„Liceum żywych trupów”, czyli tytuł, który od razu przywodzi na myśl skojarzenia z dziesiątkami filmów o epidemii zombies. Skojarzenie jest całkiem słuszne, otrzymujemy bowiem dość konwencjonalnie poprowadzoną historię, tyle że z atrakcjami, jak chociażby elementy ecchi.
| odcinki | 12 x 25 min - łącznie 300 min | |
| przypisania | ||
| ta recenzja | Pottero (29.10.2010) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 8.30 |
Chociaż zombies w fantastyce grozy występują od dawna, ich popularność nigdy nie osłabła, a w ostatnich latach zdaje się ponownie przybierać na sile. Nadal są to bezmózgie istoty w prostej linii wywodzące się z kultowej „Nocy żywych trupów” George’a A. Romera, jednakże dostosowane do czasów nam współczesnych. Coraz rzadziej mówi się o nich „zombies”, popularniejsze jest określenie „zainfekowani”, bowiem współczesne żywe trupy to najczęściej ofiary tajemniczego wirusa. Z takowymi w ostatnich latach spotykaliśmy się dość często, by wymienić tylko najbardziej popularne mainstreamowe produkcje jak „28 dni później”, ubiegłoroczny „Zombieland” czy komputerowo-konsolową dylogię „Left 4 Dead”. Mangaka Daisuke Satō to, co u współczesnych zombies najlepsze, zmieszał z akcją i fanserwisem, tworząc mangę „Gakuen mokushiroku: Highschool of the Dead”, którą następnie zaadoptowano na potrzeby telewizji.
Wyobraź sobie, że budzisz się pewnego dnia i jak co dzień idziesz do szkoły, gdzie wszystko zdaje się być zupełnie normalne. Do momentu, gdy widzisz, jak wuefista zostaje ugryziony przez podejrzanie wyglądającego typa. Przeczuwając najgorsze, biegniesz do klasy i wyciągasz z niej osoby, na których ci zależy, mając zamiar uciec ze szkoły i znaleźć bezpieczne schronienie. W ciągu tych kilku minut wszystko wywraca się do góry nogami – dyrekcja ogłasza natychmiastową ewakuację, w tumulcie ludzie są zadeptywani na schodach, a teren uczelni został już opanowany przez żywe trupy spragnione ludzkiego mięsa. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale masz szczęście – sam potrafisz walczyć, a twoimi towarzyszami są członkinie klubu kendō i sōjutsu, maniak militariów oraz higienistka, która może nie grzeszy inteligencją, ale za to nadrabia umiejętnością prowadzenia samochodu oraz, jak zresztą wszystkie twoje towarzyszki, kubaturą stanika. Udaje wam się uciec, ale co dalej? Chaos ogarnął całe miasto, policja i wojsko zdają się być bezradne, media nie potrafią podać żadnych konkretnych informacji, bombardując jedynie dantejskimi scenami, zaś zainfekowanych opanowujących miasto przybywa z minuty na minutę. Zostaliście pozostawieni na śmierć, ale się nie poddacie. Macie tylko jeden cel: przeżyć, zabijając przy tym tyle zombies, ile tylko się da!
Zdawać by się mogło, że serial z tak wyświechtanymi założeniami fabularnymi będzie nudny, a przebrnięcie przez dwanaście odcinków okaże się drogą przez mękę. Jednak już pierwszy odcinek okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem, sprawiając, że od razu z niecierpliwością zacząłem wyczekiwać kolejnych. Trzeba powiedzieć sobie bardzo wyraźnie, że nie można oczekiwać po „High School of the Dead” niczego odkrywczego, a jedynie liczyć na to, co już znamy, tyle że podane w nietypowej, jak na Japończyków przystało, oprawie. Fabuła rozwija się bardzo powoli, zgodnie ze schematem „nikt nic nie wie, ale walczymy i stajemy się coraz lepsi, a o przyczynie zarazy może dowiemy się pod koniec”. Przy czym należy mieć na uwadze, że serial nie ma na razie zakończenia – dwanaście odcinków odpowiada piętnastu rozdziałom mangi, czyli pierwszym czterem i pół tomom. Na chwilę obecną powstało ich sześć, można więc przypuszczać, że niedługo doczekamy się kolejnej serii na podstawie następnych tomów, później zaś dalszej, gdy Satō narysuje już odpowiednią ilość rozdziałów. Takie rozwiązanie może budzić pewne wątpliwości – z jednej strony miło, że twórcy serialu nie zdecydowali się na przedstawienie własnego zakończenia i pozostają wierni mandze, z drugiej jednak: czy nie można było od razu zrobić dwudziestu sześciu odcinków, a później odczekać tych kilka(naście) miesięcy na następne tomy, które posłużyłyby za fabułę drugiej serii? Cóż, prawa rynku to rzecz święta i mogą nam się nie podobać, ale skoro nie mamy na nie wpływu, nie pozostaje nam nic innego, jak delektować się serialem. Co prawda na kwiecień przyszłego roku zapowiedziano OAV, jednakże prawdopodobnie będzie ono liczyło tylko jeden odcinek, więc jedynie może zaostrzyć nasz głód.
A co serial ma do zaoferowania widzowi? Jak powiedziałem wcześniej – sporą schematyczność połączoną z dziwactwem Japończyków. Na dobrą sprawę „High School of the Dead” wygląda tak, jak wymienione we wstępie produkcje – konsternacja, walka, chwila oddechu na rozwinięcie fabuły i przedstawienie postaci, walka, znów chwila oddechu i tak w kółko. Trzeba jednak przyznać, że poszczególne elementy udało się zrealizować bardzo przyzwoicie – sceny walk kipią akcją, momentami naprawdę czułem się tak, jakbym w ogóle nie przerywał sesyjki w „Left 4 Dead” i grał dalej, tyle że komputerowych bohaterów zastąpiła grupka licealistów. Tworząc sceny akcji nie ograniczono się jednak do typowego niby-to-poważnego podejścia, wplatając w nie to, co tygryski lubią najbardziej, z panty-shotami i zbliżeniami na skaczące piersi na czele. W tym momencie dochodzimy jednak do tego, co nie każdemu widzowi musi się spodobać – „High School of the Dead” to tytuł na wskroś postmodernistyczny, tak więc ton poszczególnego odcinka może zmieniać się jak w kalejdoskopie. Na początku mamy zapierający dech w piersiach zombie-slasher, w połowie haremówkę ecchi, aby pod koniec całość przekształciła się w (melo)dramat. Moim zdaniem wyczucie oraz realizacja poszczególnych segmentów są dobrze zrównoważone, co jednak nie dla każdego będzie zaletą, mogąc być czynnikiem odrzucającym od serialu. Przed zapoznaniem się z serią najlepiej będzie nie nastawiać się na coś, co da się łatwo zaszufladkować w kategoriach „horror”, „ecchi”, „dramat” czy „akcja”, a przygotować się na gatunkowy miks z odniesieniami do popkultury i różnymi zabawami konwencją, takimi jak chociażby ocieranie się o „burzenie czwartej ściany” czy stosowanie techniki super deformed.
Wierność mandze okazała się być jednak najpoważniejszym minusem serii. Ci, którzy wcześniej zapoznali się z komiksem, nie zostaną niczym zaskoczeni, a w najlepszym wypadku poczują się uprzywilejowani względem tych, którzy go nie znają. W ferworze walki i skaczących piersi niektóre wątki zostały zepchnięte na dalszy plan, pominięte bądź potraktowane po macoszemu, sprawiając, że niektóre sytuacje czy motywacje bohaterów mogą wydawać się cokolwiek chaotyczne bądź mało zrozumiałe. Jeśli ktoś rozpoczął swoją przygodę z tytułem od serialu, dobrym rozwiązaniem będzie po jego zakończeniu zabrać się za mangę – co prawda przechodzenie po raz drugi przez tę samą historię może być nużące, ale niektóre wątki staną się dzięki temu bardziej klarowne.
Ogromnym zaskoczeniem okazała się nie tylko lekkostrawność i magnetyzm serialu, ale także bardzo solidne wykonanie. Oprawa graficzna jak na serial prezentuje się nad wyraz dobrze. Wszystkie elementy – od projektów postaci, poprzez scenografie, na animacjach skończywszy – wykonane zostały na tyle starannie, że niektóre OAV mogłyby bić „High School of the Dead” pokłony. Chwali się duża różnorodność lokacji, jaką odwiedzą bohaterowie, spośród których – niczym w porządnej grze komputerowej – każda ma swój unikalny klimat, potrafiąc jednocześnie zaskoczyć szczegółowością wykonania. Nieźle prezentują się również sceny „zbiorowe”, w których na ekranie widać wiele postaci – ludzi, zombies bądź tych pierwszych starających się odeprzeć atak drugich. Zamieszczone pod recenzją kadry prezentują się bardzo obiecująco, zaś widząc to wszystko w ruchu nie traci się nic z przyjemności oglądania.
Osobną sprawą jest udźwiękowienie, które również wypada przyzwoicie. Dobór seiyū i ich gra głosem jest dobra, co w przypadku anime nie powinno być zbytnim zaskoczeniem – w końcu pod tym względem Japończycy są zazwyczaj bardzo solidni. Trudno co prawda mówić o czymś nadzwyczajnym, ale nie ma się też zbytnio do czego przyczepić – ten element został zrealizowany po prostu przyzwoicie. Muzyka również sprawia przyjemne wrażenie – wykonywany przez Kishidę Kyōdan opening wpada w ucho opening, zaś tło dźwiękowe jest odpowiednio zróżnicowane, do każdego typu scen dobrano odpowiednie kompozycje, znakomicie wpisujące się w poszczególne sytuacje. Bardziej oblatani w horrorze widzowie bez trudu powinni zauważyć, że w pierwszym i drugim odcinku w tle przygrywa fragment utworu „In the House – In a Heartbeat” z „28 dni później”. Co prawda nie każdy musi wiedzieć, iż pochodzi on z tego właśnie filmu, jednakże motyw jest na tyle charakterystyczny, że większości widzów po usłyszeniu go w głowie powinna zapalić się żaróweczka.
„Gakuen mokushiroku: High School of the Dead” okazała się serią nad wyraz zaskakującą. Wcześniej miałem co prawda styczność z mangą, nie przypuszczałem jednak, że uda się ją przekuć na tak udaną animację. Wiedziałem, że mogę spodziewać się akcji, horroru, ecchi, dramatu, nie zaskoczyły mnie zwroty fabularne, ale mimo wszystko od razu kupiłem tę historię w formie animowanej, która zafrapowała mnie nie mniej, aniżeli komiks. Mamy do czynienia z tytułem solidnie zrealizowanym, interesującym, będącym jednocześnie rzeczą sztampową i oryginalną. Przy odpowiednim nastawieniu można się przyń znakomicie bawić, aczkolwiek najlepiej nastroić się na relaksujący odmóżdżacz.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Tetsuro Araki |
| Kompozycja serialu | Yousuke Kuroda |
| Scenariusz | Yousuke Kuroda |
| Twórca oryginału | Daisuke Satō, Shoji Sato |
| Projekt postaci | Masayoshi Tanaka |
| Wykonanie piosenek | Maon Kurosaki, Kishida Kyōdan |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Junichi Suwabe | Takashi Komuro |
| Marina Inoue | Rei Miyamoto |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Ayana Taketatsu | Arisu Maresato |
| Eri Kitamura | Saya Takagi |
| Junko Takeuchi | Rika Minami |
| Kishō Taniyama | Kōichi Shidō |
| Mamoru Miyano | Hisashi Igō |
| Miyuki Sawashiro | Saeko Busujima |
| Nobuyuki Hiyama | Kōta Hirano |
| Yukari Fukui | Shizuka Marikawa |