Kolejna wyprawa studia Sunrise w świat mechów. Niewątpliwy sukces komercyjny i zdobywca licznych prestiżowych nagród, nie tylko ze względu na wciągający scenariusz, ale także ciekawą formę. Przy okazji jest to miks gatunkowy dla szerokiej publiczności.
| odcinki | 25 x 24 min, 2 x 24 min - łącznie 648 min | |
| przypisania | ||
| związane | Code Geass: Lelouch of the Rebellion R2 (2008) - kontynuacja |
|
| ta recenzja | Tassadar (10.06.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 8.00 |
Twórca licznych anime z mechami w tle, studio Sunrise, postanowiło zerwać z niepisaną tradycją postrzegania jego dzieł jako produkcji dla wybitnie męskiej części widowni. Słuszny bądź nie, ten stereotyp panował dotychczas powszechnie, a wyłamywały się z niego zaledwie nieliczne produkcje pokroju „Full Metal Panic!” Wykorzystywane do tej pory pomysły powoli przestały wystarczać (ile w końcu razy można ratować świat przed zagładą?), a wszelkie pojawienie się robotów nieuchronnie powodowało dryf w stronę kina akcji. Nadszedł więc czas na coś nowego. Mieszając różne gatunki możemy otrzymać arcydzieło, ale też ryzykujemy, iż oczom naszym ukaże się przerażający potworek. Takie obawy towarzyszyły mi, gdy zasiadałem do seansu. Co też takiego zmalowało tym razem studio?
Zgodnie z obranym kursem, za napisanie scenariusza wzięli się ludzie nie mający do tej pory z mechami zbyt wiele wspólnego Hiroyuki Yoshino i Ichirō Ōkouchi, znani do tej pory bardziej z „My-HIME”, czy... „Azumangi”. Aby jednak nie wdepnąć w coś nieprzyjemnego, zaangażowano też reżysera, który miał już doświadczenie w tym aspekcie, choć może i nie budzące specjalnego zachwytu. Trudno bowiem pracę Gora Taniguchiego nad „GUNxSWORD” czy „Mugen no ryvius” uznać za wydarzenia epokowe. Jednakże pozytywne efekty widoczne są już po pierwszych odcinkach. Wprawdzie wielkie roboty zajmują znaczną część czasu ekranowego, jednakże akcja i rozwój fabuły dawkowane są równorzędnie, dzięki czemu widz nie powinien odczuwać znużenia żadnym z elementów.
Pierwsze skrzypce gra tu historia w założeniach monumentalna i tragiczna. Pomysł świata, w którym po wielkiej wojnie Imperium Brytanii podbija Japonię, może z pozoru wydawać się nieco oklepany, ale muszę przyznać, że sposób jego przedstawienia zaciekawił mnie od samego początku. Zajęte przez wrednych najeźdźców wyspy stają się bowiem tzw. Strefą 11, w której dotychczasowi mieszkańcy zostają pozbawieni wszelkich niemal praw i sprowadzeni do roli służących, ku wygodzie panującej szlachty. Duma samurajów jednak nie ginie, tak więc ruch oporu jest prężny, choć niezorganizowany. W świat ten wkracza Lelouch Lamperouge, młody człowiek mający wszelkie powody, by nienawidzić Imperium mimo bycia jego obywatelem. W wyniku dworskich intryg zginęła bowiem matka bohatera, zaś jego siostra straciła wzrok i została skazana na życie na wózku inwalidzkim. Splot nieoczekiwanych okoliczności powoduje że Lulu, gdyż tak pieszczotliwie zwą go przyjaciele, wchodzi we władanie potężną mocą zwaną Geass. Od tej pory każdy ten, kto ujrzy jego wzrok, może zostać zmuszony do wykonania dowolnego polecenia, szybko i bez oporu. Czy ta potęga wystarczy, by zatrząść Imperium w posadach i obrócić je w pył?
Muszę przyznać, iż początkowe odcinki nasuwają silne skojarzenie z „Death Note’em”. Tu także mamy do czynienia z genialnym nastolatkiem, który za pomocą nadprzyrodzonej mocy i intelektu pragnie zmienić świat. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Fabuła „Code Geass” jest o wiele bardziej rozbudowana, przede wszystkim dzięki szerszemu (choć nie zawsze dobremu, ale o tym później) wykorzystaniu postaci drugoplanowych i luźniejszej momentami atmosferze. Kolejne wydarzenia są dość zróżnicowane, by utrzymać stałe zainteresowanie widza. Raz po raz serwowane są kolejne soczyste pomysły, sprawiające, iż z napięciem śledzi się to, co dzieje się na ekranie. Co ważniejsze, wszystko daje akurat tyle swobody wyobraźni, by móc spodziewać się pewnych wydarzeń, ale jednocześnie nigdy nie być pewnym tego, co się stanie. Wprawna reżyseria przyciąga i nie pozwala się nudzić. Można wręcz stwierdzić, iż zagospodarowano skutecznie każdą sekundę. Gorzej, że bywają chwile w których do fabuły wkradają się ewidentne zbiegi okoliczności i kuriozalne uproszczenia, ale na szczęście akcja bardzo często przyspiesza, obfituje w zaskakujące zwroty i ciekawe pomysły, które odrywają myśli od słabszych chwil scenariusza. Widz szybko też przekonuje się, że Geass też ma swoje ograniczenia, a najmniejszy błąd w misternych planach jest zawsze brzemienny w skutkach.
Co ciekawe, „Code Geass” ma też wyraźne ambicje poruszenia kilku mrocznych aspektów ludzkiej psychiki. Zagłębiwszy się w analizę umysłu człowieka, stawiane są pytania o sens zemsty, życiowe ideały, a także zachowanie człowieczeństwa wobec nadludzkiej potęgi. Tajemnicza moc Geass, którą obdarzony zostaje główny bohater, staje się bowiem dla niego nie tylko środkiem realizacji własnych dążeń, ale też złem, z którym musi walczyć. Jak bowiem zachowa się człowiek obdarzony nadprzyrodzoną władzą nad zachowaniem innych? Tak jak wielu z nas na jego miejscu, czyli w sposób moralnie dyskusyjny. Pod pretekstem tworzenia lepszego świata, w imię wyższych ideałów, ludzkie życia traktowane są niczym pionki na szachownicy. Leluoch, mimo oczywistego na pozór podobieństwa do niejakiego Lighta Yagamiego, jest jednak o wiele bardziej wiarygodny. Głównie dlatego, że, w przeciwieństwie do właściciela notatnika, nie kieruje się chęcią naprawy świata, ale o wiele bardziej przyziemną zemstą, dobro czyniąc niejako przy okazji. Jednocześnie jest równie szczwany i z pełną świadomością tego faktu pokonuje wrogów nie tyle mocą Geass, co intelektem. Należy jednak zauważyć, iż przedstawienie innych postaci niepozbawione jest szeregu uproszczeń i czasami zachowanie bohaterów staje się co najmniej dziwne. Prym wiedzie tu Suzaku, który teoretycznie miał być rycerzem z pozoru bez skazy, targanym poważnymi rozterkami moralnymi. Wyszedł nijaki i irytujący, co zresztą można powiedzieć o kilku pozostałych postaciach stricte „pozytywnych”. Reszta towarzystwa prezentuje się już zdecydowanie lepiej, przy czym na uwagę zasługuje zwłaszcza C.C., która ma teoretycznie mało do powiedzenia, ale jej pojawienie się zawsze zwiastuje coś ciekawego. Nie bez znaczenia dla takiego obrotu sprawy jest dobór seiyū, którzy doskonale wczuli się w role i z zaangażowaniem przenieśli własne głosy do tego rozbudowanego świata. Popis swych umiejętności daje zwłaszcza Yukana Nogami, dzięki której C.C. staje się rzeczywiście postacią tajemniczą i intrygującą.
Uniwersalność wobec odbiorcy, która przyświecała twórcom, została zrealizowana nie tylko poprzez stworzenie wciągającej historii. Ciężko jest bowiem jednoznacznie określić gatunek, do którego „Code Geass” należy. Przeważają w nim elementy dramatu i typowej akcji z mechami na stanie, ale nie brakuje też wstawek komediowych, romantycznych i...reklamowych. Tak, moi drodzy, jest to chyba pierwsze anime, w którym tak wyraźnie zaznacza się product placement, choć na szczęście jest to raczej dowcip twórców. Nieokreśloność nie zawsze jest zaletą, o czym mogą przekonywać losy anime, które w próbie zdobycia szerszego grona odbiorców zatraciły swój charakter i klimat, jak choćby w przypadku „Trinity Blood”. Twórcy „Code Geass”, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, postanowili nie upychać w serialu niczego na siłę. Jeśli pojawiają się elementy komediowe, ich obecność jest naturalna i uzasadniona. Walki mechów są efektowne, ale nie przekombinowane, zaś poważny, a czasem smutny nastrój jest wprowadzany łagodnie i taktownie. Gdy zaś akcja zbliża się do istotnego punktu, anime wznosi się na poziom zasługujący na pochwałę. Często przyjdzie się wam wzruszyć do łez, szczerze roześmiać czy też zbierać szczękę z podłogi w momencie, gdy zaskoczeni zostaniecie kolejną nieprzewidywalną sytuacją.
Pod względem graficznym seria budzi mieszane uczucia. Z jednej strony tła są przepięknie kolorowane i szczegółowe, a modele mechów wyjątkowo udane i nie nadużywające komputerowych efektów, co w erze takich anime jak „Appleseed” zasługuje na słowa uznania. Widok zniszczonych miast w bardzo sugestywny sposób przedstawia sytuację, w jakiej znalazł się pokonany naród i pozwala nam lepiej zrozumieć ich motywację. Przerażająco wręcz dokładnym symbolem upadku wielkiej niegdyś Japonii jest święta góra Fuji, której całe zbocze pokryte jest zimną stalową bryłą kopalni. Takie świętokradztwo porównywalne jest dla Polaka chyba tylko z wybudowaniem McDonalda w klasztorze na Jasnej Górze. Problem stanowią natomiast projekty postaci. Tworzone były one bowiem przy współpracy z paniami z Clampu, co nie do końca zdało egzamin. Rozumiem, że takie ukazanie bohaterów było także elementem potencjalnego poszerzenia widowni o część żeńską, ale widok wychudzonych bishōnenów za sterami potężnych mechów pozostawia w ustach pewien niesmak. Niemal wszystkie postaci są nienaturalnie rozciągnięte w pionie i wyjątkowo chude. Kolory włosów we wszystkich możliwych odcieniach fioletu i różu także nie wzbudzają specjalnego zachwytu i wydają się zdecydowanie nie na miejscu.
Skoro tak już nieco znęcam się nad wadami omawianej produkcji, warto słów parę rzec na temat openingu i endingu. Przyznam szczerze, że takiej kakofonii nie słyszałem już dawno. W założeniu miał to być chyba melodyjny j-rock czy j-pop, ale twórcy najwyraźniej pozazdrościli pewnemu bardowi z niewielkiej wioski galijskiej, która wciąż stawia opór najeźdźcy. W efekcie otrzymujemy bliżej nieokreślone wycie, które jak najszybciej należy przewinąć, by nie doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu. Reszta udźwiękowienia jest już na poziomie. Podkład muzyczny poszczególnych scen doskonale podkreśla klimat. Mistrzostwem pod tym względem są utwory w wykonaniu Hitomi – „Stories” i „Masquerade” wyciskają łzy z oczu w ilości godnej wodospadu Niagara. Melomanów jednak uprzedzam, że soundtrack należy raczej do tych, które słuchane poza anime tracą swój blask, stając się jedynie przeciętnym gitarowym brzdąkaniem.
Jak więc udał się ten animacyjny eksperyment? Czy zdołano stworzyć serial z mechami dla szerokiej widowni? Zdecydowanie tak. Mariaż znanych schematów kina akcji z portretowaniem ludzkiej psychiki, okazał się nad wyraz strawną mieszanką. Powstało anime, które skutecznie wykorzystuje zdobyte doświadczenia. To nie ponury „RahXephon” ani przyciężki „Evangelion”, ale też nie banalny zbitek kolejnych walk. Jest przemyślaną serią w swej tematyce, odrobinę miejscami teatralną i przesadzoną, ale ciekawą. Przy okazji po raz kolejny okazało się, że w historii z mechami najważniejszy pozostaje człowiek, jego przeżycia i postawa. Serię można z czystym sumieniem polecić każdemu poszukującemu nieco innego stylowo spojrzenia na gatunek, ale też i widzowi pragnącemu po prostu ujrzeć kawałek dobrego anime. Wśród fanów „Code Geass” jest już też spora żeńska widownia. W zasadzie jedynymi przeciwwskazaniami do sensu są nietolerancja wobec deus ex machiny i zabiegów przedkładających komercję nad dokładność.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Gorō Taniguchi |
| Kompozycja serialu | Ichirō Ōkouchi, Hiroyuki Yoshino |
| Scenariusz | Hiroyuki Yoshino, Ichirō Ōkouchi, Yuuichi Nomura |
| Scenopis graficzny | Go Sakamoto, Gorō Taniguchi, Kazuya Murata, Kunihisa Sugishima, Tsukasa Sunaga, Yoh Shinkai |
| Muzyka | Hitomi Kuroishi, Kotaro Nakagawa |
| Oryginalny projekt postaci | CLAMP |
| Projekt postaci | Takahiro Kimura |
| Scenografia | Yoshinori Hishinuma |
| Projekt obiektów mechanicznych | Akira Yasuda, Eiji Nakata, Junichi Akutsu, Kenji Teraoka |
| Pomysł | Gorō Taniguchi, Ichirō Ōkouchi |
| Kompozycja piosenek | Daisuke Asakura, Mikiya Katakura, Takeshi Asakawa |
| Wykonanie piosenek | Access, ALI Project, Flow, Jinn, SunSet Swish |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Jun Fukuyama | Lelouch Lamperouge |
| Takahiro Sakurai | Suzaku Kururugi |
| Yukana Nogami | C.C. |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Akeno Watanabe | Viletta Nu |
| Ami Koshimizu | Kallen Stadtfeld |
| Fumiko Orikasa | Shirley Fenette |
| Jouji Nakata | Diethard Ried |
| Junko Minagawa | Cornelia Li Britannia |
| Kaori Nazuka | Nunnally Lamperouge |
| Kazunari Tanaka | Shinichiro Tamaki |
| Ken Narita | Jeremiah Gottwald |
| Kikuko Inoue | Cecile Croomy |
| Masayo Kurata | Rakshata Chawla |
| Mitsuaki Madono | Kaname Ougi |
| Noriaki Sugiyama | Rivalz Cardemonde |
| Norihiro Inoue | Schneizel El Britannia |
| Omi Minami | Euphemia Li Britannia |
| Saeko Chiba | Nina Einstein |
| Sayaka Ohara | Milly Ashford |
| Tetsu Shiratori | Lloyd Asplund |
| Yuuji Takada | Kyoshiro Todo |
| Issei Futamata | Kousetsu Urabe |
| Kiyoyuki Yanada | Andreas Darlton |
| Nobuo Tobita | Clovis La Britannia |
| Norio Wakamoto | Cesarz Britannii |