Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Sakura-Shin to miasto, w którym wspólnie mieszkają ludzie oraz yōkai – istoty posiadające różnego rodzaju nadprzyrodzone zdolności. Gwarantowaniem spokojnej egzystencji obu gatunków zajmuje się organizacja, na czele której stoi Akina Hizumi – młody chłopak i jedyny spośród członków zespołu człowiek. Pozostali jego współpracownicy to właśnie yōkai: Ao potrafi czytać w myślach, a Kotoha ma moc tworzenia rzeczy za pomocą słów. W zmaganiach bohaterów z codziennymi problemami nietypowej społeczności pomaga wyjątkowo potężna (burmistrz) Hime oraz jej opanowany i chłodny asystent. W pierwszym odcinku obserwujemy jeden z incydentów, gdy jeden z yōkai zaczyna terroryzować mieszkańców miasta. Jednak jak się wkrótce okazuje, za tym, zdawałoby się pojedynczym, zdarzeniem czai się znacznie groźniejsza intryga.
Pierwszy odcinek wzbudza mieszane uczucia. Po dość dynamicznym openingu (który swoją rytmicznością i prędkością wzbudza skojarzenie z piosenkami Dance Dance Revolution) dostajemy dość wyważoną serię, gdzie obok akcji mamy także sporo scen ukazujących codzienne życie mieszkańców i pracowników biura ds. Organizacji Życia. Jednak kto wie, być może w następnych odcinkach fabuła ustąpi miejsca akcji i krzykliwy opening okaże się odpowiedni. Na razie jednak niespecjalnie pasuje on do opowiadanych wydarzeń. Sama historia, mimo że pełna schematów, jest w miarę ciekawa i sprawnie opowiedziana, co jest chyba największą zaletą pierwszego odcinka. Całość odznacza się też niezłym rysunkiem, z wyważoną kolorystyką i całkiem przyjemnym projektem postaci (Hime, Kotoha) oraz lokacji. Nie ma w wykonaniu technicznym niestety nic, co wybijałoby serię ponad przeciętność, ale nie ma też nic, co mogłoby widza do niej
zrazić.
Ogólnie „Yozakura Quartet” sprawia pozytywne wrażenie, mimo iż sama historia jest wtórna, a postaci póki co mało oryginalne. Pierwszy odcinek przyniósł jednak kilka elementów, poszczególnych dialogów (jak krótka i obiecująca wymiana zdań w knajpce), sytuacji (przewrotny motyw z lokalną telewizyjną gwiazdą) i innych sygnałów, które zapowiadają, że seria będzie miała do zaoferowania coś więcej, niż oryginalne wykorzystanie kocich uszu bohaterki (tu jako anteny namierzające, choć bardzo możliwe, że i to nie jest oryginalny patent), a o czym świadczy np. fakt, że pomimo tradycyjnego ‘kazania’ pod finał, jedna z drugoplanowych (choć kluczowych dla odcinka) bohaterek niekoniecznie się do tych komunałów (ku uciesze tajemniczego złego osobnika oraz samego widza) przekonuje. Jest w tym pewien potencjał, więc warto zaryzykować jeszcze 2-3 odcinki, żeby przekonać się, czy rzeczywiście zostanie on wykorzystany (w co jednak ciężko mi uwierzyć).