W następstwie tragicznego w skutkach kataklizmu, Ziemia stała się postapokaliptycznym pustkowiem. Na Wielkiej Pustyni Kantō życie jest ciężkie, a ludzie bezlitośnie walczą o każdą szklankę wody. Jest wśród nich legendarny najemnik Sunabōzu – straszliwy wojownik, jak powiadają niektórzy, z piekła rodem. Do tego erotoman-gawędziarz.
| odcinki | 24 x 24 min - łącznie 576 min | |
| przypisania | akcja, komedia, science-fiction | |
| produkcja | G.D.H., Pony Canyon, Uni-Animation | |
| animacja | GONZO | |
| ta recenzja | Tassadar (18.11.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 7.00 |
War... War never changes... Ach, przepraszam, to nie ta historia, choć z początku wydawać by się mogło, że miłośnikom komputerowej sagi „Fallout” i nieśmiertelnego filmowego cyklu „Mad Max” dane będzie znaleźć odzwierciedlenie powyższych tytułów na klatkach animowanej opowieści. Samotny wędrowiec postawiony przed problemami zdemoralizowanego świata, gdzie nie ma nikogo, kto stałby po stronie prawa, zaś jedyną wartością, jaka znajduje uznanie, jest brutalna siła. Wymienione wcześniej przykłady są dowodem na skuteczność i niewątpliwą atrakcyjność prezentowanej tematyki, dając twórcom podobnych obrazów spore szanse na zarówno sukces komercyjny, jak i przemycenie wielu głębszych treści odwołujących się do pierwotnych obaw ludzkości. Po upadku bloku komunistycznego strach przed atomowym kataklizmem co prawda zmalał, ale w narodach wciąż drzemią lęki, będące inspiracją dla scenarzystów i reżyserów przy opracowywaniu historii światów po upadku nowoczesnej cywilizacji. Manipulacje genetyczne, wzrastające ceny ropy, wyczerpywanie się złóż surowców, terroryzm – to doskonała pożywka dla potencjalnie ciekawych pomysłów i odbicia lęków społeczeństwa na ekranie, rozważań nad nimi i przekazania przesłania, często w formie ostrzeżenia przed konsekwencją bezmyślności rządów.
Powyższego charakteru nabierały w historii anime produkcje mniej lub bardziej udane, czasem cierpiące z powodu niewykorzystanego potencjału, ale za to ambitne i niewątpliwie godne odnotowania („Trigun”, „Avanger”), opowieści w duchu klasycznej postapokaliptycznej przyszłości („Blue Gender”) lub też pełne filozofii i nawiązań historie („Ergo Proxy”, „Texhnolyze”). Nie jest to jednak kres dostępnych możliwości, wszak nie ma reguł zabraniających wykorzystać elementy komediowe, nadprzyrodzone czy kryminalne. Wszystko zależy od przyjętej konwencji, jednakże dla dobra anime prezentowana wizja powinna być spójna i konsekwentna. Wiele zależy tu od głównego bohatera. Zazwyczaj jest to typ samotnika, twardo walczącego o przetrwanie lub też poszukującego własnego „ja” w pustym zniszczonym świecie. Standardy te zostały przez lata nakreślone w kolejnych seriach, głównie ze względu na swą atrakcyjność, zarówno dla widza, jak i scenarzysty, mogącego realistycznie wprowadzić tak zaprojektowanego bohatera w dowolną sytuację potencjalnie napotykaną na pustkowiu.
Sunabōzu, znany też jako Kanta Mizuno, jest jak najbardziej oddalony od archetypu doświadczonego wędrowca. Można by wręcz odnieść wrażenie, że urwał się z przeciętnej haremówki prosto na Wielką Pustynię. Postać wzrostu bardziej nikczemnego niż Edward Elric, o lubieżnym spojrzeniu, kosmatych myślach i wrednym charakterze nie jest kimś, kogo zazwyczaj można by się spodziewać na stanowisku głównego bohatera, zwłaszcza w poważnej opowieści. Problem ten rozwiązano w najprostszy możliwy sposób. Zamiast dostosowywać postać do historii, poczyniono krok zgoła odmienny. Wszelkie wydarzenia w anime obracają się wokół charakteru, światopoglądu i zachowań Kanty, w wyniku czego „Sunabōzu” jest przede wszystkim komedią, zaś dopiero w dalszej kolejności odzwierciedleniem postapokaliptycznego świata. Nie jest to jednak ucieczka od trudnej tematyki w banalne schematy i wszechobecny humor. Wszystko to ma na celu łagodne wprowadzenie widza w realia, spowodowanie, by systematycznie dostrzegał drobne iskierki zmian, jakie tlą się od czasu do czasu w bohaterach, by w odpowiednim momencie stać się źródłem płomienia zmieniającego ich wnętrze. Wraz z upływem czasu stają się oni mniej dziecinni, twardsi, bardziej wyrachowani i odpowiedzialni, przy czym zmiany te nie biorą się znikąd. Ich zarzewie obecne było w każdym z nich od samego początku, zaś reżyser zadbał o to, by można to było przy odrobinie skupienia bez problemu zauważyć.
Pomimo tak subtelnie wplecionych poważnych wątków, nie należy podchodzić do „Sunabōzu” jak do dramatu. W momencie gdy opowieść nieuchronnie zmierza na nowe, poważniejsze tory, zostaje przerwana i pozostawiona niedopowiedziana do dalszej potencjalnej kontynuacji. Jest to wbrew pozorom słuszna decyzja, gdyż nagła zmiana formuły byłaby decyzją odbijającą się na harmonii całości. Ciąg dalszy, jeśli takowy zostanie zrealizowany, powinien być już czymś zupełnie odmiennym, nastrojową i mroczną opowieścią pozbawioną wszechobecnych błazeństw. Epikurejska i egoistyczna postawa Kanty nie jest jednak jedynie świadectwem utwierdzającym widza w komediowym charakterze anime. Jest wyrazem problemów dręczących ludzkość żyjącą na krawędzi. Podczas gdy niektórzy ze wszystkich sił usiłują odnaleźć spokojne życie w niewielkich społecznościach, koncentrując się na minimum niezbędnym do przetrwania kolejnego dnia, jest też spora grupa tych, którzy wyszedłszy z założenia, że każdy kolejny dzień może być ich ostatnim, bez zastanowienia pogrążają się w skrajnym hedonizmie. Tak oczywiste z pozoru pojęcia jak bezinteresowność, litość czy współczucie są dla nich abstrakcją. Nie tyle ze względu na brak zrozumienia, co fakt, iż nie dostrzegają oni sensu takich działań. Wszak nawet z pozoru biedne i spokojne wioski są siedliskiem ludzi, którzy są w stanie uzewnętrznić swe okrucieństwo, gdy tylko nadarzy się okazja. Każdy, nawet oddziały próbujące przywrócić ład na pustkowiu, nie zawahają się ani na moment przed oszustwem, zdradą i skazaniem innych na śmierć w imię własnych celów. Przypomina to mentalność pospólstwa wieków ciemnych, gdzie pozornie sielankowe życie w wioskach było w rzeczywistości pełne waśni, mordu i ukrytego zła. Pośród tego oceanu obłudy Sunabōzu, mimo spaczonego charakteru, jawi się jako człowiek przynajmniej szczery i otwarcie prezentujący swe idee całemu światu. Jego „towarzysze”, na czele z Kosuną, młodą adeptką sztuki najemniczej i Junko Asargiri, najemniczką bez oporów wykorzystującą swoje wdzięki do własnych celów, to typowi oportuniści, szukający w Kancie jedynie pomocy w realizacji ambicji i planów, choć i ich nastawienie zmienia się wraz z rozwojem charakteru głównej postaci.
Wracając jednak do bardziej przyziemnych spraw. Jak na komedię przystało, „Sunabōzu” potrafi wywołać na twarzy zarówno nieśmiały uśmieszek, jak i otwarty rechot. Należy przy tym z góry uprzedzić, iż prezentowany humor jest wybitnie koszarowy i nie wybiegający zbytnio poza sprawy związane z seksem, slapstickowe sceny i mało wyrafinowane żarty. Jest to ten rodzaj dowcipu, który u jednej połowy ludzi powoduje niekontrolowany chichot połączony z wykrzywieniem twarzy w upiornym grymasie, pełnym złośliwej ironii wobec moralności, zaś u drugiej co najwyżej zażenowanie i wymowne pukanie się w czoło. Jest niczym połączenie ostatniego odcinka „Excel Sagi” z „Green Green” i „Fullmetal Alchemist”, najprościej rzecz ujmując – esencja czystego chaosu bezmyślności i głupoty, zebrana w jedno, wstrząśnięta i zmieszana dla pogłębienia destrukcyjnego efektu. Każdy powinien obejrzeć przed ewentualnym seansem jeden odcinek i na jego podstawie zadecydować, czy jest w stanie wytrzymać dwadzieścia trzy podobne pozostałe. Taka decyzja jest w tym przypadku kluczowa, bowiem cześć widzów męczyć się będzie niemiłosiernie podczas seansu, jeśli zignorują ostrzeżenie i pomimo nie odpowiadającego im humoru zdecydują się na obejrzenie całości.
Jeśli nie jako czystej wody dramat postapokaliptyczny i nie komedia, ze względu na awersję do prezentowanego dowcipu, serial można też oglądać koncentrując się jedynie na akcji, pojedynkach na pustkowiu między bandytami, wędrowcami, żołnierzami w pancerzach wspomaganych, cyborgami i całą masą innego futurystycznego towarzystwa. Trzeba przyznać, że ten aspekt anime prezentuje się różnie, głownie ze względu na nietypową animację i kreskę, do której trzeba z początku przywyknąć. Styl rysowania bardzo charakterystyczny, postacie i obiekty obramowano grubą kreską i wypełniono matowymi, monotonnymi kolorami, zaś twarze są często maksymalnie uproszczone. Jest to jednak zabieg celowy, który w świecie ruin i mizernych pozostałości cywilizacji doskonale sprawdza się w oddawaniu nastroju. Animacja mogłaby być jednak zdecydowanie bardziej szczegółowa, na czym walki zdecydowanie by zyskały – tak muszą posiłkować się przede wszystkim pomysłowością i nieprzewidywalnością wydarzeń. Kanta w zwalczaniu przeciwników posługuje się przede wszystkim strachem i oszustwem. Wojna psychologiczna z wrogiem okazuje się zresztą bardzo efektywna, częstokroć pozwalając na pokonanie grup przeciwników w sensowny i, co ważniejsze, realistyczny sposób. Nie ma tu mowy o supermocach i magii (chyba że w konwencji wybitnie komediowej), cwanemu wojownikowi wystarcza wierny winchester i odrobina sprytu. Na plus należy zaliczyć umiar i wyjątkowe wyczucie w stosowaniu efektów komputerowych, które uświadczymy jako odblask od gładko wypolerowanej powierzchni hełmu czy wsparcie w tworzeniu pożółkłego krajobrazu zrujnowanych wieżowców pokrytych grubą warstwą piasku i kurzu, choć ewidentnie monotonnych i pozbawionych przesadnej szczegółowości.
Innym elementem oprawy, jaki zdecydowanie sprawdza się w „Sunabōzu”, ale także wykazuje pewne braki jeśli chodzi o jakość i zaangażowanie, jest tło muzyczne i gra seiyū. Przygrywające w tle utwory doskonale komponują się z obrazem, ale też nie zapadają w żaden sposób w pamięć. Z kolei aktorzy podkładający kwestie pod postaci wypadli co najwyżej przeciętnie, jeśli nie liczyć dwóch przypadków, mianowicie Chichiro Suzuki w roli Kanty (jest to świetny przykład znakomitego wykorzystania potencjału tkwiącego w postaci, porównywalnego z klasą Megumi Hayashibary w roli Liny Inverse) oraz niezrównanego Norio Wakamoto, znanego szerszej publiczności jako głos imperatora z „Code Geass” i idealnie wręcz dobranego do swej roli.
„Sunabōzu” w ostatecznym rozrachunku nie kroczy ścieżką wytyczoną przez „Mad Maksa” i podobne mu produkcje. Historia wielokrotnie nawiązuje do sprawdzonych i znanych problemów postapokaliptycznego świata, ale robi to nienachlanie, nie siląc się na zbytnie filozofowanie mimo niezaprzeczalnie dostrzegalnych przemyśleń na temat ludzkiej natury. To opowieść rozrywkowa, dla widza zdolnego śmiać się z żołnierskiego i prostackiego dowcipu, która od czasu do czasu przemyca parę głębszych treści w tle, tak by wyrobiony widz mógł nacieszyć się nimi w przerwie pomiędzy napadami wesołości lub zażenowania. Nie jest to serial, który wspominać się będzie przez lata, ale z całą pewnością należy i warto dać mu szansę.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Takayuki Inagaki |
| Kompozycja serialu | Hiroshi Yamaguchi |
| Skrypt | Hiroshi Yamaguchi |
| Muzyka | Kouhei Tanaka |
| Twórca oryginału | Masatoshi Usune |
| Projekt postaci | Takahiro Yoshimatsu |
| Scenografia | Shinichi Tanimura |
| Reżyseria animacji | Hiroki Sugawara |
| Oryginalna manga | Masatoshi Usune |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Chihiro Suzuki | Sunabouzu |
| Tomoko Kotani | Junko Asagiri |
| Chiwa Saitō | Kosuna |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Jirō Saito | Fuyuo Kawaguchi |
| Norio Wakamoto | Amagumo |
| Wotoya Kawano | Haruo Kawaguchi |
| Yasuhiro Takato | Akio Kawaguchi |
| Ikkei Seta | Mugenya |
| Tamio Ohki | Narrator |
| Yoichi Masukawa | Tamehiko Kawano |
| Yuko Minaguchi | Natsuko Kawaguchi |