Keiichi Morisato to student, któremu z powodu chronicznego pecha nic się nie układa. Jego horoskop jest zawsze fatalny, a niski wzrost powoduje, że nie może sobie znaleźć dziewczyny. Konikiem Keiichiego są samochody, motocykle i inne pojazdy. Lubi je naprawiać, usprawniać oraz oczywiście ścigać się na nich. Jest członkiem uniwersyteckiego klubu motoryzacyjnego. Niestety jego pech i tam działa skutecznie. Będąc człowiekiem o złotym sercu i wybrakowanym słowniku, w którym nie ma słowa „nie”, pozwala swoim starszym kolegom wykorzystywać się na każdym kroku i zrzucać na swoje barki co nudniejsze zajęcia.
Tym razem zostawili go w akademiku, aby pilnował ich dobytku, a żeby mu się nie nudziło przygotowali pokaźną listę prac domowych do wykonania. Ale kogoś w Niebie diabli chyba wzięli na tę niesprawiedliwość i postanowił spełnić jedno życzenie naszego pechowca. W tym celu spowodował, że Keiichi przypadkiem dodzwonił się do Nieba, do Bogini pierwszej klasy, drugiej kategorii z licencją nielimitowaną, o dźwięcznym imieniu Belldandy. Ta, skorzystawszy z jego lustra, pojawiła się nagle w jego pokoju, co wywołało szok i niedowierzanie. Jedno życzenie? - Keiichi już obmyślał tortury dla mieszkańców akademika za tak głupi kawał... Postanowił zakpić z nich i wypowiedział życzenie: „chcę by zawsze była przy mnie dziewczyna taka jak ty”...
No i się doigrał. Za przyprowadzenie dziewczyny do akademika eksmitowano go w ciągu dwudziestu sekund. Zostali bez dachu nad głową, ale Keiichiemu i Belldandy nie przeszkadzało to za bardzo, cieszyli się swoim towarzystwem. Keiichi zakochał się w pięknej bogini, a jej szczęściem było jego szczęście. Trudno mu się dziwić, Belldandy jest anielsko cierpliwa i szczera. To uosobienie dobroci, prawie chodzący ideał, jednak nieznajomość ziemskich obyczajów i łatwowierność powodują, że brakuje jej trochę trzeźwego spojrzenia na nasz świat.
Dzięki jej inkantacjom znajdują świątynię buddyjską i tam zamieszkują. Niedługo cieszą się jednak spokojem. Wkrótce ich częstym gościem staje się świeżo upieczona studentka Megumi, młodsza siostra Keichiego. Jest od niego dalece bardziej rozgarnięta i często podpowiada mu jak ma zbliżyć się do Belldandy, która do domyślnych w tej materii także nie należy. Prawdziwy rozgardiasz zrobi się jednak z chwilą przybycia dwóch sióstr naszej bogini. Urd, najstarszej z całej trójki, Bóg podarował ponętny wygląd, a diabeł charakter. Urd jest specjalistką od mikstur i eliksirów. Przy ich przygotowywaniu stosuje motto „co nas nie zabije to nas wzmocni”, co wzbogaca je o ciężkie efekty uboczne. Niestety najczęstszą ofiarą jej pomocy jest Keiichi, któremu Urd pomaga w ten sposób zdobyć serce ukochanej. Najmłodsza z sióstr, Skuld jest genialnym dzieckiem z charakterkiem. Potrafi skonstruować każdą maszynę, ale problem polega na tym, że nie każda działa jak należy, albo nie tak jak chcieliby inni mieszkańcy świątyni. Skuld uwielbia Belldandy i wykorzystuje swój inwencyjny geniusz do konstrukcji kolejnych maszyn, mających na celu zniechęcenie naszego studenta do wyznania miłości swej bogini.
Nie tylko Skuld przeszkadza Keichiemu w zalotach. Uniwersytecka królowa piękności, Sayoko Mishima, wraz z pojawieniem się Belldandy przestała być w centrum uwagi campusu i zaczęła obmyślać kolejne plany zdyskredytowania bogini lub przynajmniej zaszkodzenia jej towarzyszowi. Wszystkim nieźle dopiecze także demoniczna Marller, która ma jakieś stare porachunki z trzema boginiami. Jej podstępne metody doprowadzą do niezłego bigosu, ale jaki będzie miał smak musicie odkryć sami...
„Ah! My Goddess” cieszy oczy i uszy swoich fanów od ponad 15 lat. Kousuke Fujishima, autor opowieści o trzech boginiach i całkiem zwyczajnym studencie, wpadł na ten pomysł całkiem przypadkiem, kiedy w pewnym piśmie ilustrował informację o konkursie dotyczącym swej mangi zatytułowanej „You Are Under Arrest!”. Była to jednostronicowa historyjka w stylu komiksowym, przedstawiająca postać z owej mangi modlącą się do bogini o wygranie T-shirta. Fujishimie bardzo spodobał się pomysł z boginią i postanowił go rozwinąć.
Działo się to w 1988 roku. Autor zabrał się solidnie do roboty. Zaczął od legend i mitologii, przebadał mity greckie, indyjskie oraz nordyckie. W tych ostatnich znalazł odpowiednie kandydatki do nowego komiksu. Według wierzeń ludów Europy Północnej istniały trzy boginie, których zadaniem było kierowanie losami mieszkańców naszego świata. Podlewały także drzewo istnienia (Yggdrasil), łączące ze sobą wszystkie światy, wodą ze studni życia oraz chroniły je przed pasożytami. Boginie były siostrami i nosiły imiona: Urth, Verthande oraz Skuld. Pierwsza, najstarsza odpowiadała za przeszłość i przędła nić życia każdego człowieka. Na barkach młodszej spoczywała teraźniejszość, ona mierzyła także nić życia. Do ostatniej, najmłodszej należała przyszłość i jej zadaniem było przecinanie owej nici.
Mając tak solidną podstawę, autor rozpoczął publikowanie serii trzy miesiące później w czasopiśmie „Monthly Afternoon” i dzięki stałemu wielkiemu zainteresowaniu mangą czyni to do dziś. Taka popularność musiała w końcu zaowocować animowaną ekranizacją. W 1993 roku studio AIC, specjalizujące się w tego typu historiach wypuściło na rynek pięcioodcinkową serię OAV. Jak na ekranizację grubo niedokończonej mangi, seria prezentowała się całkiem zgrabnie i choć przedstawiała wątek finałowy nie występujący w mandze, było wiadomo, że dalszy ciąg byłby raczej pożądany.
Studio AIC, znane z niekończących się kontynuacji, zaskoczyło tym razem publiczność i odłożyło ten pomysł aż na 7 lat. W międzyczasie ktoś wpadł na oryginalny koncept zmniejszania boginek do wersji chibi i powierzenia im pod ‘troskliwą’ opiekę szczura imieniem Gan. Biedne to stworzenie musiało wytrzymać, aż 48 odcinków tortur, mających rozwiązać wszelkie jego życiowe problemy. Odcinki na szczęście były krótkie, szczur przeżył, ale fani mangi już niekoniecznie. To prawda, że serial był zabawny, przedstawiał też pewne postacie, których nie było w OAV, ale trudno było go nazwać dalszym ciągiem.
W 2000 roku premierę miał pełnometrażowy film animowany, który w zasadzie można było nazwać kontynuacją serii OAV. Po raz kolejny przedstawiał nie występujący w mandze wątek główny, ale był zrealizowany w bardziej efektowny sposób. Poprawiono animację, a w szczególności muzykę, która będąc naprawdę wyjątkową, świetnie eksponowała boski klimat. Osobiście uważam, że film nie był wyjątkowo ciekawy, ale fani mangi raczej nie mieli powodów do narzekań, zwłaszcza po długim czasie oczekiwania na kolejne anime o boginiach.
Pięć lat później studio AIC znowu przypomniało sobie o fanach AMG i tym razem postanowiło stworzyć serial telewizyjny, który byłby wreszcie ekranizacją z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy sezon serialu zawierający 24 odcinki obejmuje głównie 8 pierwszych tomów mangi. Całość natomiast wieńczy pierwszy dłuższy wątek, zatytułowany „Terrible Master Urd”. Znając ilość tomów mangi (30), możemy się spodziewać, że telewizyjna adaptacja „Ah! My Goddess” potrwa przynajmniej trzy sezony.
Oceniając to anime muszę napisać, że nie uważam, żeby opowieść Fujishimy należała do wybitnych. Pełno tu schematyczności, brakuje wyjątkowo ciekawych wątków, a nudnych znajdziemy sporo. Przesłodzony klimat i ogólna dziecinność także nie poprawiają sytuacji. Podobają mi się natomiast elementy parodystyczne i poczucie humoru autora. Boskie licencje to jego odpowiedź na liczbę typów i kategorii japońskiego prawa jazdy. Natomiast zrobienie z Yggdrasila systemu komputerowego, którego administratorem jest Urd, a debuggerem Skuld, przedstawienie „bugów” jako ośmionożnych robaków oraz proces odpluskwiania za pomocą młotków musi rozbawić każdego informatyka.
Pomijając aspekty fabularne, ekranizację oceniam raczej pozytywnie. Projekt postaci, choć ubogi w szczegóły, podoba mi się najbardziej ze wszystkich wydawnictw „Ah! My Goddess”. Najbardziej poprawiono wizerunek Urd i Skuld. Również kolorystyka niezwykle przypadła mi do gustu. Z animacją postaci jest natomiast znacznie gorzej. W pewnym odcinku widzimy scenę w dyskotece, w której animacja tańczących jest po prostu żenująca. Animacja ogólnie jest słaba w serialu, natomiast scenografie są całkiem dobrze wykonane. Jedną z wielkich zalet animowanych produkcji z tego cyklu są świetnie dobrane głosy głównych żeńskich postaci, które bardzo dodają serii uroku.
Najciekawsza w tym anime jest jednak muzyka. Kiedy usłyszałem opening po raz pierwszy, nie mogłem wprost oprzeć się jego anielskiemu urokowi. Zaaranżowany w stylu irlandzkim i niezwykle melodyjny, z miejsca buduje optymistyczny klimat i wprowadza w świat bohaterów serii, w czym niemała zasługa Yoko Ishidy, która go wykonuje. Muzyka podkładowa także jest ciekawa, słychać w niej stare melodyjne patenty z lat ’60, ubrane w dobre aranżacje, co jest bardzo miłą odmianą w dzisiejszych czasach.