W lutym 1988 roku, na miesiąc przed zakończeniem premierowej emisji serialu „Maison Ikkoku”, na ekrany japońskich kin wszedł film, mylnie zatytułowany „Maison Ikkoku – Final Chapter”. Mylnie dlatego, że wcale nie ukazywał finalnych wydarzeń, dotyczących bohaterów serialu. Sprawą dyskusyjną było też to, czy owa produkcja wnosi coś nowego do opowieści, i czy w ogóle powstanie tego filmu miało jakiś sens.
„Maison Ikkoku” to klasyczna komedia romantyczna, będąca adaptacją mangi Rumiko Takahashi, o tym samym tytule. Był to dosyć długi serial, opowiadający o losach studenta i gospodyni starego domu, w którym wynajmował pokój. On – Yusaku Godai – był nierozgarniętym młodym człowiekiem, który usiłował dostać się na studia drugi rok z rzędu, w czym przeszkadzało mu głośne towarzystwo często imprezujących sąsiadów. Mając ich dosyć, pewnego dnia postanowił się wyprowadzić, ale wtedy pojawiła się ona – Kyoko Otonashi. Została gospodynią domu, a zauroczony nią student natychmiast porzucił zamysł przeprowadzki. Ich romans nie należał do łatwych, na drodze stawały im wszelkie przeszkody: od drobnych nieporozumień, poprzez dywersyjne działania sąsiadów, aż po konkurentki i konkurentów w wyścigu po serca Kyoko i Yusaku.
Po kilku latach nadszedł wreszcie kres rozterek głównych bohaterów, Kyoko i Yusaku ogłosili datę ślubu. I w tym momencie wkraczamy w fabułę filmu. Do ślubu zostały dwa dni, więc tradycji musi stać się zadość. Mieszkańcy domu, którzy znani byli z oblewania najbłahszych osiągnięć, lub częściej niepowodzeń studenta, teraz otrzymali bardziej stosowny pretekst. Przystąpili do organizacji dużej imprezy na cześć młodej pary, mającej potrwać do białego rana. Godai jest jednak zaniepokojony, robi się późno, a Kyoko wciąż nie ma w domu. Dowiaduje się także, że czekała na jakiś ważny list. Nieznośni sąsiedzi wyrokują, że musi to być list od jakiegoś mężczyzny, z którym Kyoko na pewno ucieknie. Tymczasem schodzą się kolejni goście i rozpoczyna się największe party w historii Ikkoku-kan.
Zamysłem twórców było nakręcenie filmu pokazującego w całości jedną długą imprezę, jakich w serialu było wiele, ale które nigdy nie były głównym tematem odcinków. Spędzili więc wszystkie postacie do domu głównych bohaterów i szybko napisali koślawy scenariusz, który poziomem znacznie odbiegał od serii. Wątek główny, o ile można takim nazwać sprawę spóźniającej się Kyoko i tajemniczego listu, wydaje się wymyślony w ciągu pięciu minut, bez konsultacji z autorką oryginału. Większość scen i dialogów wymyślono bez zastanowienia. Humor, poza kilkoma dobrymi żartami, jest wręcz żenujący. Twórcom wyraźnie zabrakło pomysłowości Rumiko Takahashi. O największą pomstę do nieba woła jednak projekt postaci. O jego wykonanie poproszono pierwszego autora projektu do serialu, którego wymieniono już po pierwszym sezonie. Nie ma się co łudzić, projekt do filmu nie ma wiele wspólnego zarówno z tamtym, jak i z tym znanym z dalszej części serialu. Nie jest to kwestia przyzwyczajenia się do nowych twarzy – te są po prostu brzydkie. Animacja jest tylko odrobinę lepsza niż w serialu, a scenografii w zasadzie nie poprawiono wcale.
Czy ten film ma w takim razie jakieś zalety? Jedną. Wreszcie na ekranach pojawił się Nozomu Nikaido, lokator pokoju numer dwa, którego pominięto w telewizyjnej adaptacji mangi. Wiecznie z papierosem w ustach, zawsze mówi bez zastanowienia i często wypapla coś, czego mówić nie powinien. Nie cierpi Yotsuyi tak, jak on jego. W serialu nie pojawił się wcale, ale patrząc na niego w filmie, wcale mnie to nie dziwi – Nikaido nie jest tak barwną postacią, jak Ichinose, Yotsuya czy Akemi.
Oczywiście, wymieniona wyżej zaleta nie jest w stanie wyrównać mnogości wad tej produkcji. Wyraźnie widać, że twórcom przyświecała idea zarobienia dodatkowych pieniędzy na popularnym tytule, przy użyciu minimalnych kosztów, co w przemyśle anime jest niestety zabiegiem często stosowanym. Czy warto po film ten sięgnąć? Myślę, że tylko wielki fan mangi lub serialu może się nim zainteresować, ale nie sądzę, żeby go zadowoliła ta raczej mierna produkcja.