Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Hikari Hanazomo jako dziecko trenowała pro-wrestling. Była w tym tak dobra, że żadne szkraby w okolicy nie były w stanie z nią wygrać. Pewnego dnia stanęła jednak do pojedynku z niejakim Keiem Takashimą, bogatym draniem, z którym sromotnie przegrała. Od tamtej pory życie stało się dla niej piekłem. Ilekroć wyzwała go do walki, wszystko jedno czy była to rywalizacja sportowa, czy klasówka, zawsze była „tą drugą”. Stało się już to tradycją tak częstą, że „ta druga”, a tak mówił o niej ów wstrętny niewdzięcznik, stała się niemal jej ksywą. Hikari była jednak stanowcza. Jej ojciec był skromnym cieślą, ale dla zaspokojenia chorobliwej ambicji córki (uczęszczała do tych samych elitarnych szkół, co jej śmiertelny wróg), wydawał co roku bajońskie sumy na jej edukację. Będąc obecnie w liceum, wciąż nie udało jej się wygrać z Keiem w żadnej z dyscyplin, a ten potwór nadal ze stoickim spokojem nazywał ją „tą drugą”. Robiła jednak wszystko, aby pokazać mu gdzie raki zimują.
On natomiast nie był tak złośliwy i arogancki, jak zdenerwowana Hikari usiłuje nam wmówić. Ona sama nawet tak nie uważała, bo tak naprawdę pozostawała z nim w przyjacielskich stosunkach, a Kei bardzo podziwiał jej upór w dążeniu do doskonałości, powiem więcej, on czuł do niej coś więcej. Tego jednak nie dostrzegała, zajęta kolejnymi wyzwaniami Hikari...
Pisałem, że przemysł nie rozpieszcza fanek anime, więc, jak na ironię, natychmiast otrzymałem ripostę w postaci kolejnego shōjo. Tym razem nie zapowiada się tak dobrze, jak „Vampire Knight”, ale również może być niezłe. Po zapoznaniu się z pierwszym odcinkiem, wydaje mi się, że manga, na podstawie której powstaje anime, nie należy do bardzo oryginalnych. Bardziej wydaje się łączyć stare pomysły, które w ostatnich latach przyniosły popularność takim tytułom, jak: „Kare Kano” (rywalizacja), „Lovely Complex” (kto się czubi, ten się lubi), “Ōran High School Host Club” (elitarna grupa uczniów).
Anime zawiera wiele, typowego dla shōjo humoru. Nie jest tak nachalny i przerysowany, jak w „Lovely Complex” i nie tak szalony jak w „Kare Kano”. Najbardziej przypomina pod tym względem „Ōran”.
Jak w większości znanych mi adaptacji shōjo, komedia nie wydaje się tutaj pełnić roli nadrzędnej. Zapewne pomiędzy zabawnymi scenkami, trafią się tu obszerne fragmenty prawdziwego romansu, może nawet dramatu, choć tego raczej nie będzie więcej niż w „Vampire Knight”. „Special A” wydaje się serialem lżejszym. Widać także, że postacie drugoplanowe będą odgrywać tu dość znaczącą rolę. Nadmienić jednak wypada, że serial nie korzysta ze schematu odwróconego haremu.
Anime jest ładnie zrobione, scenografie są dosyć szczegółowe a kolorystyka miła dla oka. Projekt postaci nie jest szczególnie atrakcyjny – bishōneni zdecydowanie nie są mocną stroną „Special A”. Muzyka się nie wyróżnia, ale ending wydaje się niezły. Ogólnie zapowiada się miły serialik, ale raczej obejdzie się bez rewelacji.