Nie jest łatwo obiektywnie skrytykować jakiś produkt, szczególnie taki, który bardzo wysoko oceniany jest przez ogół fanów. Łatwo powiedzieć, że dane anime jest słabe, ale dużo trudniej napisać, dlaczego tak jest. Saikano jest właśnie taką produkcją. W zamyśle twórców miało być to oryginalne dzieło, które poruszać miało do głębi, dawać do myślenia i zmuszać do przeżywania w napięciu losów bohaterów. Plan był ambitny, niestety twórcy tej historii nie bardzo nadawali się do jej opowiedzenia. W takim przypadku powstaje coś, co fan ambitniejszych produkcji określa mianem bełkotu. Wielbiciele serialu pomyślą zapewne, że się czepiam. Niestety, mimo usilnych starań, nie potrafię bronić tego anime.
Niedaleka przyszłość. W kierunku Japonii zmierza wojenna zawierucha, jednak mieszkańcy Hokkaido mogą się jeszcze cieszyć beztroskim życiem. Shuuji i Chise są uczniami liceum, którzy właśnie zaczęli ze sobą chodzić. Dziwna to para. Shuuji to zwyczajny młody mężczyzna, trochę zamknięty w sobie, który dobrze się uczy i właściwie brak mu kompleksów. Chise to jeszcze dziecko. Drobna i niezdarna, cicha i nieśmiała, ale rozbrajająco piękna. Jest płaczliwa i cały czas przeprasza za swoje zachowanie. Wyznanie miłości Shuujiemu było dla niej testem na odwagę, na który namówiła ją koleżanka. Shuuji i Chise nie byli gotowi na taki związek, ale postanowili mimo wszystko spróbować.
Wojna nie pozwoliła im jednak na normalną miłość. Podczas pobytu w Sapporo, Shuuji był świadkiem nalotu bombowego. Spora grupa maszyn zbliżała się w kierunku miasta, zrzucając śmiercionośny ładunek. Nagle na niebie pojawił się świecący punkt, który, poruszając się z ogromną prędkością, w mgnieniu oka zlikwidował samoloty wroga. Shuuji cudem przeżył, ale wtedy zobaczył coś, co wstrząsnęło nim do głębi. Naprzeciw niego, wśród ruin i pyłu, stała w poszarpanym ubraniu półprzytomna, odrapana Chise... Wystawało z niej jakieś żelastwo. Rozpoznał w tym broń i zrozumiał, że jego mała, niezdarna dziewczyna była tym świecącym punktem, który uratował miasto przed kompletnym zniszczeniem.
Armia zrobiła z Chise broń masowej zagłady. Broń, która aktywuje się samoczynnie, kiedy jednostki wroga znajdują się w pobliżu. Im więcej walczy, tym jest silniejsza, im więcej ludzi ratuje, tym więcej zabija. Niszczy całe miasta i wie, że od tej strasznej egzystencji, od tego potwornego przeznaczenia, nie ma ucieczki. Mimo to próbuje odnaleźć szczęście, chce być kochana, choćby przez krótki czas. Chce być człowiekiem, a nie bronią zagłady, którą staje się coraz bardziej...
Już samo wprowadzenie do fabuły zdradza, że z oryginalnym anime do czynienia mieć nie będziemy. Schemat jest typowy: stwórzmy milutką, rozbrajająco niewinną, małą i koniecznie niezdarną bohaterkę, zróbmy jej coś strasznego, dajmy jakiś ciężar, odbierzmy przyszłość, skażmy na samotność, pokażmy jakie przeżywa tortury emocjonalne... Przepis na łzy gotowy.
Istnieją anime, które mimo takiego komercyjnego przepisu potrafią poruszyć widza, nawet świadomego takiego podstępu. Sama postać to jednak nie wszystko. Żeby historia była wiarygodna, potrzebny jest wyważony, spójny scenariusz oraz przemyślana fabuła. Potrzebne są także mądrzejsze dialogi i przede wszystkim realne postacie. Niestety w „Saikano” właśnie te elementy są niedopracowane.
Temu anime najbardziej brakuje autentyczności. Właściwie każdy odcinek zawiera sztuczne i nieprzemyślane sytuacje. Sztuczne do tego stopnia, że nie bierze się ich na poważnie. Dotyczy to szczególnie dwójki głównych bohaterów. Ich dialogi są na siłę dramatyczne, łzawe do przesady i sztuczne. Wątek miłosny jest nierealistyczny i rozciągnięty do granic możliwości. Przez to klimat serialu traci na intensywności, a powaga sytuacji, którą twórcy tak usilnie, choć nieudolnie, próbowali stworzyć, nie udziela się widzowi.
Historia Chise niestety nie wzrusza. Twórcy zrobili wszystko co mogli, aby wyciskała łzy, ale zawiedli już na samym początku. Pomysł z wbudowaniem młodej dziewczynie jakichś implantów może i nie był w czasie tworzenia oryginalnej mangi ograny, ale przedstawiona historyjka, dotycząca okoliczności tego zdarzenia, zupełnie nie trzyma się kupy. Nikt poza bohaterką i armią nie wie, że jest zmodyfikowana, nawet jej rodzice, a przecież w każdym cywilizowanym kraju to rodzice decydują za niepełnoletnie dzieci. Armia zrobiła to bez ich zgody i pozwoliła jej wrócić, aby mogła wszystko wypaplać? Armia wypuściła straszną broń za bramy koszar i pozwoliła jej normalnie funkcjonować w społeczeństwie? Nie wspomniano ani słowem o tym, skąd wzięła się ta wojna, ani o co walczą strony konfliktu. Twórcom była potrzebna wojna do stworzenia wątku głównego, ale nie zadali sobie trudu, żeby nadać jej jakikolwiek sens. Przykłady te nie należą wcale do pojedynczych wpadek, uważny widz odkryje ich znacznie więcej.
Twórcy zapewne chcieli dobrze, ale chęci i talentu wystarczyło im tylko na średniej klasy romansidło. Bo to anime to tak naprawdę romans. Pozostałe elementy to tło, i to potraktowane po macoszemu. Rozwój postaci, który zapewne miał być głównym atutem tego anime, jest chaotyczny i często ma się wrażenie, że bohaterowie w jednym odcinku ewoluują, aby w kolejnym wrócić do poprzedniego stanu. Nie czytałem oryginalnej mangi, więc nie mogę stwierdzić, czy to jej autor jest tak złym mangaką, czy Gonzo, znane z rujnowania dobrych pomysłów, oddało mu niedźwiedzią przysługę.
Wymieniam same wady – jest ich wiele, ale są też zalety. Projekt postaci jest po prostu urzekający. Nieczęsto spotyka się twarze rysowane w ten sposób. Podobny styl zastosowano w „Koi Kaze”, ale tutaj wydaje się bardziej dopracowany. Podejrzewam, że w tym właśnie jest haczyk, na który łapią się fani anime, wypisujący potem bezkrytyczne opinie o tym tytule. Nie tylko twarz Chise jest tu magnesem. Gra Fumiko Orikasy, znanej z wiernego uzewnętrzniania emocji, może poruszyć co wrażliwsze serca. Szkoda, że nie dano jej do zagrania postaci bardziej autentycznej, ponieważ mogła to być jej życiowa rola. Jeśli już jesteśmy przy wykonaniu, nadmienię tylko, że animacja i scenografia są przeciętne, a muzyka bardzo podrzędna.
Anime tego nie byłem w stanie wziąć na poważnie. Wszędzie widać wpadki i brak realizmu. Czytelnicy Azunime wiedzą, że Dark Rael jest pierwszy do wzruszeń i łez. Jednak ten serial nie poruszył mnie ani trochę. Nie było ani jednego momentu, w którym przejąłbym się strasznym losem Chise, czy poczuł jakąkolwiek więź z innymi postaciami. Nie potrafiłem wczuć się w ich role i tak naprawdę nie obchodziło mnie, jak to się skończy. I nie chodzi tu o to, że nie lubię seriali o takiej tematyce, bo zdarzyło mi się już takie oglądać i cieszyć nimi. Twórcy „Saikano” nie byli niestety wystarczająco przekonywujący. Wyraźnie widać, że ambicje przerosły ich możliwości.
Potencjalnych chętnych do obejrzenia serialu zapraszam, aby zapoznali się z recenzjami w innych serwisach, ponieważ ten artykuł bardzo różni się od większości opinii o tym anime. Potraktujcie tę recenzję jako przestrogę fana anime, który oczywiście nie musi mieć racji. Jeśli ktoś chciałby obejrzeć porządne, dołujące anime, to moim zdaniem znacznie ciekawszym tytułem jest „Now and Then, Here and There”.