Powstałe w 2002 roku OAV „Green Green” to dodatek do erogame, co w sumie powinno tłumaczyć, z jakiego rodzaju anime mamy do czynienia. Biorąc jednak pod uwagę hentajowy charakter gry, trudno nadziwić się temu, że OAV jest zaskakująco lekkie – nie ma tutaj żadnych „scen”, a dawka fanserwisu jest nawet niewielka (zwłaszcza w porównaniu z późniejszym serialem telewizyjnym).
Fabuła jest prosta: dwie szkoły – żeńska, położona w mieście i męska na wsi – chcą połączyć się w placówkę koedukacyjną. Aby sprawdzić, jakie będą tego efekty, na próbę do dziewcząt wysyła się grupę chłopców – mają oni razem spędzić trochę czasu. Pech chce, że wśród chłopców znalazło się między innymi trio zboczeńców, chcących za wszelką cenę popodglądać szkolne rówieśniczki. Są nimi: Ijuin Tadatomo (znany też jako Bacchi-gū), Tenjin Taizō i Hikaru Ichibanboshi. Trzyma z nimi Yūsuke Takazaki – można powiedzieć, że jest on reprezentantem tej paczki, jako jedyny jej członek jest normalny (czyt. nie spędza każdej wolnej chwili na podglądaniu itd.). Pod koniec pobytu chłopaków w żeńskiej placówce dochodzi do nieprzyjemnego incydentu: ktoś ukradł damską bieliznę, a podejrzenie pada oczywiście na bandę zboczeńców, która to była co prawda w pobliżu miejsca zbrodni, ale nie posunęła się do tak ohydnego zbrodniczego czynu. Aby oczyścić swoje dobre imię, nasi bohaterowie postanawiają odnaleźć prawdziwego złodzieja.
Zdradziłem już prawie całą fabułę tego jednoodcinkowego OAV, więcej już powiedzieć nie mogę, bo wypaplam miałkie zakończenie. Po dodatku do hentajowej gierki nie można było się spodziewać niczego specjalnego, tak więc nie będę już więcej psioczył na fabułę.
Ponarzekam natomiast na wykonanie, które pozostawia co nieco do życzenia. Najbardziej raziły animacje, a zwłaszcza wtedy, gdy postaci się przemieszczały – wyglądało to, jakby jechały na taśmociągu. Może był to efekt zamierzony? Jakoś nie chcę mi się w to wierzyć, ale pozostawiam to twórcom i ich wizji. Oprócz animacji nie sprawdziły się też tła – skromne i proste, nijakie. To samo mogę powiedzieć o muzyce.
OAV trwa około trzydziestu minut, a przedstawiono nam co najmniej kilkunastu bohaterów. Takie nagromadzenie postaci powoduje, że w pewnym momencie robi się z tego sieczka. O jakimś przyzwoitym przedstawieniu bohaterów nie ma tutaj mowy.
Jedyne, co mogę zaliczyć na plus, to odrobina humoru. Jestem fanem Monty’ego Pythona, lubię inteligentny dowcip, ale mam też swoją wadę – śmieszy mnie tzw. humor klozetowy, toteż oglądając „Green Green” miałem okazję parę razy się uśmiechnąć (uśmiechnąć, nie zaśmiać – jest różnica!). Niestety, kilkakrotnie powtórzony blady uśmiech nie wystarcza.
Miałkie anime promujące pornogierkę z kiepską fabułą (a właściwie to bułą w jej miejsce, dokładniej – chałą), nienajlepszym wykonaniem i ogólnym zamętem wprowadzonym przez natłok bohaterów. Raczej nie polecam, jeżeli koniecznie chcesz obejrzeć „Green Green”, odsyłam raczej do serii telewizyjnej – jest lepsza od OAV, ale proszę nie oczekiwać niczego spektakularnego.