Pierwsze lata ery Meiji. Samurajom zabroniono nosić mieczy, a cesarz zaczyna otwierać państwo na świat, zmieniając jego oblicze i burząc stare zwyczaje. W tym kraju, z misją odkupienia za dawne grzechy, żyje Kenshin Himura, rōnin i niegdysiejszy zabójca, którego umiejętności okażą się niezbędne, by ratować słabych i pokrzywdzonych.
| odcinki | 95 x 25 min - łącznie 2375 min | |
| przypisania | przygoda, pojedynki, historia, komedia | |
| produkcja | Aniplex, Fuji TV, SME Visual Works | |
| animacja | Studio Gallop | |
| związane | Rurōni Kenshin tsuioku hen (1999) - prequel |
|
| ta recenzja | Tassadar (8.11.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 7.00 |
Od dawien dawna kino przygodowe przeznaczone dla nastoletniej publiczności stanowiło jedną z największych i najbardziej dochodowych gałęzi anime, przekonując po drodze twórców do opłacalności typowych tasiemcowych serii shōnen, z których tytuły takie jak choćby „Dragon Ball” znane są każdemu. W miarę rozwoju popularności animacji pojawiały się rozliczne pozycje, które próbowały dodawać do swych historii elementy fantasy, science-fiction, komedii itd., dając początek powtarzalnym i w sumie schematycznym produkcjom pokroju „Ognistookiej Shany” czy „Utawarerumono”, niezdolnych do niczego poza powielaniem istniejących motywów. W poszukiwaniu korzeni stosowanych tam rozwiązań udałem się na wyprawę do XIX-wiecznej Japonii, ku anime będącemu jednym z ostatnich przedstawicieli stereotypowych wręcz seriali, z którymi starsi fani kojarzą czasy swej młodości.
Nie mam tu na myśli tylko oprawy graficznej, uproszczonej nawet nieco w stosunku do standardów czasów, w którym serial wydano, monotonnej kolorystyki i ograniczonej animacji walk, choć nie da się ukryć, że to właśnie ona jest pierwszą oznaką zwiastującą przyjemny w tym przypadku zapach naftaliny. Wszak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w anime zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej śmiało konkretniejsze efekty komputerowe, które w dwudziestym pierwszym wieku są już na porządku dziennym. „Rurōni Kenshin” to jednak przedstawiciel starej gwardii, świata, w którym animatorzy musieli o wiele więcej pracy wykonywać bez pomocy potężnych maszyn, co widać ewidentnie w każdym centymetrze kwadratowym ekranu, na którym ogląda się serial. Tła są niczym obrazy rysowane pastelami, użycie stylistyki super deformed w scenach komediowych przechodzi bez zniesmaczenia, choćby dlatego, że i zwykłe twarze są dość uproszczone, a lekko wyblakłe kolory sprawiają, że widz czuje się jakby rzeczywiście przeniósł się ponad sto lat wstecz, do epoki Meiji. Niestety w tym zacisznym antykwariacie zastosowanych technik sama animacja jest już minusem serii. Samurajskie kino przygodowe powinno obfitować w efektowne i dramatyczne pojedynki, zaś tutaj wątpliwej jakości ruch postaci obiektów niespecjalnie przyczynia się do podwyższenia poziomu adrenaliny. Jest to o tyle dziwne, że problemy pojawiają się właśnie podczas walk, kiedy to jakość animacji powinna być właśnie najlepsza. Tymczasem dzieje się dokładnie odwrotnie – płynne zazwyczaj ruchy postaci stają się nagle bardzo uproszczone.
Każda walka ma w sobie coś z kiepskiego dowcipu, jaki ekipa animacyjna postanowiła wyciąć widzom. W najlepszym przypadku obserwujemy powoli przesuwające się po ekranie postacie lub ostrza mieczy na nieodzownym w takim przypadku tle z poziomych czy pionowych linii (wszak inne zaakcentowanie ruchu byłoby przejawem zbyt ciężkiej pracy). Czasem jednak i to okazało się najwyraźniej zbyt wielkim wysiłkiem, skutkiem czego nierzadko serwuje się widzowi czarny ekran i pojedyncze błyski, symbolizujące uderzenia miecza. Przy tak dużej ilości odcinków da się też zauważyć typową w podobnych sytuacjach wyraźną różnicę pomiędzy poszczególnymi epizodami. Czasem widać, że autorom zwyczajnie się nie chciało i momentami pozwalali sobie na uproszenia w stosunku do kilku pierwszych odcinków. Dobrze, że przynajmniej udźwiękowienie jest na akceptowalnym poziomie, powodując, że przedstawione walki prezentują się odrobinę bardziej dynamicznie niż teatrzyk cieni. Ścieżka dźwiękowa wpada co prawda w ucho, ale nie jest szczególnie wybitna, ot solidna, miejscami nawet godna zapamiętania robota, niezdolna jednak przysłonić wad, odrywając widza od ich obecności i wciągając w swe rytmy. Zabawne, zważywszy że w tym samym roku ukazały się choćby „Slayers Next” i „Slayers Try”, które, należąc do pokrewnego gatunku, potrafiły z powodzeniem przedstawiać pojedynki z godną podziwu starannością i radzić sobie skutecznie z ograniczeniami przy pomocy właśnie dynamiki obrazu i wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej.
W tym miejscu należy ostrzec malkontentów i przeciwników shōnenowych pojedynków, jak i zapewnić ich miłośników, że każda sekunda walk odpowiada wszelkim możliwym schematom, które na internetowych forach krążą jako „prawa anime”, będąc źródłem niewybrednych żartów. Dowolnej potyczce nieodmiennie towarzyszy przemowa każdej ze stron, w której to wojownicy sprawiedliwości próbują nawrócić złoczyńców na dobra drogę, czarne charaktery objaśniają swe zawiłe plany, ich pomagierzy zapowiadają, że zniszczą oponenta, albowiem są twardzi i niepokonani, zaś wszyscy bez wyjątku recytują kwestie pisane tak podniośle, jak tylko się dało stworzyć, nie wywołując niekontrolowanych napadów śmiechu. Podobnych sytuacji jest w niniejszym anime bez liku. Taki chociażby Sanosuke walczy mieczem, przy którym ostrze Guttsa z „Berserka” wydaje się być wykałaczką, zaś co poniektórzy przeciwnicy bez problemu kruszą kamienie pięściami. Każdy ważniejszy cios danego stylu ma swoją zabójczo brzmiącą nazwę oraz efekty balansujące na granicy ludzkich możliwości i zdrowego rozsądku. Na całe szczęście jest to problem tylko i wyłącznie dla osób ewidentnie uczulonych na podobne zagrywki. Okazuje się bowiem, że będąc konsekwentnym w realizowaniu pewnej wizji, można przepchnąć nawet z pozoru absurdalne pomysły, które nie będą kwestionowane jako nie pasujące do całości.
W realizacji powyższego celu pomagają liczne komediowe wstawki, usilnie przypominające widzowi, że ma on do czynienia z produkcją docelowo rozrywkową, w której nie należy ponad miarę doszukiwać się ambitnych wątków. Humor w „Rurōni Kenshin” opiera się przede wszystkim na charakterach postaci, które bardzo dobrze wpasowują się w klimat serialu, pozostając jednocześnie, poza samym Kenshinem, straszliwie szablonowymi przypadkami rasy ludzkiej. Zgodnie z kanonem gatunku jest więc Yahiko – młody i przesadnie ambitny uczeń szkoły miecza Kamiya Kasshin, aktualna właścicielka dōjō i mistrzyni owego stylu, przy tym obowiązkowo uwikłana w wątek romansowy z tytułowym bohaterem; przeciwnik samuraja, który staje się jego najlepszym przyjacielem, czy też tajemniczy mężczyzna z czasów, gdy Kenshin był jeszcze zabójcą, pragnący wykorzystać jego umiejętności do własnych celów. Zarówno wśród wrogów, jak i przyjaciół, można by wskazać rozliczne podobne przypadki, które odnajdziemy w każdej z obecnych produkcji typu „Bleach” czy „Naruto”, lecz na całe szczęście są to bohaterowie nakreśleni z odrobinę większą starannością, choć z rzadka wynoszący się ponad przyzwoitą przeciętność. Niezaprzeczalnym wyjątkiem jest sam Himura, będący człowiekiem z ciężkim brzemieniem, walczącym z widmem własnej krwawej przeszłości i próbującym odkupić dawne winy. Jego dylematy są prawdziwe, pozbawione dodatkowego dramatyzowania i umiejętnie poprowadzone.
Twórcy wiedzieli, kiedy należy przystopować z komedią, przez co kiedy trzeba, „Rurōni Kenshin” staje się poważną opowieścią o ludzkich tragediach, zemście i poszukiwaniu ciepła drugiego człowieka. Wszyscy, którzy widzieli znakomitą serię OVA „Rurōni Kenshin tsuioku hen”, wiedzą, jak skończyła się pierwsza miłość samuraja. Technicznie rzecz biorąc, serial telewizyjny jest co prawda starszy, ale w połączeniu z sześcioodcinkowym prequelem tworzy logiczną całość. Ukazane tam wydarzenia z młodości Himury nie są niezbędne, by rozumieć wątki z omawianego anime, ale pozwalają lepiej zagłębić się w pewne niuanse, jak choćby to, dlaczego ewidentnie kiełkujące uczucie pomiędzy Kenshinem i Kaoru rozwija się tak powoli, z pozoru jednostronnie. Widać wyraźnie, że scenarzyści potrafili wyciągnąć z historii to, co najlepsze, by stworzyć żyjący świat pełen ludzi o realnych problemach. W produkcjach rozrywkowych nie jest to rzecz powszechna i za to należą się niewątpliwie brawa. Umiejętnie budowane są nie tylko dylematy moralne i egzystencjalne jednostki, ale też polityczna otoczka, będąca źródłem intrygi. Jest to bądź co bądź era Meiji, czas wielkich przemian, które przekształciły Japonię z odizolowanego na arenie międzynarodowej kraju w mocarstwo. Jak zachowają się samuraje, którym zabroniono nosić mieczy? Co stanie się z przedstawicielami szkół sztuk walki, którym nowa era odbiera zarówno uczniów, jak i źródło utrzymania? Gdzie podzieją się ludzie niezdolni do przystosowania się w tej rzeczywistości lub też tacy, którzy będą chcieli realizować swe chorobliwe ambicje? „Rurōni Kenshin” umiejętnie odzwierciedla dylematy społeczne dziewiętnastowiecznej Japonii, przy okazji pozwalających poznać garść faktów historycznych, albowiem umiejętnie wpleciono tu wydarzenia autentyczne, choć nie należy na nich polegać jako na źródle wiedzy absolutnie prawdziwej, gdyż potraktowano je ze sporą dozą elastyczności.
Odpowiedź na pytanie o to, komu polecić „Rurōni Kenshin”, jest stosunkowo prosta, gdyż jest to serial przeznaczony mimo wszystko dla młodszej publiczności, która jednak będzie w stanie znaleźć w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by nie sądzić książki po okładce i nie podarować sobie seansu ze względu na brak nowoczesnych efektów specjalnych i oprawy. Osoby zafascynowane „Rurōni Kenshin tsuioku hen” nie odnajdą tu już tego samego poziomu dramatyzmu, ze względu na odmienny charakter obu opowieści, tym niemniej mogą poświecić swój czas, by poznać dalszy ciąg historii. Także zapaleni miłośnicy anime, chcący wyśledzić źródło powszechnych dziś w tak zwanych „masówkach” chwytów, mogą się na ten serial zdecydować. Właściwie każdy, komu nie przeszkadzają pewne schematyczne i wyświechtane chwyty i kto jest w stanie przymknąć oko na szereg nielogiczności i pomniejszych „kwiatków”, spędzi z tym anime przyjemnie czas, a właściwie nawet sporo czasu, gdyż obejrzenie dziewięćdziesięciu pięciu odcinków do najszybciej wykonalnych zadań nie należy.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Kazuhiro Furuhashi |
| Scenariusz | Michiru Shimada, Yoshiyuki Suga |
| Scenopis graficzny | Kazuhiro Furuhashi |
| Muzyka | Noriyuki Asakura |
| Scenografia | Nobuto Sakamoto |
| Animacja | Katsumi Hiroe, Kazuyuki Kobayashi, Koji Inatomi, Masayuki Onchi, Takaaki Wada, Tsukasa Tannai, Yoko Konishi, Yoshio Cyatani |
| Music Director | Takashi Kodama |
| Historia oryginalna | Nobuhiro Watsuki |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Mayo Suzukaze | Kenshin Himura |
| Hirotaka Suzuoki | Hajime Saitō |
| Masanori Ikeda | Makoto Shishio |
| Miina Tominaga | Yahiko Myōjin |
| Mika Doi | Megumi Takani |
| Miki Fujitani | Kaoru Kamiya |
| Yoshito Yasuhara | Aoshi Shinomori |
| Yūji Ueda | Sanosuke Sagara |