Słynna wojowniczka Deunan i scyborgizowany superman Briareos nadal są partnerami w ESWAT. Ich prywatny związek komplikuje pojawienie się bioroida Tereusa. Jednak prawdziwe kłopoty dopiero się zaczną. Szykuje się bowiem kolejny atak na Olimp, który może zagrozić całemu światu...
| odcinki | 1 x 105 min - łącznie 105 min | |
| przypisania | ||
| związane | Appleseed (2004) - prequel |
|
| ta recenzja | Ai Wan (5.03.2009) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 4.00 |
Większość ludzkości kojarzy nazwisko, czy raczej pseudonim Masamune Shirow z tytułem „Ghost in the Shell”. Prawdopodobnie większość także na tym tytule poprzestaje, co w tym przypadku bynajmniej nie jest zarzutem, gdyż jest się w co zagłębiać. Zarówno manga, jak i jej animowane ekranizacje, doczekały się na całym świecie wiernej rzeszy fanów. Podobne zjawisko zaczęło dotyczyć nieco starszej serii autorstwa Shirowa – „Appleseed” – gdy w 2004 roku pojawiła się wysokobudżetowa, druga już w pełnym metrażu animacja, tym razem z założenia będąca pierwszą częścią trylogii opartej na czterotomowej mandze. Potem poszło już z górki: gra na playstation 2, druga część sagi, seria telewizyjna. O ile jednak „Ghost in the Shell” miał szczęście do udanych adaptacji, o tyle w przypadku „Appleseeda” zabrakło go w zasadzie już na początku rozkręcania globalnej machiny marketingowej. Pasuje tu jak ulał powiedzonko, że góra urodziła mysz. Na razie nie znam gry ani serialu, stwierdzenie to odnoszę więc póki co do kontynuacji trylogii.
Japońska lista płac sequelu może przerazić długością, jednak w tym przypadku ilość zdecydowanie nie przeszła w jakość. Całość prezentuje się mniej niż przeciętnie, co po całkiem niezłym początku z 2004 roku jest grzechem trudnym do wybaczenia. Zważywszy na potencjał mangowej twórczości Shirowa, można się było spodziewać ciekawej kontynuacji sagi ze sprawnie wplecionymi nowymi wątkami oraz zarówno zaskakującymi zwrotami akcji, jak i wtrętami metafizycznymi. Elementy te w „Appleseed: Ex Machina” niewątpliwie się pojawiły, jednak potraktowanie ich na modłę hollywoodzką dało w konsekwencji niemal parodię.
Nowym wątkiem w tym przypadku są bioroidy bojowe, reprezentowane przez Tereusa, prototyp stworzony na bazie DNA Briareosa. Spięcia w trójkącie Tereus-Deunan-Briareos pokazane są w sposób rażący przerysowaniem emocji i reakcji bohaterów na zupełne błahostki. Nawet Tereus, z założenia emocji nie odczuwający, przy Deunan jakby nieco kruszeje, co jest wysoce nieuzasadnione, gdyż momentami zachowuje się ona jak niedoświadczona panienka rozdarta między dwoma mężczyznami. Finałowe zjednoczenie w boju przeciw wspólnemu wrogowi człowieka, bioroida i cyborga tchnie sztucznym patosem, podkreślonym jeszcze przez fatalne dialogi i drażniącą muzykę. Patos bije też z prologu i pseudofilozoficznych komentarzy wygłaszanych przez Atenę i Nike po zwycięskiej walce wszechmocnej trójcy.
Scenariusz, bazujący wyraźnie na schemacie zastosowanym także w pierwszej części (w telegraficznym skrócie: największe zło uderza precyzyjnie w samym sercu stojącego na straży utopijnego pokoju Olimpu), usiłuje pokryć swą miernotę fabularnymi zawijasami z gatunku „ale o co naprawdę chodzi?” Nie zmienia to faktu, że po niedługim czasie łatwo się mniej więcej domyślić, co później nastąpi i kto po której stronie stoi. Próby uczynienia postaci mniej charakterologicznie czarno-białymi również zdają się spełzać na niczym, gdy rychło okazuje się, że zbrodnicza grupa używa wyrafinowanych technicznie metod manipulacji zarówno tłumami bogu ducha winnych mieszkańców Olimpu, jak i członkami ESWAT-u.
Zdecydowanie najstaranniej, co nie znaczy, że choć trochę powyżej przeciętnej, zajęto się grafiką. Wszakże i tu nie uniknięto ogólnej mizerii, biorąc pod uwagę techniczne możliwości. W efekcie strona wizualna filmu ani się umywa do „Appleseeda” z 2004 roku, gdzie zafrapowało mnie ostre, kontrastowe zderzenie „rysunkowych” postaci ze scenografiami tak przemyślnie obrobionymi komputerowo, że momentami wyglądały na „żywe” zdjęcia (ruiny w początkowej sekwencji walki Deunan z cyborgami!). „Ex Machina” jest pod tym względem bardziej jednolita, zabrakło tu tradycyjnej animacji, co zdaje się być wadą. W związku z tym postaci prezentują się w najlepszym razie poprawnie – Atena i Yoshitsune nawet nieco lepiej niż w pierwszej odsłonie, a w najgorszym wręcz groteskowo; szczytem wszystkiego jest przesłodzony wygląd Tereusa, który pasuje do swego pierwowzoru jak pięść do nosa. Ciężko wybaczyć ewidentne spapranie postaci kobiecych: Nike jest po prostu brzydka, Hitomi ma „amerykańską” fryzurę, nawet Deunan w kreacjach od Prady wygląda co najmniej dziwnie. Jako tako bronią się modele mechów, choć ich ruchy bywają nieprawdopodobnie gibkie, a Deunan na początku finałowej walki wygląda jak cukierek, gdyż jej maszyna ma kolor... wściekle różowy.
Scenografię i animację można skwitować jednym stwierdzeniem – dalekie od poprawności. Cóż, jeśli utopia, to pełną gębą, Olimp nadal wygląda jak raj na ziemi, choć dzieją się w nim sceny iście piekielne. Na domiar złego, w porównaniu z pierwszą częścią trylogii, spora ilość teł jest zwyczajnie niechlujna. Animacji nie pomogła technika motion capture, ruchy postaci bywają wręcz pokraczne, mimika też pozostawia wiele do życzenia.
Teraz już chyba braknie mi adekwatnych słów krytyki. Zdaję sobie sprawę, że ciężko mnie zadowolić jako fachowca, ale oprawa muzyczna w tym przypadku jest zdecydowanie poniżej elementarnego poziomu przyzwoitości. Original score z jednej strony jest do tego stopnia nijaki, że wręcz pomijalny w percepcji, a z drugiej potrafi zdenerwować tanim efekciarstwem (znów nieszczęsna finałowa walka!). Jego twórca, Tetsuya Takahashi, w poprzednim „Appleseedzie” wywiązał się z zadania poprawnie, nawet zapadł mi w pamięć uroczy fragment z melodią fletu i harfy, towarzyszący pierwszej nocy Deunan w Olimpie. Był to chyba jednak tylko przebłysk światła w mroku rzemieślniczej, nieudolnej orki. Moje zniesmaczenie soundtrackiem „Ex Machiny” podpieram tu opinią kolegi redaktora na temat muzyki do filmu „Resident Evil: Degeneracja”, również autorstwa Takahashiego.
Na tym jednak nie koniec kanonady, gdyż, podobnie jak w pierwszej części sagi, mamy tu do czynienia z kompilacją muzycznych kawałków różnych twórców. „Appleseed” pod tym względem dostarczył mi wiele przyjemnych wrażeń; świetne numery z szeroko pojętego kręgu techno, zwłaszcza dynamiczny opening, wręcz zaskoczyły mnie wysokim poziomem wykonania, jako że za tym gatunkiem akurat nie przepadam. Soundtrack „Ex Machiny” zabija przeraźliwą nudą mimo nawet dłuższej listy autorów. Opening i ending wprost wołają o pomstę do nieba... Słowem: nędza, ani jednego przyzwoitego kawałka.
Komu polecić ten film? Szczerze mówiąc, w pierwszym odruchu miałbym ochotę napisać – nikomu. Wynika to z wyjątkowo fatalnego rozczarowania. „Appleseed” wzbudził u mnie apetyt na nieco więcej dobrej, niespecjalnie wymagającej, ale też niegłupiej rozrywki. Ponadto urzekła mnie postać Deunan, nad wyraz ciesząca oko i w miarę spójna psychologicznie – rzec można, że wręcz się zakochałem. Niestety, uczucie to prysło chyba bezpowrotnie po obejrzeniu sequelu. Trzecią część zobaczę prawdopodobnie tylko po to, by się przekonać, czy można z mangi Shirowa zrobić jeszcze większego gniota niż „Appleseed: Ex Machina”. Wszakże zdaję sobie sprawę, że moja miażdżąca recenzja o tak dużej dawce subiektywizmu nie musi przekonać wszystkich, a jedynie grupkę odmieńców o dość specyficznych upodobaniach. Żeby skończyć optymistycznym akcentem: polecam obie dotychczasowe odsłony „Appleseeda” jako maraton z lekka „odmóżdżający”, najlepiej z przestawieniem chronologii części, na czym całość przekazu raczej nie ucierpi – w końcu prequele też się od jakiegoś czasu praktykuje. Niektórym „Ex Machina” przydać się może także w sytuacjach typu „potrzebuję kina, ale nie filmu”, gdyż znajdą się tu i całkiem ładne obrazki, i sceny damsko-męskie mogące służyć za bodziec do dyskusji (akcji bezdyskusyjnych raczej próżno tu szukać...), i walki nadające się, podobnie jak imprezy sportowe, do oglądania i komentowania przy piwie w męskim gronie...
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Shinji Aramaki |
| Scenariusz | Kiyoto Takeuchi |
| Scenopis graficzny | Atsushi Takeuchi, Katsuhito Akiyama, Kazuyoshi Katayama, Seiji Mizushima, Shinji Aramaki |
| Muzyka | Tetsuya Takahashi |
| Oryginalna manga | Masamune Shirow |
| Projekt postaci | Masaki Yamada |
| Projekt obiektów mechanicznych | Takeshi Takakura |
| Reżyseria grafiki komputerowej | Yasuhiro Ohtsuka, Yasushi Kawamura |
| Choreografia walk | Tatsuro Koike |
| Scenografia | Kazushige Kanehira, Nobuhito Sue, Yuuho Taniuchi |
| Reżyseria dźwięku | Yōta Tsuruoka |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Ai Kobayashi | Deunan |
| Kouichi Yamadera | Briareos |
| Yuuji Kishi | Tereus |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Gara Takashima | Athena |
| Rei Igarashi | Nike |
| Miyuki Sawashiro | Hitomi |
| Yasuyuki Kase | Yoshitsune |
| Takaya Hashi | Dr Kestner |
| Naoko Kouda | Dr Xander |
| Shinpachi Tsuji | Commander Lance |
| Kuwata Kong | Aeacus |