W zasadzie oba sezony serialu „Ghost in the Shell – Stand Alone Complex” stanowią jedną całość, ponieważ jednak moje odczucia w stosunku do obu jego części różnią się znacznie, postanowiłem napisać ten tekst. Obawiam się także, że w recenzji pierwszego sezonu zbyt krytycznie potraktowałem ów serial. Winę za to mogę zrzucić na małe doświadczenie w pisaniu recenzji, a także na zbyt małą znajomość przekroju jakościowego animacji japońskiej. W każdym razie jestem winien czytelnikom oraz twórcom serialu przedstawienie nowej opinii na jego temat.
Nie będę się rozpisywał o tym, jak powstał ten serial i w jakim świecie się rozgrywa, ani też o głównych postaciach w nim występujących. Celem wprowadzenia muszę natomiast napisać, co stało się z wydziałem dziewiątym po bardzo dramatycznych wydarzeniach w końcówce pierwszej serii. Członkowie grupy przeżyli, poza tachikomami, które poświęciły swe istnienia dla ludzkiej załogi. Wydział dziewiąty przestał jednak funkcjonować. Władze uznały jego istnienie za bezzasadne, ale oddział Motoko Kusanagi niedługo musiał czekać na kolejny kryzys. Nowy rząd Japonii, na czele którego stanęła marionetkowa premier Kayabuki, borykał się z problemem uchodźców azjatyckich, domagających się utworzenia własnego państwa w granicach Japonii. Odwlekanie decyzji w tej sprawie przez rząd doprowadziło do ataków grup terrorystycznych, podpisujących się jako „Particularist Eleven”, domagających się rozwiązania problemu uchodźców, przetrzymywanych w pięciu zamkniętych strefach.
Na prośbę pani premier wydział dziewiąty został przywrócony do czynnej służby, jako jedyny, który z atakami tymi mógłby sobie poradzić. Szybko jednak się okazuje, że sprawa uchodźców jest znacznie bardziej skomplikowana, niż wszystkim się zdawało. Intryga sięga znacznie głębiej i jeśli odpowiedzialni za nią ludzie nie zostaną powstrzymani, może się to skończyć wojną domową. Szef Aramaki i podległy mu oddział rozpoczynają własne dochodzenie w związku ze sprawą terrorystów. Zrekonstruowane i unowocześnione tachikomy, wzbogacone teraz o nowe oprogramowanie sieciowe, będą im pomagać nie tylko podczas walki w terenie, ale również w bitwach cybernetycznych. Poznamy też nowych rekrutów wydziału, a także jego wielkiego wroga Kazunoto Goudę, który straszy już samym wyglądem.
Pod względem fabuły i klimatu obie części utrzymane są w podobnym stylu, jednak w drugiej więcej czasu poświęcono nowemu wątkowi głównemu, mniej jest odcinków epizodycznych, a te, które wprowadzono, są ciekawsze i często wiążą się ze sprawą „Particularist Eleven”. Nudnych odcinków właściwie nie ma – znajdziemy najwyżej jeden lub dwa. Twórcy bardzo zgrabnie zaglądają w przeszłość poszczególnych członków oddziału. Bardzo ciekawy jest również wątek główny, który na pewno prezentuje się lepiej od sprawy „Laughing Mana”, chociażby z tego względu, że jest bardziej rozbudowany i różnorodniejszy. Możemy też obserwować wiele ciekawych akcji w terenie. Oczywiście nadal mamy włamywanie się do sieci, brudne gierki polityczne oraz szaleńców, pragnących zrealizować swe chore idee. Jest też miejsce na filozofię i teorie rewolucyjne. Całość uzupełnia świetny element humorystyczny jakim są tachikomy, rozprawiające o problemach egzystencjonalnych, zastanawiające się na przykład nad tym, czy jeśli będą uprawiać medytację Zen, to osiągną nirwanę...
Mimo kilku drobnych dziur w scenariuszu, serial ogląda się z wielką przyjemnością. Im dalej, tym okazuje się ciekawszy, akcja staje się intensywniejsza i trzyma w coraz większym napięciu, aż do kulminacji w ostatnim odcinku. To rozrywka dla widzów inteligentnych, tu trzeba się skupić na dłuższych dialogach i nadążyć za tokiem myślenia inteligentniejszych bohaterów. W nagrodę za poświęconą serii uwagę otrzymujemy niesztampową historię sensacyjną wysokiej jakości, co prawda opartą na pomyśle mistrza mangi cyberpunkowej, ale z nowymi wątkami, których nie powstydziłby się sam Masamune Shirow.
W recenzji poprzedniej narzekałem trochę na wykonanie i obawiam się, że nieco przesadziłem. Inna rzecz, że DVD oglądane na ekranie monitora komputerowego, nigdy nie wygląda idealnie, tym bardziej takie, w którym występują renderingi. Drugą serię oglądałem w telewizorze, więc wrażenia są trochę inne. Mniej rzuca się w oczy sztuczność obiektów wykonanych komputerowo. Realizacja jest naprawdę dobra, scenografie wyjątkowo szczegółowe jak na serial telewizyjny, animacja też na poziomie, choć oczywiście na tym polu nie możemy spodziewać się cudów na miarę filmów kinowych anime. Zastrzeżenia budzi jedynie niejednorodność projektu postaci. Są odcinki, w których twarze wyraźnie różnią się od przyjętego projektu ogólnego, co jak na studio formatu Production I.G. jest wpadką ogromną, nad którą trudno przejść do porządku dziennego.
Najbardziej jednak zaskoczyła mnie muzyka. O ile w pierwszej części ścieżka dźwiękowa była niezła, o tyle tutaj wywiera ogromne wrażenie. Yoko Kanno nigdy chyba jeszcze nie stworzyła tak różnorodnego materiału do serialu anime. Na każdą ważniejszą scenę znalazł się fragment o idealnie dobranym klimacie. To nie jest już tylko muzyka do serialu animowanego, to coś, czego nie powstydziliby się prawdziwi muzycy filmowi. Po prostu kolejny genialny soundtrack muzycznej bogini anime.
„Ghost in the Shell – Stand Alone Comlex” to świetne kino sensacyjne, z całkiem sensownie przedstawionym światem przyszłości, z dobrze opisanymi postaciami negatywnymi i ich motywacjmi, bez większych dziur w scenariuszu, co w gatunku science-fiction nie jest rzeczą tak często spotykaną. Znajdziemy tu inteligentny humor, który skutecznie rozjaśnia dosyć ponury nastrój serialu, nie niszcząc go jednocześnie. Podczas oglądania przewija się tylko przez umysł oglądającego nutka żalu, że takie seriale nie powstają częściej, bo dobre kino sensacyjne to w anime rzadkość. Cóż więcej można dodać? Dla mnie serial ten jest po prostu jednym z najlepszych anime science-fiction, zrealizowanych w tym milenium.