Wyciskacze łez to gatunek niezwykle popularny. Mamy ich wszelaką odmianę. Można sobie popłakać przy opowieściach o wspaniałych samurajach czy biednych stworzonkach z „laboratoryjną” przeszłością i manią wektorową. Mają one dla mnie jednak jedną wadę – mało któremu udaje się mnie wzruszyć. Do serii telewizyjnej „Kurau: Phantom Memory” podchodziłem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony historia wydawała się mieć potencjał, ponadto animacją zajęło się szanowane przeze mnie studio BONES. Z drugiej jednak strony obawiałem się opowieści o superbohaterce, która będzie musiała ratować świat. Ten drugi aspekt napełniał mnie trwogą, więc z lekkim drżeniem palców zabrałem się do oglądania kolejnej produkcji spod znaku science-fiction.
Akcja serialu rozpoczyna się w roku 2100 na skolonizowanym przez ludzi Księżycu. Doktor Amami, wzięty naukowiec, pracuje nad uzyskaniem nowych źródeł energii. Mimo sukcesów na polu zawodowym, życie naukowca nie jest łatwe. Po śmierci swojej żony, Eine, samotnie wychowuje córkę – Kurau. Z trudem próbując pogodzić życie zawodowe z rodzinnym, w dniu 12. urodzin Kurau, nie chcąc lub nie mogąc spełnić wcześniejszej obietnicy, zabiera ją do laboratorium. Jednak tym razem podczas kolejnego eksperymentu coś poszło nie tak... Badane złociste światło, które miało stać się nowym źródłem energii, wymknęło się spod kontroli i z całą siłą uderzyło w uśmiechniętą dwunastolatkę. Ta, ku rozpaczy swego ojca, rozpryskuje się na tysiące świetlistych płomyków, by po kilku sekundach wrócić do swej pierwotnej postaci. Jednak osoba, która jest teraz w ciele córki naukowca, nie jest już taka sama. Po dojściu do siebie oświadcza doktorowi, że jest inteligentną formą życia, która będzie teraz żyć w ciele jego córki. Tymczasem organizacja sponsorująca badania profesora zaczęła intensywnie interesować się wypadkiem w laboratorium...
Pomysł ciekawy, lecz do oryginalności raczej sporo mu brakuje. Obce istoty jako źródło energii?. Motyw już poruszany. Eksperyment poza kontrolą? Bez komentarza. Jednak wiele niebanalnych opowieści ma przecież swoje korzenie w banalnych początkach, a pierwsze odcinki doprawdy mogą wystawić na próbę niecierpliwego widza. Po kilku częściach, które zawiązują akcję anime, oś fabuły schodzi na zupełnie inny tor i skupia się na relacjach między głównymi bohaterkami, którzy muszą uciekać przed – oczywiście – bezduszną i do szpiku kości złą organizacją GPO. Trzeba przyznać, że twórcy musieli posiadać głęboką wiarę – wiarę w cierpliwość widza. Opinia ta wynika z faktu, iż przez kilka odcinków jesteśmy „obdarowywani” tuzinkowymi, żeby nie powiedzieć skrajnie nudnymi, opowiastkami, które nie wnoszą nic ani do fabuły, ani do postrzegania przez nas bohaterów. Jest to klasyczny przykład przeciągania serii, dłużyzny zaś to chleb powszedni widza spędzającego czas z tą produkcją. Podczas pseudofascynujących i nie trzymających w napięciu scen będziemy mogli oglądać długie ujęcia patrzących sobie w oczy bohaterek. Wzruszające? Chyba jednak nie. Właśnie w kwestii tej wysuwam pod adresem twórców kolejny zarzut. Zarzutem tym jest fakt nachalnych prób wzruszenia widza, w moim przypadku o efekcie niemalże odwrotnym. Co epizod dostajemy dawkę „dramatu”, który nie porusza. Bohaterki na przemian płaczą, rozczulając się dlatego że świat jest okrutny, innym razem, bo cudowny. Zresztą nie są w tym osamotnione, bo i pozostali nie powstrzymują płaczu przy byle okazji. Cierpią na tym sceny, które w normalnych warunkach mogłyby poruszyć, jednak w wyniku „znieczulenia” falą łez nie potrafimy ich odebrać w odpowiedni sposób. Czy więc fabuła „Kurau: Phantom Memory” okazała się ledwo dorastającym do miana przeciętności tanim wyciskaczem łez? Otóż, drogi czytelniku, nie do końca. Kiedy w drugiej połowie serii mamy do czynienia z pierwszym poważniejszym zwrotem akcji, sytuacja ulega pewnej poprawie. Od tego momentu kończą się dłużyzny, które przyprawiały o napady senności. Akcja staje się dosyć ciekawa i trzyma w napięciu. Mamy do czynienia z rozgałęzieniem fabuły i dostrzegamy jej skrzętnie psutą przez twórców atrakcyjność. Aż do ostatniego epizodu ogląda się z serię z zaciekawieniem i karci samego siebie za wcześniejsze myśli o przerwaniu oglądania tej serii.
Inna sprawa, że nie można było też przez zdecydowaną większość serii pozbyć się wrażenia niespójności i chaotyczności prowadzenia akcji. Wiele wątków napoczęto i nie zakończono. Szczerze mówiąc, część fabularną ratuje jedynie niezła końcówka serii. W podsumowaniu fabuły „Kurau: Phantom Memory” wypada raczej przeciętnie i bez polotu. Seria krótsza, a bardziej dopracowana, na pewno zasłużyłaby na więcej.
Głównymi bohaterkami serii są tytułowa Kurau oraz Christmas. Obie panie łączy stuprocentowo platoniczna i ciężka do sprecyzowania miłość, choć najbliżej ich relacjom byłoby chyba do bliskiego rodzeństwa. Obie są przedstawicielkami istot zwanych Rynax i tworzą charakterystyczną dla nich „parę”. To obserwowanie relacji pomiędzy bohaterkami będzie często wysuwać się na plan główny, choć moim zdaniem zabrakło w ich uczuciach jakiejś „głębi”. Mimo tych wad trzeba przyznać, że potrafią wzbudzić sympatię widza i nie działają na niego irytująco. Spośród osób, które nasze bohaterki spotkają, niebagatelną rolę odegrają funkcjonariusze GPO – byli, tacy jak Daug, i obecni, tacy jak Ayaka i inspektor Wong. Doktor Amami również będzie musiał podjąć ryzykowną grę o życie swojej córki. Nasze bohaterki spotkają jeszcze wiele epizodycznych postaci, które będą miały większy lub mniejszy wpływ na główną oś fabularną, ale rozpisywać się o nich nie ma sensu.
Cóż, z bohaterami tego anime istnieje nie lada problem. A problem ten nazywa się „dialogi”. Otóż twórca owych dialogów powinien się za swoją pracę co najmniej wstydzić. Są one sztuczne, nieciekawe i blisko im do poziomu wenezuelskich telenowel. Grzech jego jest tym większy, że postaci w tym anime posiadają ogromny potencjał osobowościowy, który został zaprzepaszczony, czyniąc bohaterów nieco sztampowymi i kartonowymi. Najgorzej ma się sprawa w przypadku głównych bohaterek, które najlepiej wypadały, gdy nic nie mówiły. Zresztą, ich ulubionym tematem rozmowy były na ogół wzajemne nawoływania swoich imion. Najciekawszą osobowością pochwalić może się chyba Ayaka – jej przemiana charakterologiczna była bardziej przekonująca, a całość postaci dosyć przemyślana. Pozostałe postaci pozostawały często bardzo niedopracowane, motywy ich działań były niewyraziste lub nieznane. Niestety, w ocenie ogólnej to, co chyba w domyśle twórców miało być siłą napędową serii, jest raczej „przeciętniakiem”.
Jeśli chodzi o grafikę, po raz kolejny zmuszony jestem dokonać rozdzielenia strony estetycznej i technicznej. Otóż jeśli chodzi o pierwszy aspekt, seria prezentuje bardzo przyjemne dla oka dekoracje, sterylne, a jednocześnie przytulne scenografie, które odpowiednio budują klimat. Dużą rolę odgrywa tu kolorystyka, która wprawia w beztroski i przyjemny nastrój. Z czysto technicznej strony nie prezentuje jednak nic nadzwyczajnego. Ciężko określić, czy ograniczenie liczby detali miało charakter celowy czy też nie. Całość okraszona jest wsparciem renderowanych obiektów, zaprojektowanych jednak na dobrym poziomie i łączących się z tradycyjną grafiką w sposób harmonijny.
Po studiu BONES spodziewać się mogliśmy ciekawych projektów postaci. I pozostaje faktem, iż są one niesamowicie przyjemne w odbiorze. Postaci ogląda się z przyjemnością, zwłaszcza patrząc na Christmas czy Ayakę. Widać są ludzie, na których można po prostu polegać.
Dla niektórych najsilniejszą stroną anime może okazać się klimat, na ogół pogodny i przyjemny, choć z przykrością stwierdzić muszę, że porcja sielanki czasami balansowała na granicy dobrego smaku. Nastrojowość jest wszechobecna. Gorzej z elementami dramatycznymi, które w wyniku nakładania się różnych czynników bywały sztuczne i nie potrafiły wprowadzić w odpowiedni nastrój.
Dla mnie chyba najbardziej udanym elementem tego tytułu jest muzyka. Mimo iż mało różnorodna, zawiera wiele ciekawych i naprawdę bardzo przyjemnych w odbiorze utworów. Skomponowana została przez Yukari Katsuki. Jest to nieznana w świecie anime założycielka grupy S.E.N.S. – zespołu instrumentalnego koncertującego po całym Kraju Kwitnącej Wiśni. I trzeba przyznać, że muzyka jest bardzo nastrojowa i stoi na wysokim poziomie. Wpadające w ucho i zapadające w pamięć utwory, począwszy od przyjemnego „Natsukashii umi” w wykonaniu Akino Arai, poprzez inne występujące w serii ciekawe motywy jak „Victim” czy świetny „Lonely Freedom”, aż po niezwykle nastrojowy „Moonlight”. Całość wykonywana jest głównie na instrumentach klasycznych, z licznymi gitarowymi wstawkami. Z soundtrackiem ma się ochotę obcować zdecydowanie dłużej niż z samą serią... Inna sprawa, że sama oprawa była konsekwentnie nadużywana. Nie mam nic do tego, aby większość scen była ilustrowana muzycznie, jednak musi ku temu istnieć dobra, a przede wszystkim liczna baza muzyczna. Niestety, twórcy postawili na ciągłe powtarzanie trzech motywów muzycznych i nie wyszło to samemu anime na dobre.
Niestety, w ostatecznym rozrachunku trudno uznać „Kurau: Phantom Memory” za tytuł w pełni udany. Nachalne próby wzruszenia widza, nieścisłości i niespójności fabularne i częste dłużyzny zepsuły niezły potencjał opowieści. Oczywiście uznanie tego tytułu za kiepski również nie byłoby sprawiedliwe. Może on się spodobać osobom łatwo wzruszającym się, których wymienione przeze mnie wady nie interesują. Ci jednak, którzy oczekują thrilleru na dobrym poziomie, będą raczej rozczarowani. Jedynym elementem, który może zaciekawić, jest specyficzny, ciepły klimat oraz pozytywna, choć może nieco naiwna wymowa tego anime. W ogólnym, uśrednionym rozliczeniu, trzeba chyba uznać tytuł za zwyczajnie przeciętny. Dobry na długie jesienne wieczory, kiedy wszystkie lepsze produkcje już się nam znudzą...