„Księżniczka mononoke” i „Spirited Away: W krainie bogów” – te dwa tytuły znane są na całym świecie nie tylko fanom anime, ale także filmowym koneserom oraz wielu zwykłym oglądaczom filmów. Zbierają one pochwały za niemalże każdy swój aspekt. Osoby nie związane z anime niekoniecznie muszą jednak wiedzieć, że Hayao Miyazaki już kilkadziesiąt lat wcześniej kręcił równie wspaniałe filmy. Mimo to warto, aby i oni sięgnęli po „Laputę”, „Nausicę” czy seriale o przygodach Conana albo Lupina III, które to były początkiem jego reżyserskiej kariery.
Tysiące lat po upadku wielkiej przemysłowej cywilizacji ziemię pokrywają rdzewiejące szczątki i toksyczne gazy, zagrażające i tak już osłabionemu gatunkowi ludzkiemu – takim oto wprowadzeniem rozpoczyna się „Nausicaä”. Nasza populacja znacznie się zmniejszyła, ludzie żyją z dala od śmiercionośnego dla nich Ugoru, po którym poruszać można się wyłącznie ze specjalnym wyposażeniem – ochronnymi ubraniami i maskami. Jedną z ludzkich osad zamieszkuje młoda księżniczka imieniem Nausicaä. Nie jest to jednak typowa następczyni tronu, ponieważ wiele czasu poświęca wypadom na swojej lotni, często zapuszczając się w toksyczny Ugór. Któregoś wieczoru na terenie jej osady rozbija się zagraniczny samolot; ludność ratuje ocalałych pasażerów i grzebie tych, którzy nie przeżyli katastrofy. Niedługo później osada Nausiki zostaje zaatakowana, a król – ojciec głównej bohaterki – ginie. Nausicaä, nie chcąc więcej śmierci, godzi się na warunki agresora, chcącego zniszczyć Ugór. Jak się jednak okazuje, zniszczenie go może być jeszcze gorsze niż jego istnienie...
„Nausicaä” jest filmem ekologicznym – tutaj, podobnie jak w np. „Księżniczce mononoke”, ludzka cywilizacja mierzy się z siłami natury. Film ten można odebrać dwojako: nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby wziąć go dosłownie jako ciekawą historię, dobrze jest jednak pomyśleć o nim jako o metaforze i zastanowić się, ile w tym wszystkim jest prawdy. No bo popatrzmy na przykład: ōmu to przyroda, a igranie ludźmi z nimi może przynieść im zagładę, podobnie jak igranie z przyrodą. W obecnych czasach jest to jeszcze bardziej aktualne niż dwadzieścia lat temu, w końcu dziura ozonowa rośnie coraz bardziej, z każdym rokiem topnieje coraz więcej lodowców... A to wszystko jest wyłącznie winą człowieka, niestety. Nam jednak natura nie wybaczy – jeśli nie będziemy o nią dbali, przepadniemy w mrokach dziejów niczym lata temu dinozaury. Jeśli mowa o metaforyce i przyrodzie, warto też zastanowić się nad Ugorem, nie będę wnikał w szczegóły, bo może to popsuć zabawę tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli.
Podobnie jak we większości filmów Miyazakiego, główną bohaterką jest silna młoda dziewczyna, u boku której staje jakiś młodzieniec. Bohaterka jest silna w dwojakim sensie: San, Chihiro czy Sophie miały silny charakter, jednak ta pierwsza była także silna w sensie fizycznym. Ze wszystkich tych bohaterek Nausice najbliżej jest chyba właśnie do San. Tak jak ona, jest księżniczką (San może nie była nią do końca, ale tak zwykło się ją nazywać), no i odznacza się niezwykle silnym charakterem, także fizycznie jest bardzo sprawna. Również spełnia funkcję pośrednika pomiędzy ludźmi a światem przyrody. Ważnych bohaterów jest tutaj kilku, jednak to na Nausicę zwraca się najwięcej uwagi, resztę można potraktować jako elementy popychające fabułę do przodu. Na pewno jest to krzywdzące stwierdzenie, jednak tak odebrałem inne postaci. Oczywiście nie znaczy to, że są one złe – mają swoje osobowości, wyraźne motywy działania, więc trudno jest im coś zarzucić.
Jak na swoje lata film prezentuje się bardzo ładnie pod względem technicznym – po Miyazakim nie można spodziewać się niczego innego! Widać tutaj jego styl, który do dziś niewiele się zmienił. Co prawda projekty postaci mogą się nie spodobać, ale przepiękne i szczegółowe krajobrazy, bogate scenografie oraz ładne animacje z pewnością zachwycą wiele osób. Może i ząb czasu leciuteńko „nadgryzł” tę produkcję, ale mimo to zachwyca ona nawet dwadzieścia lat od czasu swojego powstania.
Kompozytorem muzyki jest Joe Hisaishi, od dawna współpracujący z Miyazakim; stworzył on muzykę także do poprzednich filmów reżysera. Przeważnie muzyka była w nich najwyższych lotów: świetnie współgrała z całością filmu, słuchać chciało się jej także osobno, poza filmem. W przypadku „Nausiki” niestety nie mogę tego powiedzieć – Hisaishi zdecydował się na użycie syntezatorów, przez co często usłyszeć możemy sztuczne dźwięki psujące trochę przyjemność z oglądania. Nie wiem, co podkusiło go do sięgnięcia po syntezator, nie było to jednak trafione posunięcie. Poza tym muzyka prezentowała się przyzwoicie, chociaż – zapewne niepotrzebnie – mam zastrzeżenia do dziwnego śpiewu pojawiającego się w niektórych scenach filmu, np. w zbożu czy pod koniec.
Mówiąc krótko: film bezwzględnie wart jest obejrzenia, zarówno przez fanów anime, jak i „zwykłych śmiertelników”! Miyazaki także kilkanaście lat temu potrafił stworzyć anime, które zachwycić może widza w każdym wieku – w XX i XXI, młodego i starego.