W 1983 roku ukazała się pierwsza z nowel Hideyukiego Kikuchiego opowiadająca o przygodach dhampira imieniem D. Od tego czasu powstało siedemnaście części, dwie z nich zostały zekranizowane jako anime. Jedna to bardziej znana „Żądza krwi”, wydana w 2000 roku. Zyskała sobie ona uznanie sporej grupy fanów japońskiej animacji na całym świecie. Wiadomo, że piętnaście lat wcześniej powstało pierwsze anime na podstawie noweli Kikuchiego, jednak z jakiegoś powodu wersja ta jest mniej znana – moim zdaniem, całkiem słusznie.
„Vampire Hunter D” powstał na podstawie pierwszej części noweli, noszącej ten sam tytuł. Akcja rozgrywa się w roku 12090 w postnuklearnej rzeczywistości, gdzie wampirza „szlachta” terroryzuje ludzkość. Siedemnastoletnia Doris Lang, córka łowcy wilkołaków, ugryziona zostaje przez bardzo starego wampira, hrabiego Mangusa Lee (nazwisko powstałe z połączenia postaci hrabiego Mangusa z opowiadania Montague’a Rhodesa Jamesa i Christophera Lee – aktora, dawniej grającego wampira w horrorach wytwórni Hammer). Niechybnie czeka ją przemiana w krwiopijcę, dlatego wynajmuje ona D, aby pokonał hrabię – dzięki temu nie przejdzie „na drugą stronę”. To jednak nie wszystko, ponieważ hrabia chce ożenić się z Doris, czemu wyraźnie przeciwna jest jego córka, Larmica (ananim imienia Carmili – wampirzycy, bohaterki dziewiętnastowiecznej powieści Josepha Sheridana le Fanu).
Owa wersja nazwana została mrocznym futurystycznym romansem science-fiction, co doskonale określa tę produkcję. Jest to przede wszystkim film, w którym ważna jest akcja i przygoda, jednak także na wątek romansowy położono duży nacisk – zdaje się on być jeszcze bardziej zarysowany niż w „Żądzy krwi”. Mimo to, mówiąc szczerze, całość jest dość przewidywalna, i – co najgorsze – nudna, chociaż trwa około osiemdziesięciu minut. Połączenie romansu, science-fiction, elementów horroru i spaghetti westernu zdecydowanie nie wyszło tej produkcji na dobre. Co ciekawe, w „Vampire Hunter D: Żądzy krwi” te same elementy zlały się w jakąś ciekawą całość – dlaczego nie wyszło to piętnaście lat wcześniej?
Produkcja ma swoje lata, dlatego pod względem technicznym nie prezentuje się dobrze. Animacje są kiepskie i mało przekonujące, a scenografie często sztuczne i „płaskie”. Nie zadowala także chara desing, zwłaszcza Doris – rzekomo ma być ona bardzo piękną dziewczyną, wygląda jednak jak babochłop. Jest to jednak moja osobista ocena, ponieważ projekt postaci w tym filmie to sprawa indywidualna – jednym podobają się te postaci z lat 80., inni za nimi nie przepadają. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy, więc stąd też niska ocena za ten element.
Zdrowo przesadzone są sceny gore’owe: krew jest sztuczna, jej „zachowanie” charakterystyczne jest dla „Kill Billa” – leje się niczym woda z fontanny. Za plus można uznać chyba to, że twórcy starali się choć trochę oddać wygląd wnętrzności – flaków, szkieletu itd.
Muzyka jest kiepska, nie bardzo pasuje do tego OAV: utwory nie zachwycają swoim brzmieniem, nie uzupełniają też scen, które obrazują – są takim irytującym dodatkiem. Czasami muzyka ma być „mroczna”, innym razem jest za to „radosna” – moim zdaniem za duży to rozrzut jak na jeden tytuł.
Film nie ma także klimatu „Żądzy krwi” – jak już powiedziałem, całość jest nudnawa, nie potrafi wciągnąć tak jak późniejsza wersja przygód D. Jest to zasługa zarówno nienajlepszej fabuły, jak i oprawy technicznej – muzyka nie buduje ani nie uzupełnia tutaj klimatu. Poza tym, postaci są niemrawe i „płaskie”, zarówno emocjonalnie, jak i pod względem charakteru – nie ustrzegł się tego nawet D.
„Vampire Hunter D” przegrywa z wersją powstałą kilkanaście lat później, nie sprawdza się także jako anime ogólnie – kiepska strona techniczna, słabe postaci i nuda powodują, że w pamięci raczej nie pozostawi dobrego wrażenia, a co najwyżej mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli wcześniej obejrzało się młodszą wersję. Osobom, które widziały film Yoshiakiego Kawajiri, polecić mogę jako ciekawostkę, ale zaznaczam: nie spodziewajcie się niczego rewelacyjnego, bo raczej tego nie doświadczycie; radzę poważnie się zastanowić, zanim sięgniecie po tę wersję. Natomiast osobom nie zaznajomionymi jeszcze z D nie polecam w ogóle – zdecydowanie lepiej obejrzeć film z 2000 roku, a dopiero później ewentualnie zabrać się za OAV.