Powstałe na podstawie mangi Tetsuyi Egawy sześcioodcinkowe OAV „Goldenboy” to – jak się okazało po obejrzeniu – produkcja dość ciekawa, będąca dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałem się typowego ecchi, nie mogłem więc wyjść z podziwu, gdy okazało się, że „Goldenboy” to zgrabne połączenie ecchi, dramatu, komedii, prozy życia i czegoś w rodzaju kina drogi.
Kintarō Oe, lat dwadzieścia pięć. Wyrzucony z wydziału prawa na Uniwersytecie Tokijskim, przedtem zdążył jednak zdać testy pozwalające mu podjąć pracę. Od tego czasu bez ustanku zmienia pracodawców, ucząc się życia. Jadąc na swoim ulubionym rowerze przemierza wzdłuż i wszerz całą Japonię. Być może któregoś dnia uratuje kraj, albo cały świat? – tym krótkim epilogiem pierwszego odcinka można określić ogólny zarys fabuły „Goldenboya”. Nie jest ona ciągła, każdy z sześciu odcinków opowiada osobny epizod z życia Kintara, w każdym spotyka on jakąś dziewczynę. Raz potrącony zostaje przez właścicielkę ferrari, kiedy indziej spotka się z córką lokalnej szychy itd. W miejscu, gdzie na jakiś czas zatrzymuje się i znajduje zatrudnienie, poznaje nowych ludzi, pomaga im itd. Ot, po prostu kawałek prawdziwego życia, trochę podkolorowany i przesadzony – nic dodać, nic ująć.
Minusem strony fabularnej jest brak jakiegoś ciekawego zakończenia, co pozostawia spory niedosyt. Trudno jednak oczekiwać od produkcji, która tak naprawdę nie ma właściwego początku, aby miała porządne zakończenie.
Kintarō jest erudytą – mimo iż porzucił prawo, posiada rozległą wiedzę z różnych dziedzin. W jego długiej podróży nie rozstaje się z notesem, swego rodzaju „księgą życia”, w którym zapisuje swoje spostrzeżenia, doświadczenia, przeżycia, kontakty itd. Wiedzę z różnych kategorii chłonie niczym gąbka – bez problemu uczy się robić makaron czy programować w języku, z którym dotychczas nie miał styczności. Przystosowuje się nie tylko umysłowo, ale i fizycznie, dlatego jeśli dostanie wystarczająco dużo czasu, przejdzie trening tak intensywny, że byłby w stanie równać się z mistrzem pływactwa. Poza tym jest człowiekiem otwartym i serdecznym oraz altruistą; potrafi przedłożyć swoje szczęście, zdrowie czy reputację dla szczęścia innych, dla ich dobra może kajać się na kolanach, nawet jeśli sam będzie z tego powodu cierpiał. Ma też i swoje wady, m.in. jest okropnym hentajem i wścibia nos tam, gdzie nie trzeba. Mimo tego nawet tutaj możemy doszukać się plusów: uwielbia oglądać kobiety i ich ciała, fantazjuje o nich, ale nie robi nic wbrew ich woli, nie podgląda z rozmysłem, a jeśli już mu się zdarzy podglądać – przemyślenia z tego zapisuje w swoim zeszycie. Jeśli wścibia gdzieś nos, to po to tylko, aby pomóc komuś innemu. To taki współczesny odpowiednik pozytywnych bohaterów w stylu Robina Hooda i trudno jest go nie polubić. To jeden z ciekawszych bohaterów, jakiego spotkałem w swojej dotychczasowej karierze fana anime; naprawdę jestem zaskoczony, że taką postać znalazłem w ecchi komedyjce.
Poza Kintarem za stałych bohaterów uznać można spotykane przez niego dziewczyny. Także one są dość oryginalne; chłopakowi przyjdzie spotkać m.in. dziewczynę lubiącą „bawić się” facetami, czy taką, która gardzi mężczyznami, a szczytować może jedynie na zapalonym motorze.
Ze wszystkich tych spotkań wyciągana jest obopólna korzyść: Kintarō, student życia, uczy się czegoś nowego, a przy okazji – świadomie lub nieświadomie – pomaga spotkanym przez siebie osobom. Także ci, których spotyka, ze spotkania z Oem wynoszą jakieś wnioski lub wskazówki przydatne w dalszym życiu.
„Goldenboy” jest już produkcją dość leciwą – biorąc pod uwagę rozwój technologii i technik animacji, jedenaście lat to szmat czasu. Mimo tego anime to prezentuje się pod względem technicznym przyzwoicie, chociaż dziś raczej nikogo już nie zachwyci. Animacje, scenografia, tła – wszystko to prezentuje się dobrze, ale bez większych rewelacji. Ładne są natomiast projekty postaci.
Strona muzyczna jest taka sobie – muzyka jest „ciepła” i miła, dobrze komponuje się z anime, ale nie stanowi ona czegoś szczególnie zaskakującego. Poza tym nie usłyszymy jej zbyt często, więc jest to taki ledwo zauważalny element.
Humor jest bardzo dobry, utrzymany w klimacie ecchi. Najwięcej radości dostarcza oczywiście Kintarō i jego zamiłowanie do kobiet czy fetyszystyczny wręcz pociąg do sedesów... Nie zawodzą również gagi sytuacyjne oraz super deformed. W jednym z odcinków twórcy nabijają się także w osób biorących udział w powstawaniu anime, a nawet twórcy mangi i samego „Goldenboya”.
Jak przystało na porządne ecchi, nie zabrakło także fanserwisu. Dla fanserwisowców „Goldenboy” to zapewne nie lada gratka, ale przypuszczam, że także osoby nie przepadające za tego typu praktykami przymkną na to oko. Fanserwis jest tutaj integralną częścią humoru, która świetnie uzupełnia niektóre gagi. Czasami jest on dość mocny, jednak nie można powiedzieć, że przekroczono granicę dobrego smaku. Ciekawe jest to, że fanserwis to w „Goldenboyu” najdokładniejszy element, jeśli chodzi o stronę techniczną.
To anime jest jedną z tych produkcji, po obejrzeniu której widzowi z twarzy nie znika banan zadowolenia, a przy okazji czuje się on mocno podbudowany. „Goldenboy” to seria, która może przywrócić wiarę w człowieka (na krótko jednak, bo świat po chwili sprowadzi nas do parteru). Podczas podróży nie tylko Kintarō czegoś się nauczy, skorzystać może na tym także oglądający. Dotychczas spotkałem się tylko z jedną produkcją w podobnym stylu: ciepła komedia (zbieg okoliczności chce, że w pewnym stylu także jest trochę ecchi), przywracająca wiarę w człowieka i mogąca nauczyć czegoś o życiu; filmem tym jest norweski „Elling”. Polecam „Goldenboya” („Ellinga” przy okazji również): ciekawi bohaterowie, świetny klimat, dużo humoru, no i samo życie. Takich produkcji chciałbym oglądać jak najwięcej!