Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Anime Heaven
Inner World - Polski Portal jRPG
Rei Official Website
Anime Dream
Japonia Dream i Japan Horror
Kyaa - animacja, kultura japońska, manga
Anime-Games-World
 
 

Ocena recenzenta

8.0
Scenariusz
10.0
Pomysł
8.5
Modele/obiekty
8.5
Scenografia
8.0
Animacja
9.5
Poetyka obrazu
9.0
Muzyka
 
9.0
Ogółem
 
 

Zespół redakcyjny

8.0
Scenariusz
10.0
Pomysł
8.5
Modele/obiekty
8.5
Scenografia
8.0
Animacja
9.5
Poetyka obrazu
9.0
Muzyka
 
8.8
Ogółem
 
Oceny: 2
 
 

Dane podstawowe

 

Bakemonogatari


 
Bakemonogatari

Akaiukiego Shinba zabawa obrazem i słowem. Piętnaście odcinków przepełnionych inteligentną, surrealistyczną (a nawet dadaistyczną) żonglerką motywami, symbolami i stereotypami z dodatkiem przenikliwej obserwacji gustów współczesnego widza. Jednocześnie świetna rozrywka jak i kopalnia ukrytych smaczków.

 
Produkcja
Serial TV
Premiera
3.07.2009
Ocena redakcji8.80
(dozwolone od lat 16)
dozwolone od lat 16
 
Użytkownicy
ocena
fragmentu
ocena
całości
8.29 (14)
7.67 (9)
Zaloguj się, aby móc oceniać.
 
odcinki 15 x 24 min - łącznie 360 min
przypisania
ta recenzja Tassadar   (12.11.2010) Ocena:   OcenaOcenaOcenaOcenaOcena   9.00
 
Tanuki
 
 
 

Recenzja

 

Stworzyć anime wedle własnego widzimisię i to w dodatku takie, by zainteresować widzów, nie jest rzeczą łatwą. Nawet jeśli scenariusz wydaje się bezkonkurencyjny, obsada złożona z samych utalentowanych i idealnie dobranych twórców, a budżet pozbawiony odgórnego limitu, jest masa rzeczy, które mogą po drodze pójść nie tak jak powinny. Gdy nawet jakimś cudem uda się spełnić powyższe warunki, zawsze pozostaje armia producentów gotowych dla zysku zadusić w zalążku każdy nowatorski pomysł, wybredna widownia wywierająca presję na autorów, zwłaszcza podczas prac nad znanymi adaptacjami, i cenzorzy czatujący na najmniejszy pretekst do chwycenia w dłoń nożyczek. Wobec czyhających zewsząd komplikacji trzeba nie lada uporu, konsekwencji, ale też autorytetu, by doprowadzić rzecz do końca po swojej myśli.


Osobą o tak istotnej pozycji jest w studiu SHAFT bez wątpienia reżyser Akaiuki Shinbō. Niemal każde anime tam powstające jest naznaczone jego nazwiskiem, a jego wkład widoczny jest gołym okiem dla każdego, kto miał okazję poznać charakterystyczny styl reżyserii. Obok na przykład Masaakiego Yuasy, Hayao Miyazakiego czy Mamoru Oshiiego należy do wąskiej grupy ludzi mających o wiele większy komfort pracy niż znakomita większość branży. Oczywiście nawet takie osobistości nie są na problemy całkowicie odporne - 3 ostatnie odcinki recenzowanego tytułu studio wydało dopiero w internecie i na DVD, bo na przekroczenie kanonicznej ilości 12 odcinków nie zgadzała się telewizja. „Bakemonogatari” stanowi ukoronowanie wolności Shinba jako reżysera, stawiając na nieskrępowaną swobodę w realizacji nawet najbardziej ekscentrycznych pomysłów. Owe bachanalia trwają w zasadzie bez przerwy, niekiedy przysłaniając nie mniej godne odnotowania aspekty produkcji. Stało się to źródłem zarówno zażartej krytyki, jak i niebiańskiego uwielbienia, a widzowie z niesłychaną zawziętością dawali upust swym emocjom na forach internetowych, co tylko przysparzało serialowi popularności. Trudno się temu dziwić - „Bakemonogatari” nie jest bowiem autorskim projektem SHAFTa, ale adaptacją znanych light novel NisiOisiNa i Vofana, stanowiących część szerszego projektu o nazwie Monogatari. Oryginał to romans pełen błyskotliwych dialogów, ciekawych spostrzeżeń na temat ludzkiej natury i paranormalnych zjawisk, czyli dokładnie taki materiał, przy którym Shinbō czuje się jak ryba w wodzie. Jako że sam reżyser także jest bystrym obserwatorem ludzkich osobowości, otrzymujemy w efekcie zestawienie momentami zabójcze.


Pozornie wszystko jest dość proste. Wyleczony z wampiryzmu uczeń liceum pomaga po kolei kilku koleżankom w rozwiązaniu ich własnych problemów ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, przy okazji wprowadzając każdą z dziewczyn w stan zakochania. Romansowe podteksty w każdym z przypadków oraz spore dawki fanserwisu (a i momentami wcale nie tak silnie zawoalowane erotyczne podteksty) przyczyniły się z miejsca do przyklejenia „Bakemonogatari” łatki haremówki. Na szczęście ich rola jest nieco bardziej rozbudowana niż tylko radowanie męskiej części widowni. Otoczka ecchi służy też celom parodystycznym. Shinbō ostrze własnej satyry skierował nie tyle, jak do tej pory, w stronę codzienności japońskiego społeczeństwa (tą rolę pełnią serialu zaczerpnięte z light novel dialogi), co bardziej ku widowni anime. W odróżnieniu od dotychczasowych tytułów poruszających się w świecie , nie podejmuje w sposób krytyczny tematyki całej społeczności fandomu ani też nie polemizuje z gustami i życiem hobbystów. Zamiast tego skupia się na specyfice odbierania produktu przez widzów, używając bodajże każdego chwytu, jaki przez te wszystkie lata twórcy anime wykorzystywali w swoim repertuarze.


Kluczem do zrozumienia istoty sprawy jest właśnie owa tak chętnie szufladkowana „fanserwisowa” formuła. Główny bohater reprezentuje sobą widza, to z nim i z jego przemyśleniami można się identyfikować. Araragiego otaczają dziewczęta posiadające pełen zestaw cech postaci występujących we współczesnym głównym nurcie anime. Za ich pomocą ekipa podejmuje się swoistej pielgrzymki śladami motywów, zwłaszcza w aspekcie kreowania bohaterek na niestrudzone kusicielki klejące się do protagonisty i usiłujące zatrzymać go tylko dla siebie. Fruwająca bielizna, ponętne gesty i wypowiedzi, tsundere, nekomimi i co tam jeszcze dusza zapragnie. Notabene, Araragi nie pozostaje jedynie biernym uczestnikiem wydarzeń, komentując, krytykując i balansując na granicy stanowiącej czwartą ścianę, w taki sposób, by nigdy nie odnieść się wprost do samego anime. Przydawanie „Bakemonogatari” nadmiernych ambicji i rozbudowanego drugiego dna jest jednak równie mylące, co wciskanie z uporem w określone ramy. Wnioski są proste i bezpośrednie. Serial serwuje odrobinę autoparodii i nieco niezbyt stanowczej krytyki obecnego rynku na przemian z jego przekorną (?) pochwałą. Nie jest to więc nic nowego, ale wysoki poziom prezentowanego dowcipu i nieograniczona fantazja w wynajdywaniu kolejnych karykatur silnie wybijają tytuł z tłumu.


Innym atrakcyjnym zagadnieniem, jakie wypłynęło przy okazji premiery tytułu, stała się warstwa językowa. Rozbudowane dialogi, pełne pozornie abstrakcyjnych tematów, potrafią początkowo przytłoczyć i wymagają poświęcenia, cierpliwości oraz nieustannej uwagi. Wysiłek jest nagrodzony po stokroć, a trudność akceptacji nietypowej formy tkwi w różnicach kulturowych. Zawiłe konwersacje niemal bezpośrednio czerpane z light novel stanowią inteligentną zabawę słowem i gramatyką języka japońskiego. Są błyskotliwe, zabawne, ale też absolutnie bezlitosne dla odbiorcy nie będącego rdzennym Japończykiem bądź nie władającego tamtejszą mową w wystarczająco biegłym stopniu. Niżej podpisany może z cała stanowczością zaświadczyć, że znajomość japońskiego pozwalająca na standardową konwersację o pogodzie, w starciu z lingwistycznymi grami polega sromotnie. Zdarzały się co prawda chlubne wyjątki, kiedy z satysfakcją odkrywałem, że nadążam za ukrytymi znaczeniami, ale bez wsparcia w postaci źródeł objaśniających i wyszukujących znaczenie ujęć na dłuższą metę się nie obejdzie. Sprawy nie polepszy żaden przekład, a w przypadku zagranicznych wydań tłumacze na całym świecie będą rwać włosy z głowy. Jako że czas ekranowy jest bardzo intensywnie zagospodarowany rozmowami, należy wziąć ten aspekt pod uwagę przy decydowaniu się na oglądanie „Bakemonogatari”.


Na szczęście język obrazów jest już medium uniwersalnym i niezależnym od barier lingwistycznych czy kulturowych. Tym razem swoje trzy grosze dołożyła ekipa SHAFTa z reżyserem na czele, pozazdrościwszy autorowi oryginału nieskrępowanej zabawy. W warstwie wizualnej zastosowali dotychczasowe doświadczenia znane z poprzednich tytułów, wykorzystując jednocześnie cały szereg nowości lub udanych pomysłów podpatrzonych u innych twórców. Najbardziej charakterystyczne są nagłe przeskoki pomiędzy ujęciami, często obejmujące zbliżenia twarzy, migające dosłownie na ułamek sekundy plansze z dziwnymi wstawkami, a także masa abstrakcyjnych albo surrealistycznych grafik. Nagminnie występuje łączenie czarno-białej fotografii z animacją, „postarzanie” obrazu, filtry i przeskoki między technikami rysowania. Wiele spośród tych chwytów to jedynie wizualne eksperymenty powstałe dla samej frajdy wynikającej z ich tworzenia, ale autorzy postarali się zawrzeć w nich jak najwięcej zmyślnie ukrytych „premii” dla spostrzegawczego widza. Wystarczy wspomnieć pokój jednej z bohaterek wytapetowany gazetami albo poukrywane, jednowyrazowe komentarze do sytuacji na ekranie. Są to wszystko drobne, ale miłe dodatki, przy których często przydaje się z kolei znajomość znaków kanji stosowanych do żartobliwych podpisów. Nie sposób dostrzec wszystkiego za pierwszym (a pewnie nawet i za piątym) razem, dzięki czemu do każdego odcinka „Bakemonogatari” przyjemnie się wraca, za każdym razem odkrywając coś nowego. Oczywiście dla kogoś chcącego poznać wszelkie detale od razu ilość szczegółów może stanowić przeszkodę. Warto wówczas pogodzić się z tym faktem i polowanie na rozmaite smaczki zostawić sobie na drugi, czy nawet trzeci seans.


Nietypowa strona wizualna tytułu nie służy tylko do zakamuflowania konkretnych pojęć i aluzji. Jest też bardzo wysmakowana estetycznie, zwłaszcza pod względem użycia kształtów, kolorów i oświetlenia do budowania nastroju. Mimo że momentami uproszczone, pozwalają na błyskawiczne i płynne przejścia z jednej konwencji gatunkowej w drugą. „Bakemonogatari” jest w jednej chwili komedią, by za chwilę zmienić się w rasowy horror, romans czy anime akcji. Żonglerka motywami staje się często pretekstem do parodiowania pewnych stereotypów w anime i elementów kultury masowej. W porównaniu do „Sayōnara Zetsubō-sensei” są one bardziej niszowe i częstokroć niezrozumiałe dla osób nie zaznajomionych z parodiowanym elementem, jak choćby pochodzące z forum graficznego 4chan zdjęcie będące inspiracją dla tysięcy krótkich komiksów, tu nawiązujące do pierwszej pracy na jego podstawie. Najwyraźniej karykaturalna strona serialu uwidacznia się w różnorodnych openingach, nawiązujących do określonych typów anime nie tylko wizualnie, ale i muzycznie.


Ścieżka dźwiękowa jest zresztą kolejnym interesująco przygotowanym elementem. Spektrum utworów jest bardzo szerokie, od niemalże westernowych brzmień po j-popowe przeboje śpiewane przez znane seiyū z obsady tytułu. Muzyka w znaczący sposób ułatwia wspomniane przeskoki pomiędzy gatunkami – momentalnie dostraja się do akcji i sprawia, że mimo gwałtowności przejść nie dają się one we znaki. Warto podkreślić też dobre, bo oparte na sprawdzonych ludziach aktorstwo. Celny dobór seiyū podkreśla siłę dialogów i bardzo wyraźnie zarysowuje charaktery postaci, choć wobec przytłoczenia scenariusza całą masą innych atrakcji może to umknąć uwadze albo zostać wzięte za oczywistość.


Przechodzimy tym samym do kwestii zasadniczej, czyli symbolicznej, punktowej oceny tytułu. „Bakemonogatari” korciło mnie w tej materii pełną i stanowczą dziesiątką. Jednakże po głębszym namyśle i zatrzymaniu się nad wszystkimi za i przeciw dostaje „zaledwie” dziewięć punktów. Jednocześnie, jeśli za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat ktoś zapyta, jakie dla anime było pierwszych dziesięć lat dwudziestego pierwszego wieku, to wówczas bez wahania polecę mu ową mieszankę, która w piętnastu odcinkach doskonale ilustruje panujące w tym czasie trendy. Na dobitkę sprzedaż płyt w pierwszym tygodniu przewyższyła nawet „K-on!”, co można rozpatrywać w kategorii małego cudu i choćby za to należy się uznanie. Jest to też dowód, że widzowie nie mający problemu z kontekstem i formą jednoznacznie wypowiedzieli się na temat jakości tytułu.


Tak słowem zakończenia i w nieco gorzkawym tonie - paradoksalnie „Bakemonogatari” okazało się w pewnym sensie łabędzim śpiewem Shinba, który osiągnął przy jego realizacji apogeum swoich możliwości. Jego kolejne anime z „Dance In the Vampire Bund” na czele zaczęły powoli pogrążać się w coraz mocniej odczuwalnej wtórności. Albo reżyser przy tej okazji wykorzystał większość swych pomysłów, albo też nabrał zbytniej pewności siebie i przekonania co do słuszności obranej drogi. Dla świata anime szkoda, by tak się to skończyło. Póki co, oglądajcie, bo odpukać, może się okazać, że nic lepszego spod ręki Shinba już nie wyjdzie.


 
 

Komentarze

 
 

Przykładowe kadry

 

Twórcy

Funkcja Imię i nazwisko
Reżyseria Tatsuya Oishi, Akiyuki Shinbō
Kompozycja serialu Fuyashi Tou
Muzyka Satoru Kousaki
Twórca oryginału NisiOisiN
Oryginalny projekt postaci Vofan
Projekt postaci Akio Watanabe
Scenografia Toshiharu Iijima
Reżyseria dźwięku Yōta Tsuruoka
 
 

Obsada

W rolach głównych
 
Imię i nazwisko Postać
Hiroshi Kamiya Koyomi Araragi
W pozostałych rolach
 
Imię i nazwisko Postać
Chiwa Saitō Hitagi Senjougahara
Emiri Katou Mayoi Hachikuji
Eri Kitamura Karen Araragi
Kana Hanazawa Nadeko Sengoku
Miyuki Sawashiro Suruga Kanbaru
Takahiro Sakurai Meme Oshino
Yui Horie Tsubasa Hanekawa
Yuka Iguchi Tsukika Araragi
 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
 •
Forum
 •
Galeria
Linkownia
 »
Katalog
,
Lista