Małomówny rōnin, tajemnicze dziecko i złowroga chińska organizacja w widowiskowym splocie sensacji i przygody. „Sword of the Stranger” to produkcja o idealnie wyważonych składnikach, w sam raz na popołudniowy seans dla całej rodziny.
| odcinki | 1 x 102 min - łącznie 102 min | |
| przypisania | akcja, przygoda, pojedynki, seinen | |
| produkcja | Bones | |
| ta recenzja | el doctore (13.10.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 7.00 |
Jakiś czas temu zastanawialiśmy się w gronie redakcyjnym Azunime, jaki tytuł wprowadzony na ekrany polskich kin mógłby stać się wizytówką japońskiej animacji dla kogoś, kto o owej ma pojęcie cokolwiek mgliste. Stosunkowo łatwo udało nam się wskazać kilka tytułów spełniających ten wymóg, co we mnie rodzi pewnego rodzaju dyskomfort, wynikający z oglądu sytuacji na dziś. Na tę składają się zaś zaledwie dwa czy trzy obrazy Miyazakiego oraz efemeryczne tytuły pokroju „Vexille” i „Appleseed”, mające jedną podstawową wadę – przy całej swojej komputerowej spektakularności, prezentują zaledwie bardzo wąski zakres bogactwa stylistyczno-tematycznego anime.
Pozwoliłem sobie na te kilka słów wstępu z prostej przyczyny. Obejrzałem właśnie „Sword of the Stranger”, ubiegłoroczną kinową produkcję studia Bonem, która moim zdaniem jest idealnym kandydatem, mogącym wziąć na swe barki zaszczytną funkcję ambasadora japońskiej animacji. Oczywiście, by uniknąć jakichkolwiek kontrowersji, mówimy tutaj o reprezentatywności względem najbardziej rozpowszechnionej odmiany anime, czyli tworów filmowych opierających swą strategię na dostarczaniu solidnej, acz niezbyt wyszukanej rozrywki. Co jednak wydaje się szczególnie ważne – rozrywki nadal posiadającej sznyt rasowej japońskiej animacji.
Rzecz rozgrywa się w historycznych dekoracjach, aczkolwiek nie ma co sobie tym za bardzo zawracać głowy. Dekoracje w „Sword of the Stranger” są bowiem jedynie po to, by się podobać i tworzyć malownicze tło dla awanturniczej historii. Pod tym względem dzieło studia Bones jest podobny trochę do „Seirei no moribito”, aczkolwiek należy tę analogię traktować dość swobodnie, bowiem omawiany tytuł jest w swoich aspiracjach o wiele skromniejszy.
Tak więc lądujemy w erze Sengok, gdzie poznajemy buńczucznego chłopca imieniem Kotarō i jego wiernego przyjaciela, psa Tobimaru. Chłopiec okazuje się być uciekinierem, którego wytrwale tropią chińscy najemnicy pracujący dla dynastii Ming. Na ich czele stoi arcymistrz miecza, blond włosy Rarō. Wojownik jest tak samo tajemniczy jak Kotarō, nie wiemy, skąd się wziął w szeregach Chińczyków, ale na pierwszy rzut oka (blondyn!) widać, że nie jest Azjatą. Kotarō, myląc co i rusz pogoń, w ruinach odludnej świątyni spotyka bezimiennego rōnina Nanashiego (Bezimienny). Ten małomówny, oszczędny w gestach wojownik, równie biegły we władaniu mieczem jak Rarō, także nosi w sobie tajemnicę. Poszczególne historie bohaterów spotykają się w wątku głównym, którego treścią są tajemnicze knowania przedstawicieli dynastii Ming. Wznoszą oni na terytorium zarządzanym przez lokalnego shōguna (konfrontacja rozbuchanych ego wisi w powietrzu) tajemniczą konstrukcję-mechanizm. Do czego służy i dlaczego powodzenie całego przedsięwzięcia uzależnione jest od tego, czy uda się Rarōwi schwytać Kotara? Na te pytania opowiada „Sword of the Stranger”.
Już choćby z tych kilku słów pobieżnego opisu widać, że dzieło studia Bones napędzają dobrze wszystkim znane schematy. Wiadomo, że dojdzie do nieuchronnej konfrontacji śmiertelnych względem siebie antagonistów. Wiadomo, że kibicować będziemy raczej Kotarōwi niż Rarōwi, tym bardziej, że chłopak ma u swego boku przesympatycznego towarzysza, jakim niewątpliwie jest Tobimaru. Oczywiście dowiemy się, jaką tajemnicę nosi w sobie Nanashi i czym skończą się niecne knowania wysłanników dynastii Ming. „Sword of the Stranger” nie jest bowiem tytułem, który ma nas zaskakiwać. To wysokobudżetowe widowisko, mające za zadanie nas rozerwać i na ponad dwie godziny przykuć do ekranu. Jeśli przyjmiemy ten fakt za dobrą monetę, sporo zyskamy. Film nie jest bowiem pozbawiony uroku, który bierze się z ponadprzeciętnej, artystycznie dojrzałej malarskiej wizji świata oraz przemyślnie zakomponowanych scen walki. Wyjątkowe sublimowanie tych dwóch aspektów dzieła dobrze świadczy o jego twórcach, gdyż w swej najprostszej postaci, pozbawiony egzotycznych ozdobników, „Sword of the Stranger” jest filmem wybitnie schematycznym, okazuje się modelowym reprezentantem tzw. kina drogi, w którym przede wszystkim liczy się eksploracja otaczającego świata.
Co ciekawe, poprzez fakt opierania się na tak czytelnym schemacie, „Sword of the Stranger” w dużym stopniu wytraca swój japoński rodowód, chwilami ocierając się, pod względem natężenia emocjonalnego, o kino spod znaku Disneya. Mam tu na myśli relacje na linii Kotarō-Nanashi-Tobimaru. Błędem byłoby jednak polecanie „Sword of the Stranger” bardzo młodym widzom, gdyż pojedynki między poszczególnymi oponentami są dość brutalne. Jest to zresztą, jak sądzę, nieadekwatność wynikająca raczej z ambicji stworzenia dzieła jak najbardziej uniwersalnego, wymykającego się jednoznacznej przynależności wiekowej, co rusz bowiem czuć w „Sword of the Stranger” próby szycia ubrania na niemal każdą miarę. Dojrzałego miłośnika kina niewątpliwie ucieszy kilka kapitalnie zakomponowanych filmowo scen, z typowym dla wysokobudżetowych widowisk rozmachem, jak chociażby pojedynek Nanashiego z Rarō na moście. Proszę zwrócić szczególną uwagę na rolę osób postronnych w budowanie dramaturgii tej sceny. Majstersztyk.
Kolejnym przykładem strategii wpisywania „Sword of the Stranger” w jak najszerszy kontekst kulturowy niech posłuży tło muzyczne towarzyszące obrazowi. Mamy tu do czynienia z zupełnie neutralnymi orkiestracjami, jedynie tylko miejscami przeplatanymi delikatną wschodnią melodyką. Po raz kolejny przywodzi to na myśl ideę, jaką od niepamiętnych czasów lansuje w kolejnych swoich produkcjach Disney, a mianowicie całkowitą homogenizację kulturową. Tak na to patrząc, „Sword of the Stranger” doskonale wpisuje się w tę filozofię, ma więc duże szanse spodobać się niemal każdemu, roztaczając wokół zjawiska japońskiej animacji, nadal dość egzotycznemu w naszej części Europy, aurę popularis, co w wolnym tłumaczeniu rozumie się jako przychylność tłumu.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Masahiro Ando |
| Scenariusz | Fumihiko Takayama |
| Muzyka | Naoki Sato |
| Projekt postaci | Tsunenori Saito |
| Scenografia | Atsushi Morikawa |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Tomoya Nagase | Nanashi |
| Yuri Chinen | Kotarō |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Kouichi Yamadera | Rarou |
| Naoto Takenaka | Shouan |
| Akio Ohtsuka | Shōgen Itadori |
| Atsushi Ii | Byakuran |
| Hirofumi Nojima | Fūgo |
| Jun Hazumi | Zekkai |
| Kouhei Fukuhara | Suishin |
| Maaya Sakamoto | Hagihime |
| Mamoru Miyano | Jyūrōta Inui |