Pamiętacie państwo Vasha the Stampede’a i „Triguna” – szalone anime, którego to Vash był głównym bohaterem? Podobało się, prawda? Co prawda nie każdemu, ale tak jest zawsze – nie stworzono jeszcze rzeczy idealnej. Mniejsza jednak o to, bo coś mi się widzi, drodzy państwo, że znalazłem żeński odpowiednik Vasha – Rushunę Tendō, uśmiechniętą wojowniczkę (senshi). „Rushuna – wystrzałowa wojowniczka” to udana seria i można chyba zaryzykować stwierdzenie, że utrzymana trochę w konwencji „Triguna”. Tutaj też mamy elementy rodem z Dzikiego Zachodu, ale całość osadzona jest na gruncie japońskim w bliżej nieokreślonym czasie. Biegający swobodnie samuraje, budowa i wygląd miasteczek oraz budynków, ubiór niektórych postaci itd. pozwalają sądzić, że rzecz dzieje się jeszcze za czasów shōgunów. Ten piękny obraz burzy jednak sześciostrzałowiec Rushuny. Ale co tam jakiś sześciostrzałowiec! Co powiecie na uzi, strzelby, shotguny, karabiny maszynowe mocowane do rąk czy wielkie maszyny? W tym serialu ewolucja poszła w trochę inną stronę, ale nic to – zabawa jest przednia!
Zanim zacznę pisać o istotnych sprawach... Oryginalny tytuł serialu to „Gurenēda: Hohoemi no senshi”, czyli w wolnym tłumaczeniu „grenadier – wojowniczka uśmiechu”. Za nic nie mogę pojąć, dlaczego dystrybutor zdecydował się na z księżyca wziętą nazwę „Rushuna – wystrzałowa wojowniczka”, ale trudno, takie już jego prawo. W każdym razie... nie każdy pewne wie, co to właściwie jest ten cały „grenadier” (do niedawna sam nie miałem pojęcia), więc już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż grenadier to nic innego jak ‘piesza formacja, której zadaniem było miotanie granatów, członek tej formacji’. Pierwsze takie oddziały powstały w XVII wieku, później przekształciły się w jednostki atakujące bagnetami, a za czasów Napoleona Bonapartego zostały oddziałami gwardyjskimi. Podczas II wojny światowej wojska francuskie i niemieckie miały swoje oddziały grenadierów, przy czym Niemcy mieli grenadierów pancernych. Obecnie są to jednostki piechoty zmechanizowanej Bundeswehry lub żołnierze uzbrojeni w granatniki. Tutaj grenadier ma jednak zgoła inne znaczenie, ale o tym sza.
Szesnastoletnia Rushuna właśnie moczyła się w gorącym źródle, gdy w pobliże jej „wanny” zaplątał się Yajirō Kojima – samuraj w opałach. Dziewczyna, będąca litościwa dla każdego człowieka, udzieliła samurajowi schronienia w swoim źródełku. Gdy poszukujący Yajira panowie odeszli, ta przycisnęła go mocno do piersi (a jest do czego!) i obdarzyła uśmiechem, w ten sposób pozbawiając samuraja woli walki. W ten właśnie sposób stara się walczyć Rushuna – uśmiechem próbując zniechęcić przeciwnika do walki. I choć lepiej niż biegle włada rewolwerem, używa go jedynie w ostateczności, a do tego w taki sposób, aby jedynie zranić, a nie zabić. Gdy już oboje wygramolili się ze źródła, ruszyli w kierunku oblężonego zamku, który szturmem chciał zdobyć Yajirō i jego oddział. Młody samuraj przekonany jest, że Rushuna to tylko ładna dziewczyna z wielkim biustem, nie będąca w stanie walczyć, dlatego odradza jej zbliżanie się do zamku. Ta jednak nie chce odstąpić, ponieważ zamek stoi na drodze jej wędrówki, musi więc przez niego przejść. Na zamku przetrzymywany jest zakładnik, którego oddział Yajira usilnie starał się uwolnić – z drobną pomocą Rushuny udaje im się to. Młody samuraj postanawia przyłączyć się do dziewczyny.
Tak rozpoczyna się ich wspólna wędrówka, której celem będzie poprawianie losu ludziom oraz próba przekonania ich do tego, żeby zamiast walczyć, uśmiechali się. Co prawda Yajirō na początku nie wierzy w moc uśmiechu, ale czy ktoś przy zdrowych zmysłach mógłby oprzeć się tej słodkiej uradowanej twarzy? Na początku nasi bohaterowie trafiają do różnych miejsc, gdzie – mimo iż Rushuna rozdaje uśmiechy na prawo i lewo – przyjdzie im walczyć z kolejnymi przeciwnikami, jednak niedługo zacznie robić się ciekawiej. Za Rushuną rozesłany zostaje bowiem list gończy. Kto i dlaczego chce pozbyć się Rushuny? Jakie tajemnice skrywają jej mentorka Tenshi oraz Yajirō? Czy bez majtek, zgubionych w trakcie pojedynku, można walczyć dalej? Na te i inne pytania odpowiedzieć tutaj nie mogę, ale jeśli chcecie posłuchać o wrażeniach, oprawie graficznej i muzycznej, to zapraszam dalej.
Pomysł na fabułę do nowości ogólnie nie należy, ale twórcy „Rushuny” postarali się, żeby podać to w przyjemnej formie, co – moim zdaniem – im się udało. Chociażby sam sposób walki głównej bohaterki jest ciekawy: ciągle strzela, ale mimo to przez całą serię nie zabija ani jednej osoby, bo po prostu nie to jest jej celem. Do tego całość utrzymana jest w klimacie przyjemnej zwariowanej komedii, co jest dodatkowym atutem tego anime. Humor, często utrzymany w klimacie ecchi, czasami po prostu rozbraja oglądającego. Mnie osobiście spodobały się tekstowe pola, które w prawie każdym odcinku umieszczali twórcy, a które w jakiś żartobliwy sposób odnosiły się do tego, co obecnie działo się na ekranie, albo wojownik walczący pod wodą – jako że pod wodą trudno mówić, ciągle posługiwał się tabliczkami z tekstem.
Bohaterowie są dość ciekawi. Rushuna to na pozór cycata, trochę gapowata i przygłupia blondynka (o jej hojnym wyposażeniu już wspomniałem?), ale kiedy potrzeba, przeistacza się w prawdziwego wojownika. Co prawda i na polu walki przyjdzie jej zachowywać się mało rozważnie, ku uciesze widza, ale mimo to pojedynki traktuje jak najbardziej poważnie. Jak już mówiłem – strzela, ale nie zabija. Można powiedzieć, że Rushuna to taki donkiszot świata przedstawionego w anime – uśmiechem próbuje zwalczyć całe zło. Najbardziej zapadły mi w pamięć sceny, w których z miną wściekłego bullteriera podchodzi do przeciwnika i już wydaje się, że sięgnie po pistolet i będzie jatka, ale ona – ni z gruchy, ni z pietruchy – uśmiecha się do wroga! Byłem nie mniej zaskoczony niż jej przeciwnicy – przez tę groźną minę na chwilę zapominałem, z jakim anime mam do czynienia.
Inny jest Yajirō – na co dzień bardziej rozważny, przeważnie to on dba o to, żeby mieli gdzie spać lub coś zjeść. Mimo to również potrafi rozśmieszyć widza do łez, co zdarza się mu dość często. Jest on też postacią, która ma swoje tajemnice z przeszłości, co będzie ważne w drugiej połowie serii.
Reszta postaci została przedstawiona dość pobieżnie, a że ma to spory związek z zakończeniem, nie będę ich tutaj opisywał. Wspomnę tylko, że sporą rolę odegrają także królowa Tenshi i Kaizan Dōshi, zwany także clownem.
Ładna jest muzyka. Na początku mamy bardzo ładny spokojny opening – „Kohaku”. Piosenka spodobała mi się tak bardzo, że openingu nie pomijałem, co zdarza mi się niezwykle rzadko. Muzyka stanowiąca tło wydarzeń to ciekawe połączenie... latynoskich gitar i muzyki dyskotekowo-klubowej. Przeważnie w czasie walk słyszymy owo dyskotekowe brzmienie, a gitary pojawiają się od czasu do czasu i jako dodatek do eyecatcha. Jednak poczekajmy do momentu, gdy gitary i dyskoteka się połączą i będą brzmiały wspólnie – dość ciekawe połączenie. Oprócz tego pojawiają się także niezwiązane z tym motywy, które jednak jakoś niespecjalnie zapadły mi w pamięć.
Pod względem graficznym serial prezentuje się przyzwoicie. Bardzo spodobały mi się projekty postaci, zwłaszcza dwójki głównych bohaterów. Co prawda monstrualnych rozmiarów biust Rushuny wygląda niepoważnie i momentami wprost przeczy prawom grawitacji, ale po pewnym czasie przyzwyczaja się do tego elementu i marzy o tym, aby i nas główna bohaterka przytuliła do piersi. Serial utrzymany jest w jasnej i przyjemnej kolorystyce. Z bliska elementy takie jak domy, zamki czy drzewa wyglądają przyzwoicie, jednak gdy pokazywane są z daleka, ich jakość niestety spada o kilka klas. Ładne są także animacje, nie zabraknie chociażby pocisków lecących w matriksowym stylu.
W serialu nie zabrakło elementów ecchi. Już sam biust Rushuny jest ukłonem w stronę samców oglądających to anime, ale do tego dochodzi jej zamiłowanie do gorących kąpieli, w czasie których będziemy ją oglądali, czy pocisków, które wyskakują... No właśnie – Rushuna nie nosi stanika, więc ciekawi mnie, jak ogromna ilość pocisków zmieściła jej się w dekolcie? A właśnie zza dekoltu owe pociski wyskakują, a bohaterka jednym zamachem bezbłędnie załadowuje nimi rewolwer. Oczywiście nie mogło zabraknąć także hentaja, którzy przez dziewięćdziesiąt procent czasu myśli o kobietach, a konkretniej – o ich ciałach. Takich elementów było tutaj więcej – są one jednak utrzymane na pewnym poziomie i nie mogę powiedzieć, żeby przekraczały one tzw. granicę dobrego smaku.
„Rushuna – wystrzałowa wojowniczka” to zwariowana i bardzo dobra komedia. Co prawda fabularnie nie jest to mistrzostwo, ale mimo wszystko oglądało się ją bardzo dobrze. Zwariowani bohaterowie, mnóstwo pokręconych akcji, multum humoru i dobra muzyka składają się na przyjemną i wartą obejrzenia serię. Aha, czy wspominałem już o gigantycznych piersiach? Miłośnikom zwariowanych komedii i dużych biustów jak najbardziej polecam. Jak dla mnie jedną z najpoważniejszych wad tej serii jest jej długość – dwanaście odcinków to zdecydowanie za mało: dopiero na dobre zacząłem się wkręcać, a już trzeba było się z tym wszystkim pożegnać. A na kontynuację, niestety, się nie zanosi. Może kiedy pan Sōsuke Kaise napisze więcej tomów mangi, na podstawie której serial powstał?