialowych bohaterach Shindō i Erim, było coś jeszcze. Oczywiście manga autorstwa Maki Murakami, ale także OAV, o którym teraz będzie mowa. Tak się jakoś złożyło, że mnie najpierw dane było obejrzeć serial, ale stratę odrobiłem i już spieszę, aby podzielić się wrażeniami po obejrzeniu OAV.
Wydarzenia z OAV rozgrywają się po tych przedstawionych w serialu (chociaż OAV powstało rok wcześniej). W Japonii odbywa się międzynarodowe wydarzenie muzyczne, Tōkyō Bay Music Festival, a reprezentantem Nipponu został ulubiony zespół Shūichiego – Nittle Grasper. Bad Luck tymczasem zbiera materiał na nową płytę, pojawia się jednak pewien problem – Shūichiemu zabrakło weny i na nic nie ma ochoty, ponieważ Eiri chłodno go ostatnio traktuje, toteż zespołowi nadal brak jest jakiejś superprzebojowej piosenki. Trudno napisać coś więcej o dwóch półgodzinnych odcinkach aby uniknąć ewentualnych spojlerów, więc powiem jeszcze tyle, że niektórzy będą się dwoili i troili, aby Shūichi wrócił do dawnej formy, a niektórzy... No cóż, niektórzy mogą wydawać się dla niego nieprzychylni.
Pierwsze, co zauważyłem podczas oglądania OAV: produkcja ta jest poważniejsza od serialu. Co prawda nie brakuje tu humorystycznych momentów, ale całość prezentuje się poważniej; zauważyć można także, że Shindō jest nieco dojrzalszy emocjonalnie.
Stronie technicznej niewiele można zarzucić, ponieważ całość trzyma przyzwoity poziom, jednak mimo wszystko do gustu bardziej przypadł mi pod tym względem serial. OAV utrzymane jest w ciemnej tonacji, trochę inny jest także chara design najważniejszych postaci. Jeśli zaś chodzi o bohaterów dalszoplanowych, to niektórzy widzowie będą mogli mieć problem z ich rozpoznaniem. Inny – dojrzalszy – wygląd postaci oraz ciemniejsza kolorystyka podkreślają dodatkowo poważniejszy charakter OAV.
Jeśli coś mogę zarzucić stronie technicznej, to przede wszystkim kiepskie animacje w trakcie wykonywania piosenek: ruchy ust są beznadziejne, a zachowanie postaci na scenie mało efektowne – kołyszą się albo podrygują, ale bardzo niemrawo; krótko mówiąc: zero poweru, co w przypadku rockowych piosenek nienajlepiej wygląda. Podobnie sprawa ma się z animowaniem publiki – przeważnie są to powtarzające się sekwencje.
Fabuła nie jest zbyt ciekawa, a poważnym jej problemem jest to, że praktycznie od początku wiadomo już, jak to się skończy. I chociaż twórcy starają się widza zwieść na manowce i czymś zaskoczyć, nie bardzo się to udaje. OAV nie jest tak emocjonujące jak serial – owszem, bez problemu da się przez to przebrnąć, ale podczas oglądania brakuje tego „czegoś”, co sprawiało, że od serialu nie chciało się oderwać.
Podobnie jak serial, OAV jest dobrze udźwiękowione. Co ciekawe, dopiero tutaj zauważyłem, że Tomokazu Seki, podkładający głos Shūichiemu, jest w tej roli po prostu bezbłędny i doceniłem wszystkich seiyū pracujących nad obiema produkcjami spod logo „Gravitation”. No, ale nie to jest to aż tak ważne, skoro mowa o anime muzycznym... Sprawa z muzyką ma się tu podobnie jak w serialu – bohaterowie wykonują j-poprockowe kawałki o miłości. Trochę zasmucił mnie fakt, że muzyka z serialu i OAV jest miejscami bardzo podobna, zwłaszcza że wykonywano inne piosenki, ale dało się to przełknąć. Można nie lubić tego typu muzyki, ale w tym anime moim zdaniem jest akceptowalna – nie wyobrażam sobie tutaj innego gatunku, a już zwłaszcza czegoś bardziej hardcore’owego.
Warto też wspomnieć, że dobrze ogląda się to anime w kinie domowym, nawet mimo dwukanałowej ścieżki – jedynej dostępnej na płycie DVD wydanej w Polsce.
Mimo poważniejszego charakteru, OAV i tak może momentami rozśmieszyć do łez. Fanki serialu nie muszą martwić się tym, że Shindō jest tutaj trochę dojrzalszy – nadal pozostaje nieokrzesany, a jego zachowania i wypowiedzi po prostu rozbrajają (jak podsumowują go bohaterowie: on jest niereformowalny...). Zastosowany został tutaj ten sam sposób rozśmieszania, co w serialu.
Jeśli chodzi o „Gravitation”, zdecydowanie bardziej wolę serial – jest bardziej na luzie, co odpowiada moim komediowym preferencjom. Wszystko w nim uważam za lepsze: muzykę, bohaterów, fabułę, grafikę, klimat itd. OAV można chyba polecić jako ciekawostkę tym, którzy wcześniej obejrzeli serial – zapoznanie się z „Gravitation” w odwrotnej kolejności może zniechęcić do serialu...