Anime „Metropolis” jest bodajże trzecią znaną na świecie wizją dzieła o takim tytule: w roku 1927 austriacki reżyser Fritz Lang nakręcił – niemy jeszcze – film science-fiction, a w latach 40. XX wieku mangaka Osamu Tezuka zabrał się za tworzenie komiksu na podstawie paru kadrów z filmu. Przyznaję: mangi Tezuki nie było mi dane przeczytać, chociaż bardzo chciałem, a filmu Langa nie obejrzałem do końca.
Tym, co jest wspólne dla wszystkich trzech odsłon „Metropolis”, jest na pewno podział społeczeństwa na kasty: ludzi żyjących na powierzchni miasta oraz pariasów – roboty żyjące w podziemiach i pracujące na ludzi. Co do reszty elementów nie mam pewności. W filmie Langa i w anime pojawia się także dziewczyna-robot, ale jej funkcje – o ile się nie mylę – są inne.
Fabuła anime przedstawia się mniej więcej tak: do Metropolis przybywa detektyw Shunsaku Ban ze swoim bratankiem Kenichim. Mają oni odnaleźć doktora Laughtona, oskarżonego o handel ludzkimi organami. Gdy trafiają na jego trop, okazuje się, że jest już za późno: doktor ginie w pożarze swojego laboratorium. Z pożaru uchodzi cało Tima: dziewczyna-robot, tworzona przez doktora dla lorda Reda – władcy miasta. Robot ma zająć tron Metropolis i objąć władzę nad światem. W czasie pożaru dziewczyna jednak znika, spadając wraz z Kenichim na niższy, zamieszkany przez roboty, poziom miasta. W czasie wędrówki po poszczególnych poziomach Metropolis Tima i Kenichi zaprzyjaźnią się. Tymczasem w górnych partiach miasta będzie trwała walka o władzę oraz przygotowania do rewolucji.
Tak skrótowo można opowiedzieć fabułę „Metropolis”. Nie powiem, żeby była ona szczególnie porywająca. Prawdę powiedziawszy, było parę momentów, kiedy się nudziłem. Mamy tutaj kilka wątków: poszukiwania Timy, wątek Tima-Kenichi, wątek detektywistyczny, rewolucjonistyczny, jest zdrada, zamach stanu, nie zabrakło także pytań egzystencjonalnych – to oczywiście w kwestii robotów. Sporo wątków jak na niespełna studziesięciominutowy film, a część z nich – moim zdaniem – można było sobie podarować. Skoro jednak jest, jak jest, nie będę narzekał, bo większość z nich została odpowiednio zakończona, nie pozostały żadne niedomówienia.
Anime ma swój klimat, temu nie mogę zaprzeczyć. Osobiście mam co do niego mieszane odczucia: akcja rozgrywa się w przyszłości, w olbrzymim mieście robotów, a film utrzymany został w klimacie retro: staromodna kreska, staromodna muzyka, postać detektywa jak ze starych filmów – to jak powrót do lat 30. albo 40. XX wieku. Dziwna to hybryda. Oglądając „Metropolis” na myśl przychodziły mi pierwsze filmy Disneya (projekt postaci). Tym, co bardzo mi się spodobało, były scenografie – z jednej strony ogromne miasto przyszłości, z drugiej strefy przeznaczone dla pariasów, czy „podrzędnych” ludzkich mieszkańców. Spory kontrast, nawet ciekawy. Wielu widzów zapewne uzna klimat tego anime za bardzo dobry, ja chyba jednak jestem za młody albo za mało doświadczony, aby dać mu się w pełni urzec.
W poprzednim akapicie wspomniałem, że film wykonany został w staromodnym stylu. Ów styl sprawił, że strona techniczna naprawdę mi się nie spodobała. Postaci są brzydkie, większość z nich wygląda jak dzieci albo jak bohaterowie pierwszych filmów ze studia Walta Disneya – wielkie nosy, wielkie buciory, charakterystyczne oczy i fryzury. Te czasy minęły, więc moim zdaniem nie warto do nich wracać. Mimo wszystko przyznać należy, że jest to dosyć oryginalne. Tym, co najbardziej raziło mnie podczas oglądania filmu, były animacje. Niektóre wyglądały bardzo ładnie, ale dużo było także sztucznych i mało realnych, które bardzo irytowały.
Muzyka jest także w stylu retro, przywodząca na myśl lata 30. i 40. XX wieku. Nie lubię takiej muzyki, tak więc nie przypadła mi ona do gustu. Jak dla mnie zupełnym przegięciem było wykorzystanie „I Can’t Stop Loving You” Raya Charlsa w jednej z ostatnich scen filmu: apokaliptyczny obraz obracającego się w gruzy ogromnego budynku, wybuchy, ogień, walka o życie, a w tle słowa ‘nie mogę przestać cię kochać’? Litości, błagam!
Napisałem już, że wykonanie postaci mi się nie spodobało. Ich animacje były w miarę poprawne, nie mogę więc im wiele zarzucić. Nienajlepsze były za to osobowości bohaterów: po ponad półtoragodzinnym seansie o każdej z postaci wiemy niewiele, poznajemy zaledwie kilka jego cech: ‘Kenichi jest dobroduszny, prawy i uczuciowy’; ‘Rock uparty i zapatrzony w siebie, uważa, że zawsze ma rację, nienawidzi robotów’ – kilkoma słowami można scharakteryzować większość z nich. W dodatku trudno było mi znaleźć w filmie postać, którą bym polubił. Po jakimś czasie przekonałem się jedynie do Timy.
Nie zabrakło także kilku głębszych aspektów, jak egzystencjalne pytania robotów (jaki jest sens ich istnienia, dlaczego są ciemiężone, jak można poprawić ich los itd.) czy nawiązania do „Biblii” (motyw wieży Babel). Twórcy starali się zrobić parę scen w taki sposób, aby widz współczuł robotowi.
Dla kogo jest „Metropolis”? Na płycie znajduje się oznaczenie PG-13 – jest tu trochę przemocy, rozwalane roboty czy mordowani ludzie (nie widzimy jednak krwi...). Nie jestem jednak przekonany, czy nastolatkom przypadnie do gustu takie kino; może to i science-fiction, ale w klimacie sprzed siedemdziesięciu lat, który współczesnej młodzieży raczej nie odpowiada. Na pewno są od tego wyjątki, ale przypuszczam, że nieliczne. Odbiorców pozostaje chyba szukać wśród widzów dorosłych, którzy z kolei zwykle gardzą animacjami. Przypuszczam jednak, że jeśli ktoś ze starszych widzów obejrzy „Metropolis”, odczuje pewien niedosyt.
Trudno jest mi wydać jednoznaczną opinię na temat „Metropolis”. Bardzo raziły mnie animacje i projekty postaci, muzyka nie przypadła mi do gustu, do tego dochodzi mało porywająca fabuła i dłużące się miejscami sceny... Film miał za to świetny klimat, który – mimo że mi nie odpowiadał – dało się wyczuć. Mamy tutaj także nagromadzenie wątków oraz trochę pytań egzystencjalnych i motywy biblijne. Nie odradzam tego tytułu, ale i nie polecam – po seansie miałem mieszane uczucia, ale ostatecznie film ten nie był gniotem i dało się go jakoś obejrzeć. Zawiodłem się jednak na nim, ponieważ oczekiwałem czegoś więcej.