Serialowi temu należy przypiąć etykietki: schematyczny i nieoryginalny. Nie ma tu ani jednego motywu, którego fani anime nie znaliby wcześniej. Mamy za to spore ilości ciężkiego fanserwisu i skromną fabułę. Tych jednak, którzy nie zakończyli czytania tej recenzji po trzech pierwszych zdaniach, muszę uspokoić, bo wbrew pozorom „Mahoromatic” to niezwykle sympatyczny serial, zawierający sporą dawkę dobrego humoru. To po prostu kawałek świetnej rozrywki, od którego niczego więcej oczekiwać nie należy. Dlatego wyłączcie drodzy czytelnicy większą część mózgu i odpocznijcie w towarzystwie supersłużącej, której nie polubić po prostu się nie da.
Zaczyna się śmiertelnie poważnie. W początkach lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Ziemię nawiedzili kosmici, którzy przy pomocy swych straszliwych androidów wydali ludzkości potworną wojnę. Jednak ludzie z organizacji Vesper, podpatrując technikę obcych, skonstruowali własne androidy bojowe. Jednym z nich był model oznaczony kodem Mahoro, który stoczył niezliczoną liczbę walk z robotami wrogich sił i był najskuteczniejszą bronią organizacji. Oczywiście jego japońscy konstruktorzy, nie mogąc zmarnować takiej wspaniałej okazji, zrobili sobie androida, w którym mogliby się w sekrecie podkochiwać. Jednym zdaniem Mahoro jest pięknym stworzeniem rodzaju żeńskiego, będącym na co dzień uosobieniem prawości i dobroci, a na polu walki bezwzględnym obrońcą ludzkości.
Niestety długość życia androidów jest znacznie krótsza niż ludzka i czas funkcjonowania Mahoro zbliżał się do końca. Szefowie Vesperu podziękowali jej za nieocenione zasługi dla świata i poinformowali, że jeśli zechce przejść do cywila, to po odrzuceniu uzbrojenia, będzie jeszcze działać przez ponad rok. Mahoro poprosiła o przeniesienie do cywilnej sekcji Vesperu i postanowiła resztę swego życia spędzić jako służąca pewnego młodego klienta...
Suguru Misato od śmierci rodziców mieszkał sam w dużym domu, a że był strasznym bałaganiarzem, rezydencja uginała się pod stosami rzeczy wszelakiego zastosowania: od bardzo nieświeżego jedzenia w lodówce, po magazyny porno walające pod łóżkiem delikwenta, nie wspominając o pewnej szafie, która już samym trzeszczeniem przestrzegała potencjalną ofiarę przed zajrzeniem do środka. Suguru na gwałt potrzebował pomocy domowej, ale nigdy nie spodziewał się, że będzie to pomoc tak sympatyczna i zarazem wykwalifikowana. Nie spodziewał się także, że jego magazyny porno znajdą się w aż takim niebezpieczeństwie...
Mahoro także nie przeczuwała, co znajdzie w domu nowego gospodarza i z coraz większym przerażeniem obserwowała bałagan w kolejnych pokojach. Ale Mahoro nigdy się nie poddawała, a nieporządek nie był straszniejszym wrogiem od androidów najeźdźców, więc wypowiedzenie mu wojny i przystąpienie do ofensywy było kwestią kilku minut.
Ciekawscy koledzy i koleżanki Suguru, byli w szoku, kiedy poznali Mahoro, tym bardziej kiedy opatrznie zrozumieli, jak bardzo jest mu oddana. To zdruzgotało z kolei jego lubieżną wychowawczynię, która w swej chorej wyobraźni od dawna miewała szatańskie wizje z chłopcem w roli głównej. Postanowiła wypowiedzieć wojnę jego służącej, a miała „czym” walczyć. Posiadała pewną zasadniczą przewagę nad Mahoro. Tę część wyposażenia, którą twórcy Mahoro zrobili w normalnych proporcjach, pani nauczycielka otrzymała od natury w rozmiarze XXL. Kto wygra ten pojedynek i czy Mahoro uda się uwolnić od widma militarnej przeszłości, dowiedzą się ci, którzy obejrzą „Mahoromatic”.
Nie ma co ukrywać, serial nie należy do produkcji ambitnych. Najbliżej mu chyba do „Ai Yori Aoshi”, choć jest bardziej niepoważny i trochę bardziej dziecinny, choć oczywiście dla dzieci przeznaczony absolutnie nie jest. Od powyższego tytułu jest jednak znacznie ciekawszy. Aoi, główna bohaterka „Ai Yori Aoshi” była chodzącym ideałem, co jako człowieka czyniło z niej postać zupełnie nieciekawą. Mahoro jest również bliska ideałowi, jednak potrafi się rozzłościć, być zazdrosna, a jeśli trzeba, umie zawalczyć o swoje. Biorąc pod uwagę to, że Mahoro jest androidem, jej idealność jest rzeczą zupełnie naturalną, a jej naiwność można tłumaczyć tym, że żyje dopiero kilka lat i do tej pory była wyłącznie robotem bojowym. Ideałem był także partner Aoi, którego odpowiednik w „Mahoromatic” również ma sporo wad. Dzięki temu humor w opisywanym anime, choć do oryginalnych nie należy, naprawdę potrafi rozbawić. Jakość tego elementu jest również zasługą ludzi z Gainaksu, którzy mangę zinterpretowali w swoim stylu, realizując sceny humorystyczne w sposób przypominający „FLCL” czy „His and Her Circumstances”, choć tu nie byli aż tak wylewni, jak w tamtych produkcjach.
Scenariusz w porównywanych serialach jest bardzo podobny, a twórcy przewożą widza po stałych punktach programu. Mamy wizytę w łaźni, na plaży, uczestnictwo w letnim festiwalu, przy której to okazji żeńskie postacie przebrano oczywiście w yukaty. Cel tego typu seriali jest prosty: zbliżyć do siebie głównych bohaterów, przy jednoczesnym dodaniu głównej bohaterce konkurencji w postaci kilku innych kandydatek do serca protagonisty. W przypadku Mahoromatic wpływ haremu na głównego bohatera jest jednak mniejszy i konkurencja ogranicza się w zasadzie do jedynej Shikijo-sensei, która potraktowana jest w sposób bardziej parodystyczny, niż zwykle ma to miejsce w takich serialach. Wątków parodystycznych jest zresztą więcej, znajdziemy mecha w kształcie kraba, którego cele niekoniecznie mają militarny charakter, czy uzbrojony po zęby samochód Jamesa Bonda, prowadzony przez bardzo chętną do wykorzystania tego arsenału Mahoro.
Tym co w Mahoromatic może się nie podobać, jest próba połączenia milutkiej komedyjki romantycznej z wojną i całym jej dramatyzmem. Co prawda nawet ten element nie jest taki znowuż śmiertelnie poważny, ale zmiana nastroju na dosyć ponury nie wpływa pozytywnie na odbiór ostatnich odcinków. Podziurawiło to poważnie scenariusz: tu mamy wesołą gromadkę bawiących się ludzi, tam straszliwą wojnę z obcymi. Moim zdaniem dodawanie elementu wojennego było zbędne, bo choć widz bardziej przywiązuje się w ten sposób do Mahoro, to lekki i miły klimat serialu ulatuje, zanim na dobre możemy się nim nacieszyć. Innym elementem odstraszającym jest fanserwis, który nie ogranicza się jedynie do podłogowych ujęć damskiej bielizny – sceny eksponujące przesadny biust Shikijo-sensei w dużym zbliżeniu naprawdę nie były konieczne.
Do wykonania nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń. Oczywiście wszyscy zauważą, że scenografia nie jest wybitna, ale animacja stoi już na dosyć wysokim poziomie, a projekt postaci na podstawie mangi jest naprawdę ładny, szczególnie jeśli chodzi o twarz głównej bohaterki. Ścieżka dźwiękowa nie przedstawia sobą niczego nadzwyczajnego, ale jej niezwykła melodyjność wprawi każdego w pogodny nastrój. Jej kompozytorem jest Toshio Masuda, który w identycznym stylu stworzył także muzykę do „Ai Yori Aoshi”. O ile tam były to utwory lepiej wyprodukowane i zaśpiewane przez wokalistkę z prawdziwego zdarzenia, o tyle jednak w „Mahoromatic” jest to muzyka różnorodniejsza, znacznie weselsza i w dużym stopniu podnosi przyjemność oglądania. Nawet fakt, iż piosenki śpiewa sama Ayako Kawasumi, która dobrą wokalistką z pewnością nie jest, nie umniejsza jej rozrywkowej wartości. Jeśli już mowa o tej seiyuu, to w tym serialu wypadła nadzwyczaj dobrze, zupełnie przyćmiewając swoją rolę w „Ai Yori Aoshi”, gdzie prawdę mówiąc, szansy wykazania się nie otrzymała.