W świecie otoczonym przez morze piasku od wieków istniał konflikt między ludźmi a innymi rozumnymi rasami. Homo sapiens stał w tej walce na przegranej pozycji. Teraz jednak trójka podróżników, wyposażona w tajemny Destruct Code, posiadła moc zdolną zniszczyć świat. Szkopuł w tym, że nikt nie wie, jak jej użyć...
| odcinki | 13 x 25 min - łącznie 325 min | |
| przypisania | przygoda, fantasy, akcja | |
| animacja | Production I.G | |
| ta recenzja | Tassadar (18.12.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 5.50 |
Historie, w których ciemne moce w ten czy inny sposób usiłują doprowadzić do zagłady świata są wyjątkowo popularne w anime. Obecne pod postacią pałających nienawiścią do Ziemian kosmitów („Reideen”), mrocznych władców, czarnoksiężników i demonów („Slayers”, „Murder Princess”) oraz rozmaitej maści innego plugastwa, zapewniają scenariusze o tyleż sprawdzone, co do bólu wtórne i przewidywalne. Przypomina to hollywoodzkie przepisy na film sensacyjny, w którym to uczciwy glina zostaje zastrzelony na kilka dni przed emeryturą, zaś jego młodszy uczeń, wbrew wyraźnym rozkazom przełożonych, podejmuje śledztwo w celu wykrycia sprawców i zemsty za przyjaciela i mentora. Nie trzeba chyba specjalnie krytycznego spojrzenia, by stwierdzić, że takie pomysły wykorzystywane w nadmiarze stają się nudne i nie wpływają dodatnio na ogólną ocenę.
Jednym z możliwych i, co należy dodać, nadzwyczaj prostych rozwiązań, jest takie prowadzenie i rozwiązanie głównego wątku, by na pozór banalny pomysł stał się nagle głęboki i przekonywujący. Taki krok poczyniono choćby w „Blue Gender” i „Evangelionie”, gdzie nic nie jest takie proste, jak się z początku może wydawać, a intryga sięga poważniejszej tematyki niż tylko walka w obronie świata. Grupa ludzi pod kierownictwem reżysera Shunsukego Tady postanowiła jednak pójść w zgoła odmiennym kierunku od samego początku. Jak mianowicie mogłaby wyglądać historia, gdyby prześledzić ją z punktu widzenia tych, który świat chcą zniszczyć, nie zaś ratować? Niestety, nie obyło się przy tym bez uproszczeń, tanich chwytów i oczywistych błędów, które należy zrzucić na karb niewielkiego doświadczenia reżysera przy samodzielnej realizacji większych projektów.
Pierwszym, zdecydowanie niepokojącym sygnałem jest komediowa otoczka, ku jakiej zmierza serial już od samego początku, starając się pewnymi rozwiązaniami niemal na siłę nawiązywać do serii „Slayers”. Począwszy od głównych bohaterów, poprzez prezentowane poczucie humoru i na pobocznych historiach skończywszy, wszystko sprawia wrażenie, jakby gdzieś już wcześniej występowało i to niekoniecznie w najlepiej sprawdzającej się formie. Daje się to odczuć szczególnie po poziomie prezentowanych gagów, które, pomijając kilka sytuacji z początkowych odcinków (rewelacyjna parodia składania ofiar bóstwom), są robione wyraźnie na siłę i absolutnie nie śmieszą. Dowcip opierający się na fakcie, iż będący niewielkim niedźwiedziem bohater na końcu każdego zdania dodaje -kuma (dla nie znających języka – znaczy to tyle, co właśnie „niedźwiedź”) lub też na tchórzliwym charakterze innego z podróżników nie ma prawa się sprawdzić pod żadnym względem. Jeśli już komuś się spodoba, to raczej tylko i wyłącznie widzom około swoich dwunastych urodzin. Starsi będą co najwyżej znudzeni, o ile nie zażenowani.
Podobna bolączka dotyczy także samego poziomu prowadzenia fabuły. Wyjściowy pomysł, zakładający iż Morte, przywódczyni grupy, pała nienawiścią do zwierzęcych humanoidów za doznane w przeszłości krzywdy, ukazano z wszelkimi możliwymi uproszczeniami i naiwnymi konkluzjami, do których może dojść co najwyżej kilkunastoletni scenarzysta amator. Dramatyzm i napięcie, które przynajmniej w teorii powinny towarzyszyć historiom o zdradzonej przyjaźni, śmierci rodziny, nie pełnionej miłości czy odkupieniu za dawne zbrodnie, nie istnieją w ogóle, przez co wzruszą się co najwyżej ci nad wyraz wrażliwi widzowie. Warto zaznaczyć też, iż twórcy ani na moment nie silą się na zaskoczenie nietypowym zwrotem akcji, nagłą przemianą wewnętrzną bohatera czy ciekawą historią poboczną. Trudno bowiem uznać oferowane pod koniec serii wyjaśnienia za odkrywcze, więc każdy, kto nie cierpi akurat na wyjątkowo przewlekłe problemy z kojarzeniem faktów, bez trudu odgadnie wszystko zawczasu. Jakby zadając sobie sprawę własnej niedoskonałości, anime kończy się nagle po trzynastu odcinkach, choć w gruncie rzeczy bez jakiegoś wyraźnego powodu. Najwyraźniej scenarzyści uznali, na własne szczęście, że dalsze brnięcie w przeciętność nie ma sensu i aby oszczędzić sobie i innym dalszej mordęgi, wstawili od niechcenia coś, co miało służyć za zakończenie. Efekt jest taki, że o ile ratuje to serial przed dłużyznami i kolejnymi wpadkami, to po zakończeniu seansu w głowie pozostaje wątpliwość: To już koniec? Dobrze, ale co z tego wynika?
Wzmiankowany problem jest o tyle istotny, iż konstrukcja scenariusza zdaje się sugerować chęć twórców do poruszenia poważniejszych problemów, co przyzwoicie udaje się jedynie momentami. Poziom waha się wyraźnie od całkiem udanych historii, jak choćby miłości i samotnej kwitnącej wiśni, po bezczelnie, wręcz wtórne, na przykładzie sierocińca, w którym na pozór między ludźmi i innymi rasami istnieje harmonia. Ponadto moc zniszczenia świata to siła, którą nie każdy zdoła udźwignąć na swych barkach, łatwo przecież ulec emocjom, zadziałać pod wpływem chwili, a związane z tym rozterki powinny stanowić znakomitą pożywkę dla realistycznego ukazania problemu odpowiedzialności. W ostatecznym rozrachunku anime nie prezentuje jednak żadnych punktów widzenia, do jakich nie można by dojść samemu zachowując minimum trzeźwego myślenia, przez co morał ulega spłyceniu do poziomu rodem z bajek dla dzieci.
Spora w tym wina trójki głównych bohaterów. Morte to typowa twarda z pozoru kobieta, targana jednak rozterkami pomiędzy swym postanowieniem zniszczenia świata w imię zemsty, a powoli narastającym uczuciem do młodego towarzysza podróży. Kylie to z kolei fabularna zapchajdziura, ktoś, kto dodany został wyłącznie w celu przeciwstawienia charakterowi Morte odmiennej postawy, wymuszenia kilku zabawnych sytuacji i przedstawienia w miarę logicznego zakończenia. Na niewielkie wyróżnienie zasługuje jedynie Toppi, będący ostoją oryginalności wśród przytłaczającej przeciętnością zbieraniny schematycznych charakterów. Pomijając wspomniany wcześniej irytujący językowy nawyk, sama idea osoby kreującej się na bohatera, a zmuszonej podróżować w grupie, której celem jest, jakby nie patrzeć, coś zgoła obcego heroicznym czynom, jest czymś chwalebnym w swym zamyśle i nie wypadającym tak źle, choć to raczej na skutek ogólnej żałości, jaka ogarnia widza świadomego tabunu pozostałych niedociągnięć. Postaci drugoplanowych – zarówno przeciwstawnej organizacji chcącej świat ocalić, jak i całej masy ludzi z własnymi życiowymi problemami, na tle których ważą się losy świata – opisywać nie warto, są oni bowiem płytcy, sztuczni i nudni. Przy okazji ciągną przez to na dno nawet te wątki, które przynajmniej teoretycznie miały szansę się sprawdzić.
Nie tylko scenariusz, bohaterowie i reżyseria osiągają co najwyżej stany średnie. Także oprawa wizualna nie wywołuje zachwytu, każąc każdemu skazanemu na jej „podziwianie” zadać sobie pytanie o wysokość budżetu, jaki przeznaczono na realizację anime. Modele postaci są rysowane w sposób wielce uproszczony, choć akurat na ich korzyść, w przeciwieństwie do mizernych pojazdów i przedmiotów, przemawia spora różnorodność. Rasy będące humanoidalnymi odpowiednikami najróżniejszych zwierząt prezentują się o wiele lepiej niż mogłoby wynikać z samego stylu rysunku, zarówno ze względu na żywe wykorzystanie kolorów, jak i sporą pomysłowość twórców. Animacja jest już przeciętna, i choć nie można jej zarzucić niskiego poziomu, to, biorąc pod uwagę udział Production I.G przy jej tworzeniu, należałoby spodziewać się czegoś zdecydowanie lepszego. Podobnie ma się sprawa ze scenografią, którą można uznać za poprawną i nic więcej. Zdecydowanie lepsze wrażenie pozostawia po sobie zarówno podkład muzyczny, jak i dynamiczny openig w wykonaniu znanej fanom „Initial D” grupy AAA.
Zasadnicze pytanie, jakie nasuwa się po obejrzeniu „World Destruction”, brzmi: czy serial ten można w ogóle komukolwiek polecić? Gdy opadną nieco opary obiektywnej krytyki, można się wysilić na stwierdzenie, że owszem, choć jedynie straszliwie wyposzczonym miłośnikom kina przygodowego. Wszyscy pozostali wynudzą się setnie przy oglądaniu, i to wbrew pozorom wcale nie dlatego, że jest to szczególnie złe anime. Serial jest po prostu przerażająco przeciętny, nie wywołuje właściwie żadnych, nawet tych skrajnie negatywnych emocji. Szkoda, że tak dobrze zapowiadający się z początku pomysł doczekał równie smutnego końca.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Shunsuke Tada |
| Kompozycja serialu | Masahiro Yokotani |
| Scenariusz | Masahiro Yokotani |
| Muzyka | Yoshihiro Ike |
| Projekt postaci | Keita Matsumoto |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Maaya Sakamoto | Morte Āshera |
| Mamoru Miyano | Kylie Irunisu |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Daisuke Ono | Naja Gurefu |
| Hiroyuki Yoshino | Agan Mādoru |
| Tohru Furuya | Toppy Topuran |
| Yū Kobayashi | Lia |