Leiji Matsumoto to postać, która z anime związana jest od bardzo dawna. Początki jego kariery przypadają na pierwszą połowę lat 70. XX wieku, kiedy to w Japonii rosło zainteresowanie anime, zwłaszcza serialami telewizyjnymi. Szczyty popularności osiągały wtedy takie produkcje jak „Janguru taitei” Osamu Tezuki czy „Lupin-sensei” Hayao Miyazakiego. Pierwszym poważnym projektem Matsumota była space opera „Uchū senkan Yamato” z 1974 roku, która szybko zyskała popularność i uznanie wśród Japończyków. Produkcja spodobała się także Amerykanom, którzy później przerobili ją wedle własnego uznania i wypuścili na swój rynek. Od tamtego czasu Matsumoto nie próżnował: napisał scenariusze do ponad czterdziestu produkcji, kilka także wyreżyserował – były to głównie kontynuacje „Yamata”. Związany jest także z muzyką, zobrazował na przykład tetralogię „Pierścień Nibelunga” autorstwa Richarda Wagnera. Ważniejsze teraz jest jednak to, że nakręcił kilka teledysków dla francuskiej grupy muzycznej Daft Punk – od tego zaczniemy właściwą część recenzji. „Interstella 5555” jest czymś jakby „fabularyzowanym koncertem” lub wydłużonym do ponad godziny teledyskiem Daft Punku. W filmie, poza krótkim wstępem reżysera i tekstami piosenek, nie pada ani jedno słowo – absolutnie żadnych dialogów! Chociażby z tego względu „Interstella 5555” jest produkcją intrygującą.
Ciężko streścić jest fabułę, aby za dużo nie zdradzić. W innej galaktyce znajduje się planeta, na której mieszkają niebieskoskóre istoty. Chociaż ich skóra ma kolor odpowiedni dla smurfów, fizycznie przypominają one ludzi. Początek filmu przywodzi na myśl 17. księgę przygód „Tytusa, Romka i A’Tomka”, kiedy to główny bohater trafia na planetę zamieszkaną przez niezwykle umuzykalnione stworzenia. Podobnie jak w owym tomie „Tytusa”, cała ludność planety może oddać się tańcowi, słuchając swojego ulubionego zespołu. I właśnie podczas jednego z takich koncertów, kiedy wszyscy doskonale się bawią, planeta zostaje napadnięta – agresorzy porywają członków Zespołu. Jak się okazuje, trafiają oni na Ziemię, gdzie pewien zachłanny Producent poddaje ich praniu mózgu i czyni supergwiazdami. Z odsieczą rusza bezimienny Bohater w swoim pojeździe kosmicznym wyglądającym niczym gitara.
Powiedzenie czegokolwiek więcej byłoby już spojlerowaniem, jednak i tak nie wiem, czy nie zdradziłem już za wiele. Fabuła może nie jest specjalnie oryginalna, jednak całość potrafi to wynagrodzić. Można potraktować to anime jako ironiczne ukazanie współczesnego showbiznesu, w którym to dla producentów oraz menedżerów bardziej liczą się pieniądze, nagrody i osiągnięcie sukcesu medialnego, niż piękno i potęga muzyki oraz poważne zainteresowanie ze strony osób chcących jej słuchać. Pokazane zostają wszystkie etapy kariery – od samego jej początku, kiedy to zespół powstaje (tutaj w dość niespodziewanych okolicznościach), debiutuje, podbija szczyty list przebojów, znajduje sobie fanów. Kiedyś następuje jednak moment, w którym to wszystko przestaje już być dobrą zabawą, a staje się udręką: praca non-stop, brak prywatności, przebywanie bez przerwy z tymi samymi ludźmi... Jest to obraz dość prawdziwy, a jednocześnie – jak to powiedział nasz redakcyjny kolega Argentum Astrum – metaforycznie stara się ukazać upadek moralny współczesnego showbiznesu.
Trudno jest powiedzieć cokolwiek o postaciach: brak jakichkolwiek dialogów powoduje pewien problem z rozwinięciem ich osobowości. Co gorsza, jedynie członkowie Zespołu zostali nazwani po imionach, innych określać możemy jedynie mianami Producent czy Bohater. Jeśli miałbym powiedzieć coś o postaciach, zdecydowałbym się na stwierdzenie, że główni bohaterowie są symbolami – Zespół odzwierciedla współczesny świat muzyki i wszystkich jego artystów; ale to nie wszystko, ponieważ można pod to podpiąć także inne dziedziny rozrywki, chociażby aktorów filmowych. Producent to natomiast metafora – trudne słowo – reguł rządzących showbiznesem. Trudno jest mi tutaj rozpatrywać każdą postać indywidualnie, ponieważ ogół traktuję właśnie jako jedną wielką przenośnię. Postacią, o której można napisać by coś osobnego, jest Bohater, który rusza na pomoc Zespołowi. Jest to co prawda typowy bohater, ale – gdyby się zastanowić – potwierdza powiedzenie, że prawdziwy bohater zawsze pozostaje anonimowy. Pomaga Zespołowi, jednak widz w ogóle nie poznaje jego imienia. Z Bohaterem związany jest także inny symbol, a mianowicie gitara, która to od kilku pokoleń jest dla młodzieży symbolem wyzwolenia i autentyczności. Zapewne nieprzypadkowo reżyser nadał pojazdowi Bohatera kształt gitary, dla Zespołu będącej symbolem wyzwolenia.
Jako ciekawostkę wspomnieć można, że w jednej ze scen pojawiają się... członkowie Daft Punku. Zobaczyć można ich na gali rozdania nagród, przyodziani są oni w charakterystyczne dla siebie stroje robotów.
Przeglądając screeny do filmu, na których widniały niebieskie ludziki, trochę się przeraziłem – sam jeden taki obrazek potrafił zniechęcić mnie do sięgnięcia po „Interstellę”. Mimo to ktoś przekonał mnie, że warto po tę produkcję sięgnąć – jak się okazało, było to słuszne posunięcie. Oprawa graficzna wcale nie jest zła, powiem więcej – dla mnie jest bardzo ładna i przyjemna. Nawet sceny, w których wykorzystano komputery, nie odstają od całości i nie rażą. Było co prawda kilka słabszych scen, jednak jakoś niespecjalnie zwróciłem na to uwagę. Całość utrzymana jest w przyjemnej kolorowej tonacji.
Tym, czego nie może zabraknąć w recenzji takiego filmu, jest oczywiście muzyka. Wypełnia ona prawie cały film, przez osiemdziesiąt minut projekcji zobaczymy tylko kilka scen, w których zamiast niej słyszymy inne odgłosy – padający deszcz, pisk opon, eksplozję samochodu... Wszystkie wykorzystane w filmie utwory pochodzą z wydanej w 2001 roku płyty „Discovery” zespołu Daft Punk, o którym to wspomniałem na wstępie. Ów zespół wykonuje muzykę z pogranicza house’u i dance’u. Można, tak jak ja, nie lubić takiej muzyki, jednak na pewno słyszało się kiedyś kawałek „One More Time” albo „Harder, Better, Faster, Stronger” – jeśli nie jest się w temacie, trudno je co prawda skojarzyć z konkretnym zespołem, jednak gdy tylko usłyszy się je w tym filmie, od razu wiadomo, że skądś już to znamy. Na albumie znalazło się czternaście utworów, wszystkie można usłyszeć w filmie. Napisom końcowym towarzyszy dodatkowo remix utworu „Aerodynamic”.
Jak już powiedziałem, nie przepadam za takimi brzmieniami, jednak muszę przyznać, że tutaj muzyka bardzo mi odpowiadała. To coś takiego, jak w przypadku „Samurai champloo” – można nie przepadać za hip-hopem, jednak sporo osób zgadza się, że taka muzyka pasuje do owej serii. W „Interstelli” zaskakujące jest to, że każdy utwór został idealnie dopasowany do sekwencji, której jest tłem. I tak na przykład na początku, podczas koncertu na rodzinnej planecie Zespołu, w tle słyszymy „One More Time” – rytmiczny i wpadający w ucho kawałek, świetnie pasujący do wielkiego koncertu, na którym bawi się wielu mieszkańców planety. Gdy pokazywany jest szybki rozwój kariery Zespołu na Ziemi, za tło służy utwór „Crescendolls” (taką na Błękitnej Planecie nadano Zespołowi nazwę) – także szybki, jak droga Crescendolls na szczyt. Jeśli zwróci się uwagę na teksty piosenek, zauważymy czasem, że i one pokrywają się z akcją filmu: gdy Bohater na pokładzie swojego statku śni, że spędza cudowne chwile z kobietą, którą kocha, w tle usłyszeć można słowa Last night I had a dream about you. In this dream I’m dancing right beside you and it looked like everyone was having fun. The kind of feeling I’ve waited so long.
„Interstella 5555” to anime naprawdę ciekawe i chyba właśnie jako ciekawostkę poleciłbym obejrzenie go. Można stworzyć film bez ani jednej linijki dialogu, który ma interesującą fabułę; nie można jej jednak rozpatrywać dosłownie – należy raczej doszukać się w niej „drugiego dna”. Jeśli weźmiemy ją całkiem serio, rzeczywiście nie jest ona zbytnio ciekawa i interesująca, jednak kiedy spojrzymy na nią z innej strony, sytuacja się zmienia. Matsumoto stworzył przyjemny i interesujący film, sprawdzający się także w warstwie wizualnej i dźwiękowej. Jeśli chcesz zobaczyć coś „innego”, wykraczającego poza przyjęte kanony, gorąco polecam „Interstellę 5555”.