„Higurashi no naku koro ni” to świetny przykład tego, że tytuł czasami może zachęcić do oglądania. Czegóż można spodziewać się po anime, którego tytuł w wolnym tłumaczeniu brzmi gdy higurashi zapłaczą? Tego właśnie postanowiłem się dowiedzieć. Aby wszystko było w pełni zrozumiałe, małe wyjaśnienie: higurashi to cykady, które usłyszeć można wieczorem. Japończycy wierzą, że ich dźwięk symbolizuje smutek, żałość. Gdy się tego dowiedziałem, od razu pomyślałem o jakimś kiepskawym dramacie, ale po zapoznaniu się z opisem postanowiłem sięgnąć po tę serię – zapowiadało się ciekawie.
Na start odrobinę historii. Początki „Higurashi no naku koro ni” sięgają amatorskiej gry typu visual novel. Pierwsza jej część ukazała się w 2002 roku, ostatnia – w 2006. Seria okazała się bardzo popularna, więc w 2005 roku na jej podstawie powstała drama CD. W marcu 2006 roku wydano pierwszy tom mangi, a miesiąc później wyemitowano pierwszy odcinek anime, o którym traktuje ta recenzja.
Hinamazawa to mała mieścina, do której wraz z rodzicami przenosi się Keiichi Maebara. Miasteczko jest tak małe, że wszyscy – dzieci i młodzież – uczą się w jednej klasie miejscowej szkoły. Maebara zostaje przez koleżanki przyjęty do klubu, którego celem jest wspólne spędzanie czasu na grach i zabawach. Sielankowo, nieprawdaż? Na początku tak, ale wkrótce chłopak dowiaduje się, że kilka lat wcześniej doszło w Hinamazawie do bestialskiego mordu. Miasteczko miało zostać zalane, a mieszkańcy przesiedleni, aby w pobliżu powstać mogła tama. Na nic zdały się protesty mieszkańców i pisma do rządu. W końcu mieszkańcy wzięli sprawy w swoje ręce – zlinczowali i poćwiartowali osobę związaną z budową tamy. Nikt z mieszkańców nie chce o tym z Keiichim rozmawiać, ale chłopak czuje, że za tym wszystkim kryje się coś niedobrego. Wkrótce na jaw wychodzi, że było to tylko jedno z tajemniczych wydarzeń, do których doszło w mieścinie w ciągu kilku ostatnich lat... Wszystkie wiążą się z miejscowym festiwalem Watanagashi, odprawianym co roku ku czci boga Oyashiro.
Od razu należy się plus za fabułę. Serial powstał na podstawie amatorskiej gry – a wiadomo, co przeważnie wychodzi z tego typu produkcji – ale jest bardzo ciekawy. Oglądam sobie spokojnie pierwszy, drugi, trzeci odcinek i ciągle czekam na więcej – atmosfera się zagęszcza, wszystko robi się mocno pokręcone, ciągle pojawiają się jakieś nowe tajemnice... Jakież jest moje zdziwienie, gdy po czwartym odcinku wszystko nagle dobiega końca – ot, tak po prostu – ale mnóstwo wątków pozostaje niewyjaśnionych! Trochę skonfundowany sięgam po piąty, a potem szósty, siódmy i ósmy odcinek – przedstawiają one podobną historię, ale opowiedzianą z innej perspektywy. Bardziej skoncentrowano się na innych postaciach itd., no i mamy inny finał. Ale mimo wszystko opowieść ta rzuca światło na wydarzenia z poprzedniej, przez co tamta staje się jaśniejsza. Tak samo jest z kolejnymi odcinkami – podobna historyjka, ale trochę inne realia i nowe fakty. Wszystkie te opowieści łączy jednak kilka elementów, jak np. najważniejsi bohaterowie, coroczny festiwal, ofiary czy owa nieszczęsna tama. Każda z tych historii uzupełnia pozostałe, przez co wszystko staje się zrozumiałe. W późniejszych odcinkach przedstawione zostają także wydarzenia z niedawnej przeszłości miasteczka, aż w końcu wszystko zatoczy koło i wróci do jednej z historii opowiedzianej na początku. Właściwie bez waględu na to, którą opowieść wybierzemy za główną, pozostałe będą ją dobrze uzupełniać.
Serial został stworzony tak, aby widz przez cały czas czuł niepokój. Pierwszy odcinek jest przyjemny i można mieć wrażenie, że będzie to anime o chłopaku i kilku kawaii dziewczynkach. Później jednak wszystko się zmienia: dochodzi do tragicznych wydarzeń, po czym znów mamy nową historię, zaczynającą się od czegoś radosnego, ale ponownie kończy się to tragedią. Gdy zaczyna się następna historia widz już nie daje się nabrać na ładny początek – wiadomo, że tragicznym finałem tego będzie zabójstwo, że któryś z głównych bohaterów popadnie w obłęd lub wyrządzona zostanie mu jakaś nieprzyjemność etc... Stan niepokoju, oczekiwania na coś niedobrego będzie towarzyszył widzowi do samego końca, a twórcy nieraz pewnie go zaskoczą.
Za fabułę serial otrzymuje wysoką notę. Historie same w sobie są ciekawe, ale nie bez znaczenia jest tutaj sposób ich przedstawienia. Tarantino kręcąc „Pulp Fiction” udowodnił że chronologiczny nieład w opowiedzeniu jakiejś historii może okazać się lepszy niż sposób tradycyjny. Twórcom „Higurashi no naku koro ni” również udało się pokazać, że czasami dobrze jest oderwać się od sztywnych kanonów i poeksperymentować.
Rozdziały w anime łączą się ze sobą i stanowią mniej więcej spójną całość, dwa z nich zostały jednak pozbawione swojego odpowiednika. Prawdopodobnie związane jest to z samą grą – na ekran przeniesiono wszystkie cztery gry z serii „pytania”, jednocześnie ekranizując tylko dwie z serii „odpowiedzi”, które nie tłumaczą niczego jednoznacznie. Wszystko to może sprawiać, że po dwudziestym szóstym odcinku oglądający będzie miał w głowie mętlik albo odczuwał lekki niedosyt. Twórcom prawdopodobnie chodziło o to, aby zostawić sobie otwartą furtkę do zekranizowania pozostałych gier lub stworzenia jeszcze bardziej zaskakującego finału, gdyby serial dobrze się przyjął. A może po prostu był to zamierzony chwyt twórców, mający skłonić fanów do zastanowienia się i pogdybania nad niedokończonymi opowieściami?
W „Higurashi no naku koro ni” mamy wiele kontrastów. Początek pierwszego odcinka to jakieś morderstwo, jednak w późniejszej jego części obserwujemy już radosną atmosferę – piknik itd. Opening na samym początku jest przyjemny: kolorowe kwiaty i przyroda, ale już po chwili tę sielankową atmosferę burzy pojawienie się zakrwawionej dziewczynki, która zlizuje z rąk krew. Radosna atmosfera każdej historyjki prędzej czy później zostanie zaburzona przez coś nieprzyjemnego. Także bohaterowie potrafią zmienić swe oblicze w ułamku sekundy – z miłej osoby w nieprzyjemną czy budzącą lęk.
Przedstawienie bohaterów najczęściej wiąże się z jakością fabuły. Tutaj nie może być inaczej – wraz ze zmianą historii zmieniają się bohaterowie. Raz to oni są ofiarą, innym razem będą natomiast katem. Na początku każdej historii wszystko wygląda jednak podobnie – sielanka, która po jakimś czasie zostaje zmącona, a bohaterowie zaczynają mieć swoje tajemnice. Trudno coś więcej tutaj napisać, bo nawet bohaterowie, którzy przez większość czasu uchodzą za dobrych, potrafią pokazać różki – należy być po prostu przygotowanym na wszystko.
Graficznie serial jest trochę powyżej przeciętnej. Postaci są miejscami trochę za chude, ich twarze jakoś specjalnie nie zapadają w pamięć. Tła nierzadko są skromne i nijakie, podobnie prezentuje się reszta oprawy graficznej. Całość przez większość czasu utrzymana jest w bardzo jasnej kolorystyce, co koliduje z mroczną ogólną atmosferą całości – kolejny kontrast. Mimo tego nawet humorystyczne elementy, jak super deformed, którymi od czasu do czasu „częstują” nas twórcy, jakoś specjalnie nie zaszkodziły temu serialowi, a pomagały trochę rozładować atmosferę.
Muzyka jest dobra. W tle usłyszymy kompozycje, które starają się oddać – i robią to dobrze – klimat. Są mroczne i niepokojące, ale w odpowiednich momentach – chociażby humorystycznych i radosnych – także zastosowano odpowiednią muzykę. Mnie jednak szczególnie spodobał się opening – ciekawy kawałek, mogący miejscami kojarzyć się z muzyką do reality show takich jak np. „Wyprawa Robinson”. Ale to tylko na początku, ponieważ ogólnie jest to bardzo ciekawy popowy utwór. Jak już wspomniałem wcześniej, także grafika do openingu przedstawia się ciekawie.
Nie oszczędzono nam widoku krwi i różnych nieprzyjemności. Mimo iż oprawa graficzna jest przeciętna, przez co krew wygląda mało realistycznie, to przemoc niejednokrotnie pokazuje się tu bardzo „dosłownie”, obrazowo, wymownie – co wrażliwsi widzowie naprawdę powinni się zastanowić, zanim sięgną po ten tytuł. Przemocy w tym serialu nie należy kojarzyć z tanim efekciarstwem takiego chociażby „Elfen Lied”. Sceny z wyrywaniem sobie paznokci za pomocą specjalnej maszyny, różne tortury czy dziewczynka uderzająca głową o wystający nóż do najprzyjemniejszych widoków zapewne nie należą, nawet jeśli grafika nie jest najlepsza i nie potrafi tego realistycznie oddać. Ze względu na wyjątkowe okrucieństwo niektórych scen, redakcja postanowiła w trybie nadzwyczajnym nadać temu anime kategorię ‘od osiemnastu lat’, co dotychczas spotykało jedynie produkcje erotyczne.
„Higrashi no naku koro ni” zaintrygowało tytułem, ale spodobało się jako całość. Największą tego zasługą jest ciekawie poprowadzona fabuła – to właśnie nietypowe rozwiązanie poprowadzenia fabuły sprawia, że ciekawiej się ten serial ogląda. Trzeba doczekać do końca, aby złożyć wszystkie elementy każdej opowieści w całość, ale nie zawsze się to uda. Polecam zwłaszcza miłośnikom niepokojących i mrocznych klimatów oraz tym, którzy dość już mają chronologicznie ułożonych historii. Jak dla mnie jedno z najlepszych anime 2006 roku.