Ilekroć oglądam anime o wampirach, zawsze mi w nich czegoś brakuje. Wśród ogromu efekciarskich wyrzynanek, które z przyczyn oczywistych ani nie mogą zaoferować nam świeżego spojrzenia na tę tematykę ani nawet nie dostarczą ciekawej fabuły, zdarzają się dobrze zrobione anime, takie jak „Vampire Hunter D: Bloodlust”, ale i w nich nic naprawdę nowego zobaczyć nie można. „Tsukuyomi Moon Phase” mimo niewielkiej schematyczności, cosplay’owego fanserwisu i komediowego charakteru, jest serialem, który spogląda na temat wampirów z zupełnie innej perspektywy. To prawda, że i tu nie znajdziemy nowego, poważnego spojrzenia na wampiry, ale w takich barwach jakie oferują twórcy tego anime, nikt chyba jeszcze tego gatunku nie ukazał.
Zaczyna się mrocznie, jak gatunek nakazuje. Opuszczone, złowrogie zamczysko, do którego nikt przy zdrowych zmysłach by nie wszedł, z obawy przed duchami ofiar zamęczonych zapewne przez jednego z bardziej energicznych, średniowiecznych właścicieli. Nie stanowi to jednak problemu dla Kouhei’a Morioki, nadwornego fotografa jednego z magazynów okultystycznych, który jest zupełnie odporny na działanie duchów, zjaw i całego spirytualistycznego towarzystwa. Niektórzy twierdzą, że jest na to za tępy, nie mogą jednak zaprzeczyć temu, że posiada jakiś szósty zmysł, pozwalający na podświadome kierowanie aparatu fotograficznego w odpowiednie miejsce i utrwalanie straszącego draństwa na kliszy fotograficznej.
Tym razem, w towarzystwie dziennikarki Hiromi Anzai i największego spirytualisty Japonii Seijiego Mido, wybrał się do Shwarzwaldu, aby zbadać jeden z tamtejszych zamków. Robiąc zdjęcia obiektu, zauważa na dachu piękną dziewczynę i postanawia dostać się do zamku, aby poprosić ją o pozowanie do zdjęć... Nieświadom sporego spirytualistycznego bestiariusza, zamieszkującego mroczne komnaty, odnajduje wyglądające jak anioł dziewczę i oczywiście nie przeczuwa, że ten biały kapturek może być wilkiem w przebraniu... A wilk imieniem Hazuki nie mógł przepuścić takiej okazji. Gdyby wyssała krew człowieka, stałby się jej sługą i dzięki niemu mogłaby opuścić to przeklęte miejsce. Kouhei dał się oczywiście nabrać na rzekomy pocałunek, nieświadomie nakarmił wilka własną krwią i został jego sługą... Poniekąd.
Uwolnienie wampirzątka wydawało się proste, do czasu kiedy na drodze Kouhei’a staje opiekun i strażnik Hazuki – Vigo. Po ciężkiej walce dziewczyna zostaje uwolniona, ale ku rozpaczy naszego bohatera wprowadza się do jego domu, który dzielił do tej pory z bardzo sympatycznym dziadkiem. Dlaczego ku rozpaczy? Bo nie dość, że okazała się samolubną złośnicą, to jeszcze on musiał zostać honorowym krwiodawcą... Rozumiał jednak dziewczynę, która, tak jak on, została porzucona w dzieciństwie przez matkę. Hazuki szybko zadomowiła się w nowym miejscu, a Kouhei musiał w końcu przyznać, że wytrzymać z nią nie sposób, ale żyć bez niej nie ma jak.
Czekały na nich jednak większe problemy. Wampirze władze bardzo zdenerwowały się faktem zniknięcia księżniczki Luny, w którą Hazuki przemieniała się w pewnych okolicznościach, i posłały złotowłosą wampirzycę Elfriede, aby na powrót sprowadziła ją do zamku. Otoczenie Kouhei’a nie było jednak bezbronne. Miał za sobą Seijiego, jego rodzinę i nie mniej użytecznego w tym fachu dziadka – jednym zdaniem ludzi, którzy nie boją się jakichś tam byle wampirów. Tymczasem jednak dom Morioków stał się żywszy niż kiedykolwiek... – „Dlaczego mnie nie słuchasz?! Jesteś moim sługą! – Nie jestem niczyim sługą! – Kouhei-nichan no baka!!!”...
„Tsukuyomi Moon Phase” to kolejne anime łączące w sobie dwa, teoretycznie nie pasujące do siebie gatunki. Mamy tu dosyć mroczną opowieść o wampirach i, jako równoważnik, komedię sytuacyjną z elementami parodii i czarnego humoru. Podobny pomysł wykorzystano w „Elfen Lied”, lecz tam nie zadziałał on do końca, jego twórcy przesadzili w mieszaniu gatunkami i w rezultacie wątek poważny stracił tam wiarygodność. W Tsukuyomi zrobiono to z większym wyczuciem. Są momenty kiedy spadamy ze śmiechu z krzesła, np. odcinku szesnastym podczas walki z krukami, ale są też chwile zadumy nad losem Hazuki, czy nawet bardziej w końcówce serialu w przypadku innej młodej wampirzycy imieniem Art.
Główną przyczyną sukcesu tego serialu jest postać Hazuki. Postać schematyczna, ale wykreowana z dużą starannością. Nie zachwiano tu równowagi pomiędzy jej wadami i zaletami, tak często nieumiejętnie niszczonej w innych seriach, w których stosuje się nadmierne przesłodzenie osobowości postaci, albo robi się z niej ofiarę, aby była gwarancja, że widz ją polubi. Nie popełniono tego błędu tutaj. Hazuki nie jest słodkim aniołkiem, który czyni wyłącznie dobro, nie zrobiono z niej także ostatniej ofiary, tak żeby widz koniecznie zapłakał w ostatniej dramatycznej scenie, a jednak oglądający przywiązuje się do niej od razu i nie jest się w stanie oderwać od tego anime do samego końca. Niemałe w tym zasługi ma odgrywająca rolę Hazuki Chiwa Saito, którą zauważyłem po raz pierwszy oglądając telewizyjną wersję „Read or Die”, gdzie także świetnie zagrała takiego diabełka, z tym wyjątkiem, że teraz mleko zamieniła na krew.
Fabuła Tsukuyomi jest również całkiem nieźle skonstruowana. Mroczny wątek główny nie należy zapewne do wyjątkowo ciekawych, ale urozmaicony niecodziennymi pomysłami i zaskakującym poczuciem humoru, zdaje egzamin. W pierwszych kilkunastu odcinkach przeważa wątek komediowo-obyczajowy. W okolicach odcinka osiemnastego następuje zaskakujący zwrot akcji i powaga sytuacji staje się większa. Serial zyskuje więcej dramatyzmu, który bez zastrzeżeń udziela się widzowi, mimo nadal obecnego humoru. Dzieje się tak z uwagi na specyficzny klimat tego anime, który sprawia, iż humor nawet w takich sytuacjach jest w tym serialu czymś zupełnie naturalnym.
Fanów anime ze sporym stażem może niepokoić cosplay’owy fanserwis, który jest tu wszechobecny. Szybko przekonają się jednak, że tak naprawdę działa on pozytywnie, uzupełniając specyficzny klimat serialu. Twórcy niejednokrotnie nabijają się z owego fanserwisu (tutaj nawet brama do świątyni buddyjskiej ma kocie uszy) i wykorzystują go do żartów. O ile ogólnie nie lubię tego typu zagrywek, to akurat tutaj neko mimi zupełnie mi nie przeszkadzały, uważam nawet, że dodały temu anime uroku.
Technicznie serial stoi na przeciętnym poziomie. Scenografie nie są specjalnie wyrafinowane, animacja nie robi większego wrażenia, również kolorystyka nie do końca do mnie trafiała. Projekt postaci jest całkiem niezły, choć trzeba powiedzieć, że oryginalnością nie grzeszy. Jest za to świetny opening, którego ani razu nie przewinąłem podczas oglądania, a to nie zdarza mi się często. Cóż mogę powiedzieć, jest on po prostu uroczy i to zarówno od strony wizualnej, jak i dźwiękowej. Dużym plusem serialu jest muzyka. Przypomina trochę dokonania Yuki Kajiury, ale jest to muzyka świeższa i nie wyczuwa się w niej tej monotonii, charakterystycznej dla tamtej kompozytorki. Słyszę tu także wokalizy w stylu duetu Cocteu Twins. Ogólnie muzyka jest bardzo melodyjna, co docenimy szczególnie w utworach minorowych. Słychać także, że jej autorem jest osoba bardzo wrażliwa, potrafiąca z prostych dźwięków wydobyć prawdziwe piękno. Myślę, że powinna spodobać się fanom soundtracku do „Shingetsutan Tsukihime”.
Podsumowując: na pewno nie każdemu spodoba się ten serial, głównie z powodu nienajlepszej oprawy graficznej. Zapewniam jednak, że w tym anime jest to sprawa drugorzędna. Jego specyficzny klimat przyciągnie zapewne wygłodniałych otaku, którzy zmęczeni niską oryginalnością nowych anime, chcieliby obejrzeć coś świeżego, nawet jeśli nie ma to skomplikowanej fabuły i do pewnego stopnia wykorzystuje znane schematy. Dla mnie był to ożywczy powiew i z żalem się z serialem tym rozstawałem. Polecam.