Moja przygoda z tą ekranizacją mangi zaczęła się niewinnie, od AMV. Tytuł początkowo zaintrygował (bokusatsu znaczy mniej więcej tyle co zatłuc na śmierć, przynajmniej tłumacząc z angielskiego club to death), ale kiedy zobaczyłem screeny i owo AMV, mina mi zrzedła. Mimo wszystko zabrałem się za oglądanie. Po obejrzeniu całości, serię ocenić mogę jednym zdaniem (aby nie rzucać tu naszymi przekleństwami, co i tak – jak sądzę – zostałoby wycięte na poziomie redakcji, powiem to po angielsku): this anime is one of the worst fucking things I ever saw in my whole life! I na tym można by w sumie zakończyć ocenianie i recenzowanie „Bokusatsu tenshi Dokuro-chan”, ale napiszę coś więcej.
Sakura Kusakabe jest uczniem ósmej klasy. Któregoś dnia w jego życiu znikąd pojawia się anioł (a właściwie to anielica) imieniem Dokuro. Wyposażona jest ona w excalibog (wyglądający jak nabijany ćwiekami metalowy kij baseballowy), który spełnia dwie funkcje: różdżki i narzędzia śmierci, od którego wielokrotnie ginie Sakura (najczęściej za dotknięcie którejś części ciała Dokuro bądź podglądanie jej bielizny). Po jakimś czasie pojawia się też inna anielica, Sabato. Okazuje się, że obie pochodzą z przyszłości. Za kilkanaście lat Sakura odkryje metodę na nieśmiertelność; aby zaspokoić jego pedofilskie żądze, wszystkie dziewczyny na Ziemi przestają się rozwijać fizycznie, gdy osiągają 12. rok życia. Sabato ma zlikwidować Sakurę w czasie teraźniejszym, aby nie mógł on odkryć owej metody (jest to sprzeczne z wolą Boga), a Dokuro przybyła na ziemię po to, aby uchronić chłopaka od śmierci i w jakiś inny sposób zapobiec niecnym planom Sakury.
Fabuła jest bardzo prosta, a w dodatku bezsensowna. Wszystko tutaj jest przewidywalne, oklepane i prymitywne. Mnie nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się, że twórcy ograniczyli się do ośmiu odcinków – większa ich ilość mogłaby okazać się naprawdę niestrawna! Ilość odcinków nie zmienia jednak faktu, że serial w pewnym momencie się po prostu urywa i główny wątek zostaje niedokończony. Sądzę, że jeżeli wytrzymałem cztery odcinki, zniósłbym jeszcze jeden, który domknął by serię.
Mamy tutaj pełno jasnych kolorów plus słodkie dziewczynki, które potrafią jednak nieźle dokopać. Dokuro, używając excalibogu, morduje Sakurę (pierwsze morderstwo może jeszcze robi wrażenie, ale każde kolejne jest gorsze – wszystkim towarzyszy ogromna ilość krwi wylewającej się z fragmentu oderwanej głowy czy rozbryzgującej się na ścianach), a po chwili – zdając sobie sprawę z tego, co zrobiła – składa go arcyskomplikowanym zaklęciem pipiru piru piru pipiru pi! Co ciekawe, owo zaklęcie służy do wszystkiego: składania Sakury, zamieniania ludzi w małpy itd.
Wszechobecny jest także fanserwis, mający zapewne „uatrakcyjnić” serię. Ponieważ Sakura jest okropnym hentajem, serial obraca się wokół spraw związanych z seksem – a to którejś dziewczynie rozepnie się koszula i widoczne będą jej piersi, a to zobaczymy jej majtki, a to Sakurze uda się – niechcący – pomacać...
Technicznie serial stoi na przyzwoitym poziomie. Kolorystyka jest bardzo pastelowa, kontrastuje z brutalnością serii. Animacje są przeciętne, podobnie jak scenografie. Nie ma się tutaj zbytnio nad czym rozwodzić. Postaci są ładne, nie mogę zarzucić im niczego, oprócz przerysowywania ich w niektórych momentach.
Muzyka – tragedia. Nie wiem, co mogę o niej powiedzieć... Doskonale pasuje do całości: jest słodka, cukierkowata. Nie mam jej też za bardzo z czym porównać, a jedyne, co mi przychodzi do głowy, to piosenka Czy ktoś widział dziubdziuba?
Bohaterowie – słabi, bo ile można przedstawić w czterech półgodzinnych odcinkach? Zresztą, twórcy raczej nie bardzo przejmowali się rozwijaniem postaci, a zachowania i reakcje bohaterów były żałośnie przewidywalne.
Czasami sprawdza się humor, ale to zależy od oglądającego. Mnie na przykład rozśmieszyło parę scen, ale to już moje specyficzne poczucie humoru – inni mogą nie widzieć w tym nic śmiesznego. Muszę jednak przyznać, że podobały mi się prześmiewcze informacje o Kim Chŏng-ilu albo Bushu w telewizyjnym dzienniku czy parodiowanie dzieł np. Kafki. W jednym z odcinków sparodiowane zostają też inne anime: „Ruchomy zamek Hauru”, „Doraemon”, „One Piece”, „Nurse witch Komugi-chan”.
„Bokusatsu tenshi Dokuro-chan” to dla mnie seria na jeden raz, chociaż znajdą się i tacy, którym zapewne się spodoba. Sądzę, że nie zabraknie także tych, którzy nie dotrwają do końca. Mnie po obejrzeniu tego anime naszła chęć posiadania chociażby excalibogu, żeby majtnąć nim w twórców i patrzeć, jak ich trzewia walają się po ziemi, a oni sami broczą krwią. Najbardziej przydała by się jednak różdżka Harry’ego Pottera, żeby miotnąć w nich najpierw Crutiatusem, a później Avadą kedavrą.