Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Kuro Yoshitsune wraz ze swym podwładnym ucieka przed bratem i innymi, którym jego życie stało się niewygodne. Gonią ich nawet słudzy będący czymś w rodzaju demonów. Dzieje się to w czasach feudalnej Japonii, obaj uciekinierzy są mnichami buddyjskimi, albo przynajmniej za takich się podają. Zmęczony pogonią i gorączkujący Kuro oraz jego kompan trafiają na niestrzeżony, stojący na uboczu dom, który o dziwo nie został jeszcze przez nikogo napadnięty. Postanawiają tu przeczekać noc za przyzwoleniem samotnej właścicielki, Kuromitsu, która wymaga od nich obietnicy, że nigdy nie zbliżą się do pewnego pokoju w jej domu. Kiedy Kuro leży złożony chorobą, jego kompan wyrusza po lek dla swego przełożonego. Dni mijają, Kuro ma się coraz lepiej. Kuromitsu i Kuro mają się ku sobie. On musi odejść (nie chce jej narażać), ona chce żeby został z nią na zawsze...
Pewnej nocy Kuro budzi się z przeczuciem, że odkryto miejsce jego ukrycia i nadciąga za nim oddział zabójców. Mnich chcąc chronić Kuromitsu wchodzi do zakazanego pokoju i odkrywa wielką tajemnicę kobiety. Tymczasem Intruzi opanowują dom. Mimo iż Kuro walczy desperacko w obronie siebie i kobiety, zadają mu śmiertelną ranę. Kobieta może go jednak uratować, za cenę przekleństwa jakim jest wieczność...
Początkowo serial sprawie niezłe wrażenie. Teatralne wprowadzenie z charakterystycznym zaśpiewem, wprowadzał w nastrój czegoś, czego nie kręci się w anime na co dzień. Klimat był tu dość tajemniczy i ogólnie niezły. Można byłoby się nawet spierać o jakąś sensowną symbolikę, a brak humoru, moe i fan service oraz dobre wykonanie zdawało się potwierdzać, iż nie jest to kolejna wyrzynanka. Madhouse już raz pochwalił się zresztą brutalnym anime, w którym taka treść posłużyła reżyserowi jako pretekst do konstrukcji ciekawej warstwy formalnej i ukazaniu ciała jako swoistego tworzywa (Shigurui). Na podobną rzecz i tu przez ułamek sekundy liczyłem. Niestety „Kurozuka” to średnia treść, nafaszerowana krwawą, lecz zwyczajną formą. To serial niosący ze sobą odcinane członki, efektowne ciachnięcia mieczem i potwornych wojowników z piekła rodem, ale bez głębszej myśli.
Jeśli ktoś lubi gore – proszę bardzo – tu znajdzie tego pełno, nieźle narysowane i zrealizowane, ale na wyjątkową fabułę raczej nie powinien liczyć. Oczywiście mogę się mylić i nawet chciałbym żeby tak było. Być może to co widzieliśmy tu, jest tylko pokazówką, mającą na celu zapewnić serialowi szerszą widownię. Pierwsze wrażenie jest jednak po prostu kiepskie.