„Kanon” jest ekranizacją pierwszej gry, wypuszczonej przez dość znaną już grupę Key. Wcześniej ci sami ludzie pod innym szyldem wyprodukowali „One”, którą rozpoczęli serię gier hentajowych z bohaterkami w wieku szkolnym. Nie są to jednak zwyczajne ero-game. Postacie w nich występujące nie są typowymi płaskimi osobowościami, mają też poważniejsze problemy, niż można się spodziewać po tego rodzaju grach. Znaleźć w nich można także szczyptę tajemniczości i elementy nadprzyrodzone. Najważniejsze jest jednak to, że gracza z bohaterami łączy silna więź emocjonalna, wobec której elementy ecchi schodzą na dalszy plan.
Gra odniosła spory sukces, co zachęciło twórców do tworzenia kolejnych produkcji w tym stylu. Powstał „Air”, również zawierający elementy erotyczne, ale i być może nawet większy ładunek emocjonalny. Tytuł kolejny – „Clannad” – nie był już pozycją hentajową, a ostatnia gra grupy – „Planetarian” jest już w zasadzie bardziej anime, niż grą. Spieszę od razu z wyjaśnieniem, że żadna z animowanych ekranizacji gier grupy Key nie tylko nie zawiera scen spod znaku H, ale również pozbawiona jest fanserwisu... no, prawie.
Wyjaśnijmy jednak najpierw, o czym opowiada „Kanon”. Yuichi Aizawa wraca po siedmiu latach do ośnieżonego miasteczka w północnej Japonii, w którym jako dziecko się wychowywał. Tutaj poznał wielu przyjaciół, bawił się z nimi i miło spędzał czas. Do powrotu zmusił go wyjazd rodziców z kraju, którzy zadecydowali, że na czas ich nieobecności zamieszka u kuzynów. Yuichi nie chciał tu przyjeżdżać. Nie pamiętał prawie nic z tego, co działo się tu siedem lat temu i nie miał specjalnej ochoty przypominać sobie tego wszystkiego teraz. Jego osobowość można w zasadzie określić jako idealną, ale, jakby dla przeciwwagi, posiada także lekko złośliwy charakter i lubi drażnić się z innymi.
Zamieszkał w domu Akiko Minase i jej córki Nayuki, z którą chętnie bawił się w dzieciństwie. Ta ostatnia jest osobą spokojną i rozsądną, ale nie ma silnej osobowości i jest troszkę powściągliwa w okazywaniu uczuć. Straszny z niej śpioch i mimo że nie wygląda na wysportowaną, jest członkinią lekkoatletycznego klubu szkolnego. Kolejne dziewczyny pojawiają się na scenie, kiedy Yuichi przyzwyczaja się do miasta i zaczyna chodzić do szkoły. Przypadkiem wpada na niego Ayu – niezdarna dziewczyna o radosnym usposobieniu, uwielbiająca potrawę zwaną taiyaki. Główny bohater, który bardzo lubi wytykać jej drobne wady, dowiaduje się, że Ayu czegoś szuka, czegoś dla niej bardzo ważnego. Poznaje Shiori, która nie może chodzić do szkoły z powodu przeziębienia. Zostaje zaczepiony przez osobę, która twierdzi, że go nienawidzi. Dziewczyna straciła pamięć i poza znajomością głównego bohatera, wie tylko, że nazywa się Makoto Sawatari. W szkole, wieczorną porą, Yuichi spotyka Mai – zamkniętą w sobie, zupełnie niekomunikatywną dziewczynę z mieczem, która walczy z jakimiś dziwnymi zjawami. Poznaje też jej przyjaciółkę Sayuri, starającą się na wszelkie sposoby pomóc Mai w otwarciu na świat.
Yuichi nie byłby sobą, gdyby nie starał się pomóc wszystkim swoim nowym i starym przyjaciółkom. Wspomnienia powoli zaczynają powracać, ale nie wszystkie będą radosne. Problemy napotkanych bohaterek także nie okażą się proste. Czy je rozwiąże? Może czeka go dramat i łzy, a może wszystko się dobrze skończy? Na szczęście po twórcach z Key można się spodziewać każdego rodzaju zakończenia, więc niech i Was potrzymają w niepewności...
Znając dwie ekranizacje gier grupy Key, muszę niestety przyznać, że są to pozycje bardzo do siebie podobne. Scenariusze różnią się co prawda znacznie, ale postacie mają tak wiele wspólnych cech, że z łatwością można wskazać odpowiedniki w obu serialach. Obie ekranizacje cierpią także z powodu trudności, wynikających z przełożenia gry komputerowej na serial animowany. Nie unikniemy więc schematu, w którym główny bohater rozwiązuje kolejne zagadki wszystkich postaci żeńskich, występujących w serialu. Twórcy anime próbują wszystko zgrabnie wymieszać, jednak brak solidnego wątku głównego bardzo umniejsza wartość takich produkcji. Tę wadę próbowano wyeliminować w „Air”, gdzie wyznaczono główną bohaterkę i postarano się o trochę barwniejszy i ciekawszy rozwój wydarzeń. „Kanon” natomiast ucierpiał bardziej. Główny bohater poznaje kolejne dziewczyny i wyjaśnia ich zagadki, ale nie ma nic więcej, nie ma żadnej klamry, która spinałaby te epizodziki w sensowną całość, a że bohaterek jest wiele, schemat ten staje się trochę nużący. Jednak stworzenie postaci z poważnymi problemami, nie tylko natury emocjonalnej, poruszających widza swoimi postawami, rekompensuje wymienione wyżej wady.
Oczywiście nietrudno przejrzeć podstęp twórców, którzy chcąc maksymalnie uatrakcyjnić grę, tak skonstruowali postacie, żeby japoński zakompleksiony gracz zlitował się nad jedną z nich i za wszelką cenę próbował uszczęśliwić, rozwiązując jej problemy. A jednak widz, zdając sobie z tego sprawę, pozwala twórcom na tę manipulację, daje się wciągnąć w klimat i szczerze przeżywa problemy bohaterek wraz z protagonistą.
Realizacja serialu nie stoi na wysokim poziomie. Najbardziej kuleje animacja. Kuleje to nawet bardzo trafne określenie, jeśli popatrzymy na to, jak postacie chodzą czy biegają. Projekt postaci jest ładny, ale daleko mu do miana wybitnego, szczególnie jeśli popatrzeć na włosy dziewcząt, czy nieudaną twarz głównego bohatera. Scenografia jest również prosta, ale wystarczająca. Z muzyką już lepiej, tytułowe piosenki są naprawdę ładne i bardzo dobrze oddają klimat serialu, nawet finałowa piosenka, mimo nie lubianego przeze mnie stylu aranżacyjnego, ma w sobie jakiś urok i bardzo dobrze wzmacnia wymowę emocjonalną zakończenia. Ścieżka instrumentalna, mimo prostoty kompozycji, również dobrze uzupełnia to anime. Jeśli chodzi o seiyuu, to również nie jest źle. Szczególnie zasługuje na uwagę Yui Horie, która z nieszczególnie wyglądającego na papierze „uguuu”, potrafiła zrobić coś niezwykle milutkiego.
Na koniec muszę przyznać, że dziwi mnie trochę ta otoczka rzeczy nadprzyrodzonych. Te udziwnienia w zasadzie nie są temu anime potrzebne, a delikatnie dziurawią scenariusz. Z drugiej strony, serialowi towarzyszy dzięki temu pewna mgiełka tajemniczości. Jestem jednak zdania, że „Kanon” bez tych dodatków poradziłby sobie równie dobrze. Nie mogę sobie także wyobrazić, jak z takiego tytułu można zrobić ero-game. Cóż, kultura japońska jest bardzo odmienna od naszej i wiele rzeczy naturalnych dla nich może być dla nas niezrozumiałych.
Serial mimo kilku wad jest bardzo miły. Nie oddziałuje na widza tak bardzo emocjonalnie, jak „Air”, ale także potrafi wzruszyć i dać sporo przyjemności z oglądania. Brakuje mu jednak trochę, aby nazwać go anime wyjątkowym. Niestety ekranizacje tego typu gier skazane są na pewnego rodzaju wybrakowanie scenariusza, a szkoda, bo w twórcach z grupy Key drzemie spory potencjał. Może powinni przerzucić się na anime, co poniekąd już uczynili w grze „Planetarian”?